Zamieszkałem sam zaraz po maturze – ojciec opuścił nas dawno temu, mama ciągle powtarzała, że nie potrzebuje mężczyzny, a ja chciałem być panem własnego losu. Studiowałem i pracowałem, ani przez chwilę nie było mi ciężko żyć samotnie. Dopóki przypadkiem nie spotkałem kobiety mojego życia.
Przez ponad 15 lat wydawało mi się, że wszystko jest w porządku – ukończyłem studia, o których marzyłem, zarabiałem dobrze w dużej telewizji, dużo podróżowałem, co mi się podobało, miałem też ciekawych przyjaciół.
Nie brakowało mi też kobiet – byłem młody, przystojny i z pieniędzmi, czego więcej można chcieć? Nie zmieniałem ich jak rękawiczki, to nie w moim stylu, ale nie wiązałem się z żadną na poważnie. Jak mówi mój przyjaciel o swoim stanie cywilnym – seryjny monogamista. Taki byłem i ja, lubiłem mieć dziewczynę i nie zdradzałem jej, ale zawsze porzucałem pierwszy. Lubiłem też okresy, kiedy byłem wolny, bez kobiety obok, cieszyłem się tym, że nie muszę się z nikim liczyć, bawiłem się, jak chciałem. Dopóki nie nadeszła niepokojąca wiadomość o tym, że moja mama dostała udaru.
To było jak grom z jasnego nieba. Wydawało mi się, że mama jest w doskonałym zdrowiu, choć od niedawna była na emeryturze, nie narzekała na żadne dolegliwości, radziła sobie sama. Mieszkała w naszym rodzinnym domu w Kłodzku, wśród swoich sąsiadek, zajmowała się swoim ukochanym ogrodem i wiernym psem. Odwiedzałem ją tak często, jak tylko mogłem.
Kiedy zobaczyłem ją w szpitalu, nie mogłem uwierzyć własnym oczom – mama wyglądała, jakby postarzała się o pół wieku w pół dnia. Lekarze zapewniali mnie, że jej stan jest już stabilny, że nie ma bezpośredniego zagrożenia życia, ale nie mogli dać żadnej gwarancji co do jej powrotu do zdrowia.
Moja mama nie mogła na powrót sama chodzić i to mimo wysiłków rehabilitanta, który przychodził do domu. Powiedział mi, że straciła chęć do życia i wolę do walki. Wróciłem, by z nią zamieszkać, zatrudniłem opiekunkę na dzień, kiedy pracowałem, a wieczorami wracałem zaraz po pracy, żeby samemu się nią zająć. Nauczyłem się gotować pod jej dyktando i nadzorem (dziś gotowanie to moje hobby), dbałem też o jej ogród.
Stopniowo jej stan zaczął się poprawiać, ale nadal odmawiała cociażby spróbowania chodzenia samej. Robiłem wszystko, co tylko możliwe, by w pełni wyzdrowiała. Była kobietą, którą naprawdę kochałem i szanowałem. Zawdzięczałem jej swoją wolność wyboru drogi i stylu życia, ale teraz wydawało się, że się poddała – jej misja wychowania mnie dobiegła końca i mogła odejść.
Pewnego wieczoru robiłem zakupy jak zwykle, ale byłem zamyślony. Obróciłem się nagle i zderzyłem z jakąś kobietą, która stała za mną. Upuściła małą szklaną butelkę, którą trzymała w ręce, sok rozlał się, a odłamki szkła rozprysły się po podłodze. Przeprosiłem ją jednym słowem, wcisnąłem banknot w jej rękę na pokrycie szkód i pospieszyłem do kasy. Nawet nie poczekałem, aż ktoś z obsługi przyjdzie posprzątać.
Kiedy szukałem samochodu przed sklepem, znów zobaczyłem tę kobietę. Spojrzała na mnie, jakby oczekiwała kolejnych przeprosin, więc ponownie to zrobiłem. Nie wiem dlaczego, ale w tym momencie poczułem się jak dziecko, które popełniło błąd i musi go naprawić pod kochającym, ale surowym spojrzeniem matki. Wtedy zaproponowałem jej podwiezienie do domu.
Wszystko się zmieniło! Mój syn i córka nie chcą ani małżeństwa, ani dzieci!
Wziąłem jej zakupy, posadziłem w samochodzie i ruszyliśmy. Tak poznałem Anię. Przed jej domem życzyliśmy sobie miłego wieczoru i pomyślałem, że zrobiłem wystarczająco dużo, by odkupić swoją winę. Wróciłem do mamy i zapomniałem o tej sytuacji.
Następnego wieczoru znowu znalazłem się przed domem Ani. Czekałem, aż się pojawi nie wiedząc, na co dokładnie liczę. Kiedy zobaczyłem ją idącą ulicą wyskoczyłem z samochodu, nawet ją trochę przestraszyłem. Uśmiechnęła się na moją propozycję wspólnej kolacji, ale odmówiła, bo syn był sam w domu. Zgodziła się, żebyśmy się kiedyś spotkali na kawę. Następnego ranka czekałem przed jej domem i wypiliśmy razem pierwszą kawę. Tak zaczęła się nasza historia miłosna.
Oboje byliśmy zapracowani, więc tradycją stało się spotykanie rano na kawę, potem każde z nas pędziło do pracy, a wieczorem spieszyliśmy się do swoich domów – ona do dziecka, a ja do mamy. Na dłużej spotykaliśmy się tylko w weekendy.
Nasze pierwsze romantyczne wakacje były długo oczekiwane. Wyjechaliśmy na dwa dni na narty, ale skończyło się to katastrofą, bo przewróciłem się na stoku i złamałem nogę. I wtedy wydarzył się cud – kiedy mama dowiedziała się o wypadku, znalazła sens, by znów chodzić. Rehabilitant, którego znów poprosiła o pomoc był zaskoczony, ale mama odpowiedziała, że nie może pozwolić, byśmy oboje leżeli i byli zdani na pomoc innych.
Drugim dowodem na to, że „wszystko co złe wychodzi na dobre” było to, że Ani azgodziła się zamieszkać z nami.
Początkowo miała pomagać tylko do momentu, gdy zdejmą mi gips. Jej syn był zachwycony pomysłem posiadania psa i ogrodu, a mama – synowej i wnuka. Po trzech miesiącach wzięliśmy ślub. W dniu ślubu mama przyznała mi, że już nie wierzyła, że kiedyś założę rodzinę widząc, jak żyję od lat jak samotny wilk.
Ja też nie, ale dziś to fakt – mam dużą rodzinę, w naszym ogrodzie biegają jeszcze dwoje dzieci, nawet nie mogę sobie wyobrazić, że byłbym szczęśliwszy, gdybym został wiecznym kawalerem.

