– On i tak nie ma szans, – powiedziała żona obojętnym głosem. – Sam przyjedź i porozmawiaj z lekarzem, jeśli mi nie wierzysz. Tam są pielęgniarki, warunki w sam raz dla niego. Nie na darmo powstała ta opieka paliatywna, wszyscy tak robią…
Michał urodził się dwa miesiące przed terminem i od razu trafił na oddział intensywnej terapii. Początkowo nikt nic nie mówił, ale potem pojawiła się nadzieja – sam zaczął oddychać, nabierać wagi. Kiedy go wypisano, wciąż był tak mały, że Tomek bał się wziąć go na ręce, żeby nie zrobić krzywdy. Ale kiedy Michaś budził się i cicho płakał w nocy, Ewa do niego nie wstawała, więc Tomek musiał się przyzwyczaić. Ewa nie chciała też chodzić z nim do lekarzy, twierdziła, że to przez nich wszystko się stało, przecież robiła wszystkie badania i USG, mówili, że wszystko jest w porządku. A co to za porządek? Trzy miesiące, a on nawet główki nie trzyma.
Tomek sam zapisywał się do lekarzy, słuchał niejasnych słów, od których język przyklejał się do podniebienia, robił synkowi badania, za każdym razem zaciskając oczy jak dziecko, podczas gdy pielęgniarka próbowała znaleźć żyłę. W końcu dotarł i do genetyków w wojewódzkim ośrodku, którzy wyjaśnili, że można Michałowi pomóc, ale potrzebne są specjalne leki. Dlatego Tomek zdecydował się wyjechać na kontrakt – kolega już dawno go zapraszał, a pieniądze były naprawdę dobre, ale Ewa nie chciała go puścić. Teraz jednak nie było innego wyjścia. Wyjechał, myśląc, że syn jest z Ewą i wszystko jest w porządku. A okazało się inaczej. Babcia też nic mu nie mówiła, chociaż Tomek czuł, że coś przed nim ukrywa.
– Wszystko dobrze, synku, pracuj spokojnie, – powtarzała.
Jak się okazało, całą tę porę to właśnie babcia odwiedzała Michała w szpitalu – rozmawiała z nim, smarowała kremem na odleżyny i robiła masaże. Ewa wróciła do pracy, nie mówiąc mu nic. Przyznała się dopiero wtedy, gdy Tomek oznajmił, że przyjedzie na miesięczny urlop.
– Ewa, przecież to nasz syn! – wybuchnął. – Jaka opieka paliatywna, po co pracuję? Lekarz przecież mówił o lekach…
– Jakie leki! – krzyknęła Ewa. – Widziałeś go w ogóle? Pół roku cię tutaj nie było, więc nie mów mi, co powinnam robić! Jestem jeszcze młoda i chcę żyć dla siebie. Dziecko można mieć inne. Nie chcę całe życie zmieniać pieluch!
Młodszy brat Ewy miał dziecięce porażenie mózgowe, i kiedy się poznali, Tomek był pełen podziwu, jak delikatna i subtelna Ewa nosiła go na rękach, sadzała w fotel i czytała książki. I właśnie za to ją pokochał. Ale wyglądało na to, że Ewie starczyło miłości tylko dla brata.
– Jak nie zabierzesz syna do domu, wniosę o rozwód, – zagroził Tomek.
– No to wniesiesz! Nie strasz mnie, nie przeżyję bez ciebie!
Nie sadził, że odejdzie na serio. Ale Ewa odeszła, jeszcze zanim wrócił. Klucze zostawiła babci, która długo już podejrzewała, o co chodzi, ale Tomkowi nic nie mówiła – przez ten czas Ewa znalazła, do kogo się przenieść.
– Nie martw się, synku, damy radę. Pomogę ci z Michałem, ale będziesz musiał tu szukać pracy – sama z nim nie dam rady.
Tomek to wiedział – babcia od dawna była chora, sama wymagała opieki, jednak nie mógł jej spłacić długu, nie mógł rozszczepić się na pół.
Tomka wychowała babcia. Jego matka, całkiem udana piosenkarka, przywiozła go do babci na miesiąc i tak nie zabrała. Przysyłała pieniądze regularnie, póki chodził do szkoły, a potem, najwyraźniej, uznała, że to wystarczy. Jako młody człowiek Tomek wierzył, że matka go kocha, tylko ma trudne życie: koncerty, nagrania, fani… Nawet pojechał na jej koncert – kupił wielki bukiet róż, marzył, jak go da, jak ona go pozna i ucieszy się, powie prosto ze sceny – to mój syn!
