Nie mogę zostać matką. Powodem jest mój mąż

Dziś znów czuję ten sam ciężar na sercu. Kilka lat temu wydawało mi się, że los w końcu uśmiechnął się do mnie. Wyszłam za mąż z miłości – przynajmniej tak wtedy myślałam. Mój wybranek wydawał się ucieleśnieniem wszystkich moich dziewczęcych marzeń: dobry, troskliwy, poważny, z błyskiem w oku i ciepłym uśmiechem. Wierzyłam, że oto jest moje kobiece szczęście: dom pachnący pierogami, niedzielne spacery, śmiech dzieci, mocne przytulenia. Ale życie potoczyło się inaczej. Nie tragicznie, po prostu… boleśnie.

Od zawsze pragnęłam zostać matką. Wyobrażałam sobie zaokrąglony brzuch, malutką dłoń w mojej ręce, nocne usypianie dziecka. To nie było zwykłe pragnienie – czułam, że to moje przeznaczenie. Nie chciałam tylko wyjść za mąż – chciałam prawdziwej, pełnej rodziny, z tym chaosem, z troskami, ale i z tym szczęściem, które dają dzieci.

Rok po ślubie zaczęliśmy z mężem, Robertem, starać się o dziecko. Miałam już trzydzieści lat, czas uciekał. Miesiące mijały, a potem lata. Żadnych dwóch kresek na testach, tylko nadzieja, a potem rozpacz.

Po dwóch latach zdecydowaliśmy się na badania. Przeszłam przez wszystko: zastrzyki, analizy, wizyty. Wyniki były dobre – po mojej stronie nie było przeszkód. Ale gdy przyszły wyniki Roberta… świat runął. Lekcje postawili diagnozę: całkowita, nieodwracalna niepłodność. Suchy medyczny termin, a dla mnie – wyrok.

Patrzyłam na niego i myślałam tylko: „Co teraz?”. Kocham go. On to mój dom, mój przyjaciel. Ale ja zawsze chciałam być matką. Nie adoptować, nie korzystać z dawcy – urodzić własne dziecko. Poczuć to cudowne życie.

Minęło pół roku. Żyję jak na krawędzi. Z jednej strony – człowiek, z którym związałam życie. Z drugiej – moje marzenie, które umiera, gdy widzę obce dzieci, słyszę o porodach, czuję pustkę.

Rozmawialiśmy. Robert nie płakał, tylko zacisnął usta i powiedział:
– Wybacz. Rozumiem, jeśli odejdziesz.
W tych słowach była cała jego miłość, ból, ale i odwaga. Był gotów mnie puścić, bo wiedział, jak bardzo pragnę dziecka.

Nie odjadęłam. Jeszcze nie. Nie dlatego, że zrezygnowałam z macierzyństwa. Tylko dlatego, że nie umiem podjąć tej decyzji. Życie bez niego to ból. Ale życie bez dziecka – to też zdrada siebie.

Nie oszukuję się, że się pogodzę. Mam jeszcze czas. Ale wiem, że jeśli go zmaruję, na starość będę sobie to wypominać. Będę patrzeć na cudze wnuki i myśleć: mogłam… a nie odważyłam się.

Wiem, że są pary szczęśliwe bez dzieci. Ale to nie ja. Jestem stworzona do tego, by być matką. To dla mnie oczywiste jak niebieskie niebo.

Co robić? Jak zdecydować, gdy każde wyjście kogoś zrani? Odejść, by szukać szczęścia z innym? A jeśli znów się nie uda? A jeśli to mój jedyny czas?

Czasem patrzę na śpiącego Roberta i czuję się jak zdrajca. Bo w myślach już się żegnam. A potem budzę się w nocy z płaczem i myślę: „Nie dam rady”. Rozdarta między miłością a przeznaczeniem.

Nie wiem, co wybiorę. Ale każdej nocy modlę się o cud, choć wiem, że go nie będzie.

Jeśli przeżyliście coś podobnego… jak podjęliście decyzję? I jak z tym żyć?

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

piętnaście + 12 =

Nie mogę zostać matką. Powodem jest mój mąż