Plany na lato
Mąż zaprosił siostrzeńców na wakacje za plecami
— Znowu to samo? Chcesz, żebym całe lato opiekowała się twoimi siostrzeńcami? — Walentyna głośno postawiła talerz przed mężem.
— Wal, co ty zaczynasz? To przecież dzieci. A rodzina powinna się wspierać — odparł spokojnie Sebastian, rozkładając gazetę, jakby rozmowa była błaha.
— Rodzina! — przedrzeźniała go Walentyna. — A moje całe lato spędzone na obsługiwaniu ich — to normalne? Twoja siostra je przywozi i znika, jakby mnie wynajęła jako opiekunkę!
— Nie przesadzaj. Naszym dzieciom jest z nimi weselej.
— Weselej? — Walentyna machnęła rękami. — Kiedy w zeszłym roku zniszczyły moje truskawki — to było wesołe? Albo kiedy twoja siostrzenica stwierdziła, że mój chłodnik jest jakiś dziwny?
Sebastian w końcu oderwał się od telefonu:
— Wal, jak ty się zachowujesz? Obrażasz się na dzieci.
— Nie obrażam się na dzieci! Mam dość bycia służącą dla twojej rodziny! — usiadła na krześle naprzeciwko. — Dlaczego nigdy nie zauważasz, jak bardzo to mnie męczy?
— Daj spokój z dramatyzowaniem — odparł Sebastian, machając ręką. — Już wszystko ustalone. Świetka z mężem jadą nad morze, a dzieci będą u nas. Jak zwykle.
— Nic nie jest ustalone! — Walentyna uderzyła dłonią o stół. — To moje wakacje i moje zasady. Czy raz mogę odpocząć jak człowiek?
— A co proponujesz? — Sebastian uniósł brew z niedowierzaniem.
— Niech przyjadą na tydzień, a nie na miesiąc. Albo niech Świetka chociaż pieniądze na jedzenie da.
— No i teraz jeszcze chcesz pieniędzy od własnej siostry! — oburzył się Sebastian.
— A co w tym złego? U nas też nie ma milionów! Albo niech sama przyjeżdża i pomaga w gotowaniu.
— Brednie — Sebastian znowu wpatrzył się w telefon. — Rozmowa skończona.
Wieczorem Walentyna zadzwoniła do przyjaciółki.
— Wyobraź sobie, Luśka, znowu to samo! Jakbym była zobowiązana co lato harować dla jego rodziny!
— Nie zgadzaj się — poradziła krótko Luśka. — Powiedz „nie” i już.
— Łatwo powiedzieć! On jest uparty jak osioł. Już wszystko złożył.
— To wyjedź. Kup wycieczkę i wyjedź.
— Za co? — westchnęła Walentyna. — A dzieci?
— Zabierz swoje, a siostrzeńców niech on sam się bawi.
— Marzenia… — Walentyna gorzko się uśmiechnęła. — Cały dzień w pracy.
— Niech poczuje, jak to jest.
— Sebastian, mówię poważnie — Walentyna stała w drzwiach łazienki, gdy on się golił. — Nie będę sama zajmować się czwórką dzieci.
— Wal, co ty mówisz? — zmył piankę z twarzy. — Co roku było dobrze, a teraz nagle problem.
— Co roku jestem jak w kołowrotku! A twoja siostra nawet nie podziękuje!
— Jest wdzięczna, tylko tego nie okazuje — mruknął Sebastian, wycierając się ręcznikiem.
— Jasne, oczywiście. A ostatnio powiedziała, że na mojej działce zaniedbane.
— No, jest trochę — skomentował Sebastian z uśmiechem.
Walentyna aż zachłysnęła się ze złości:
— Czyli zgadzasz się z nią? Haruję tam, a wy…
— Muszę iść do pracy — Sebastian przemknął obok żony. — Pogadamy wieczorem.