Ale wszystko poszło inaczej: najpierw długo go nie zauważała, potem wzięła bukiet, nie patrząc, i rzuciła go w kąt. A Tomek oddał na ten bukiet prawie całą swoją pensję. Po koncercie z trudem dostał się za kulisy, próbował wyjaśnić, że jest jej synem, ale matka go nie przyjęła. Kazała powiedzieć, że jest zmęczona, i że zadzwoni. Czekał na telefon miesiąc, nie odchodząc od telefonu. Ale ona nigdy nie zadzwoniła.
Teraz już o niej nie myślał, a jeśli puścili jej piosenkę w radiu, przełączał natychmiast, nie chciał słuchać, choć wcześniej znał je wszystkie na pamięć. Babcia była dla niego matką i ojcem, którego nigdy nie poznał. A teraz stała się też matką dla Michała – opiekowała się nim, jak mogła, a Tomek znalazł pracę z normalnym grafikiem, aby babcia się nie przemęczała. Ewa nawet nie zadzwoniła, była gorsza od jego matki – ta chociaż udawała czasami, że ma dziecko.
– Tomek, dzisiaj śnił mi się taki jasny sen, – opowiadała babcia pewnego dnia. – Twój dziadek, Bóg mu świeci, prosił mnie, żeby mu zanieść wody ze studni. Mówię – jak mam nieść, przecież nogi mnie nie noszą! A on mówi – tu wszyscy chodzą. Patrzę, a pod nogami trawa taka zielona-zielona! I miękka jak puch. Idę po niej, a nogi same się ślizgają i nawet nie bolą! Nabrałam wodę i zaglądam na koniec do studni. Patrzę, a tam ty w garniturze i krawacie, a obok jakaś ładna dziewczyna, dołeczki na policzkach. W welonie. Czuję, że to sen proroczy – znajdziesz dobrą żonę, nie to co ta wiarołomna!
– Babciu, jaka żona! Skoro własna matka nie chciała się zająć Michałem, kto się zgodzi?
A następnego dnia babcia się nie obudziła. Więc sen proroczy, najwyraźniej, był, ale nie o to chodziło – teraz niesie wodę dziadkowi, a nie małemu Michałowi.
Co teraz robić, Tomek nie wiedział. Matka pomogła z pogrzebem, nawet sama przyjechała, ale i tak trzeba było się wykosztować, a prosić ją o pomoc się wstydził. Ale po paru tygodniach sama zadzwoniła i powiedziała:
– Znalazłam opiekunkę do twojego syna. Ja jej zapłacę, nie martw się.
Taka hojność Tomka zdziwiła, chciał najpierw odmówić, powiedzieć, że nie potrzebuje nic od niej, ale się rozmyślił – z dumą nie było już miejsca, kiedy lekarstwa synowi brakowało.
Dlaczegoś spodziewał się dorosłej, doświadczonej kobiety, takich wiele spotykał w szpitalach, kiedy woził Michała, wszystkie one były podobne do jego babci w młodości – pracowite, proste, znają swoje rzemiosło. Ale najwyraźniej matka i tu postanowiła zaoszczędzić – przysłała jakąś absolwentkę, dziewczyna od razu przyznała, że to jej pierwsza praca.
– Nie martw się, przeszłam specjalne kursy i wszystko umiem, – powiedziała bojowo, ale jej głos drżał.
Można było zadzwonić do matki i powiedzieć, że dziewczyna nie da sobie rady z Michałem, ale nie chciało mu się z nią rozmawiać. Tomek postanowił poczekać, może i kursy na coś się przydadzą.
Dziewczyna miała na imię Ania. I co pół godziny do niego wydzwaniała.
– Tomku, czy to normalne, że czkawki dostaje?
– Trzymaj go prosto. I coś ciepłego do pleców przyłóż, można ręcznik rozgrzać żelazkiem.
– Tomku, tak ciężko oddycha, boję się!
– Aniu, inhalator, przecież mówiłem wam…
I tak w kółko.