Wieczorem rozmowa nie kleiła się. Sebastian milczał, a gdy Walentyna zaproponowała kompromis — dwa tygodnie zamiast miesiąca — tylko machnął ręką:
— Świetka już kupiła bilety. Na trzy tygodnie.
— Kiedy chciałeś mi to powiedzieć?
— No właśnie mówię — wzruszył ramionami Sebastian.
Na pracy czekała Walentynę niespodzianka.
— Pani Walentyno, urlop przesunięty na sierpień — oznajmiła przełożona. — Pilne potrzeby produkcyjne.
Walentynie zrobiło się smutno, ale potem ją olśniło: to przecież idealne rozwiązanie! Siostrzeńcy przyjadą w lipcu, a ona będzie w pracy. Niech Sebastian sam sobie radzi.
W domu ogłosiła z dumą:
— Mój urlop przesunięty na sierpień. W lipcu pracuję, a ty sam będziesz z dziećmi.
Sebastian zmarszczył czoło:
— Jak to przesunięty? Co z siostrzeńcami?
— A co z nimi? — przedrzeźniała się Walentyna. — Sam zdecyduj. W sierpniu mam urlop.
— Ale Świetka już wszystko zaplanowała!
— A mnie ktoś pytał? — Walentyna poczuła przypływ satysfakcji. — Teraz niech twoja siostra myśli.
Dwa dni później Sebastian wrócił z pracy niezwykle zadowolony.
— Wszystko załatwiłem! — ogłosił od progu. — Dzieci w lipcu pojadą na obóz. I nasze, i Świetki.
— Na jaki obóz? — zaskoczona Walentyna.
— Ze związków zawodowych, od mojej pracy. Prawie za darmo — Sebastian był bardzo dumny z siebie. — A w sierpniu, kiedy będziesz miała urlop, pojedziemy wszyscy razem na działkę.
— Co znaczy „wszyscy razem”? — Walentyna wyczuła podstęp.
— No, my, dzieci i Świetka z siostrzeńcami — odparł bez cienia zażenowania Sebastian. — Już się dogadałem.
— Ty… co? — Walentyna zastygła. — Ustaliłeś to za moimi plecami?
— A co w tym złego? Chciałaś, żebym się zaangażował. No to wszystko zorganizowałem — Sebastian rozłożył ręce, jakby spodziewał się podziękowania.
— Chciałam, żebyś mnie zrozumiał! — podniosła głos Walentyna. — A ty znowu wszystko ustaliłeś sam!
— Ale po co te nerwy? — zdziwił się Sebastian. — Przecież pomogę. Wezmę urlop w sierpniu.
— A mnie nie trzeba było pytać? — Walentyna czuła, jak rośnie w niej złość.
— No, chciałem dobrze…
Wieczorem Walentyna znowu dzwoniła do Luśki.
— Wyobraź sobie, ten… — urwała, szukając cenzuralnego słowa, — ten strateg znowu wszystko za mnie ustalił!
— I co teraz? — zapytała Luśka.
— Nie wiem — przyznała się szczerze Walentyna. — Ale tak nie może być dalej.
Następnego dnia wzięła dzień wolny i pojechała do biura podróży.
— Co to jest? — Sebastian zdziwiony spojrzał na kopertę, którą Walentyna położyła przed nim.
— Otwórz, to się dowiesz — odpowiedziała spokojnie, nakrywając do stołu.
Sebastian otworzył kopertę i wyjął voucher.
— Turcja? — podniósł wzrok na żonę. — Co to jest?
— To moje wakacje — Walentyna postawiła przed nim talerz makaronu. — Jadę odpoczywać. Sama.
— Jak to sama? A dzieci? A działka? — Sebastian zdezorientowany przeglądał papiery.
— Dzieci pojadą z tobą na działkę. I siostrzeńcy też, skoro już wszystko ustaliłeś.
— Ale… jak to? — Sebastian wyglądał na zupełnie zaskoczonego. — Nie możesz tak po prostu wyjechać!
— Mogę — odpowiedziała spokojnie Walentyna. — I wyjadę.
— A pieniądze? Skąd masz na wyjazd?
— Karta na raty — Walentyna usiadła naprzeciwko.
— Oszalałaś? — Sebastian odsunął talerz.
— Nie. Teraz nie ma już granic — Walentyna wzruszyła ramionami. — Spłacę, jakoś się uda. Moje pieniądze – mój urlop.
— Ale jak sobie poradzę sam? — w głosie Sebastiana pojawiły się nutki żalu.
— A jak ja sobie radziłam? — Walentyna po raz pierwszy podniosła głos. — Latami! Nikt nawet nie pytał, czy jest mi ciężko!
— Ależ jesteś kobietą…
— I co? — Walentyna zmrużyła oczy. — To daje ci prawo traktować mnie jak darmową pomoc?
— Przecież nikt tak nie uważa! — zaprotestował Sebastian.
— Nie? A moim zdaniem właśnie tak myślicie. I ty, i twoja siostra.
Przez kolejne dwa tygodnie panowała napięta cisza w domu. Sebastian próbował przekonywać Walentynę, potem obrazał się, potem próbował wywierać presję. Nic nie działało.
— Powiedziałaś przynajmniej dzieciom? — zapytał pewnego wieczoru.
— Oczywiście — przytaknęła Walentyna. — Rozumieją, że mama potrzebuje odpoczynku.
— A ja to nie rozumiem? — burknął Sebastian.
— Wygląda na to, że nie — powiedziała Walentyna, wzruszając ramionami.
Dzień przed wyjazdem dzieci na obóz, Sebastian podjął ostatnią próbę:
— Wal, może jednak spędzimy razem sierpień. Naprawdę pomogę. I Świetce powiem, żeby też się angażowała.
— Za późno, Seba — Walentyna pakowała rzeczy dzieci do walizki. — Wycieczka opłacona.
— Naprawdę wyjedziesz? — w jego głosie było niedowierzanie.
— Naprawdę — zapięła walizkę. — I wiesz co? Nikt od tego nie umrze. Ani ty, ani dzieci, ani twoja siostra.
Dzień przed wylotem Sebastian niespodziewanie zaproponował, że zawiezie Walentynę na lotnisko.
— Nie trzeba, pojadę autobusem — odmówiła.
— Wal, no co ty, jak obca? — w jego głosie była uraza. — Pozwól, że cię zawiozę przynajmniej na lotnisko.
Zgodziła się. Całą drogę milczeli.
Przy terminalu Sebastian nagle powiedział:
— Wiesz, przemyślałem to… Może masz rację.
Walentyna spojrzała na niego zdumiona:
— Co masz na myśli?
— To, że nie zauważałem, jak bardzo ci ciężko — nieporadnie potarł kark. — I że wszystko sam ustalałem.
Walentyna milczała, nie wiedząc, co powiedzieć.
— To wypoczywaj tam — niezręcznie dodał Sebastian. — I dzwoń czasem.
— Dobrze — przytaknęła, czując dziwne poczucie ulgi.
Gdy przeszła odprawę i się odwróciła, Sebastian nadal stał i patrzył za nią zagubionym wzrokiem. Wyglądał na zaskakująco małego i zagubionego.
Walentyna pomachała mu ręką i ruszyła do kontroli paszportowej, czując, jak w środku rozlewa się coś, co przypominało wolność. I trochę — poczucie winy. Ale tylko trochę.
W samolocie wyjęła telefon i napisała wiadomość: „Pilnuj dzieci. I nie zapomnij podlewać pomidorów na działce”.
Odpowiedź przyszła prawie natychmiast: „Oczywiście. Odpoczywaj”.
Uśmiechnęła się i wyłączyła telefon. Przed nią było morze, słońce i dwa tygodnie tylko dla niej. A co będzie potem — pomyśli później.