Ale po kilku tygodniach się oswoiła i jakby lepiej sobie radziła. Tomek musiał jednak zmienić pracę – jej dzień kończył się o szóstej, a jeszcze musiał zdążyć wrócić. Poszedł pracować na budowie, tam grafik był wolny, ale wszystko na czarno. Obiecali dobrze zapłacić, ale nie wiadomo kiedy…
Weekendy Tomek spędzał teraz z synem – dziewczyna ta nawet za dodatkowe pieniądze nie chciała pracować w weekendy, bo uczyła się chińskiego, mówiła, że chce tam wyjechać na staż, aby studiować akupunkturę. Śmieszna była ta Ania, naiwna, nie jak jego babcia – tamta zawsze wierzyła telewizorowi, a ta internetowi.
Na urodziny Michała jednak Ania przyjechała i w weekend – przywiozła mu balon, bardzo je lubił, i własnoręcznie zrobiony kombinezon. Tomka to aż poruszyło, zaprosił ją na herbatę – na tę okazję kupił tort. A potem poszli wszyscy razem na spacer – ubrali Michała w nowy kombinezon, położyli go do wózka i przywiązali balon, żeby mógł patrzeć. Tomek zdawał sobie sprawę, że może syna nie doczekać do następnych urodzin, i przez to ciężko było nawet oddychać. Ale w tym momencie, kiedy szedł z nim słoneczną ulicą, a balon próbował wznieść się w niebo poddając się lekkiej jesiennej bryzie, na duszy było jakoś dobrze.
Ewę zauważył późno, dopiero gdy zatrzymali się na przejściu, jego wzrok natknął się na jej pomalowaną twarz. Stały obok takie same koleżanki, najwyraźniej szły na jakieś wydarzenie. Ewa również nie zauważyła go od razu, a jej twarz zarumieniła się i pokryła się plamami. Odwróciła się, coś powiedziała koleżankom i pospieszyła na drugą stronę ulicy.
– Kto to? – zapytała Ania, zauważając jego napięty wzrok.
Tomek powoli wypuścił powietrze z płuc i odpowiedział:
– Nikt.
– To dobrze, – powiedziała i uśmiechnęła się.
Nie widział wcześniej, jak się uśmiecha. Na policzkach Ani pojawiły się dołeczki, jakby coś mu przypominały, ale co? Niebieski balon na tle równie niebieskiego nieba bił się tak silnie jak jego serce.
Wynagrodzenia nie oddawali. Leki się kończyły i Tomkowi nie pozostawała inna opcja – musiał zadzwonić do matki.
– To co, mało ci pomagam? – zapytała rozdrażniona. – Wiesz, ile płacę tej dziewczynie? Co z ciebie za mężczyzna, że nie możesz zarobić na lekarstwa?
Ze wstydu Tomkowi odebrało dech. Naprawdę nie może swojego syna utrzymać? Opuścił słuchawkę telefonu i pochylił głowę – jak bardzo chciał, by babcia podeszła, położyła mu rękę na ramieniu i powiedziała, że wszystko będzie dobrze…
Usłyszał lekkie kroki i w drzwiach kuchni pojawiła się Ania. W rękach trzymała kopertę.
– Proszę, – powiedziała i położyła ją na stole.
– Co to jest? – nie zrozumiał Tomek.
– To na lekarstwa. Dla Michała.
Nie mógł pojąć, o co chodzi.
– Pańska matka mi zapłaciła. Zapłaciła dobrze, niech się pan nie martwi. Oszczędzałam na wyjazd do Chin, ale tak naprawdę nie są mi potrzebne – mieszkam z rodzicami, mam wszystko.
– Ale co z wyjazdem… – zmieszał się Tomek.
Ania wzruszyła ramionami.
– Dokąd teraz pojadę…
Nieśmiało się uśmiechnęła i na policzkach znowu pojawiły się dołeczki. Tomek nagle przypomniał sobie babcię i jej sen. Zaczerwienił się do korzeni włosów, nie wiedząc czemu.
– Weź to, – powiedziała stanowczo. – Tak będzie dobrze.
– Wszystko oddam, – chrypnął Tomek, odkaszlnął i zapytał. – Jeśli nie jedziesz do Chin, może do nas wpadniesz w weekend? Pospacerujemy, jak ostatnim razem…
Ania znowu się uśmiechnęła i odpowiedziała:
– Z przyjemnością.

