Mam na imię Anna, jestem mężatką i mam dwóch dorosłych synów.
Wyszłam za mąż w wieku 19 lat i od pierwszego dnia po ślubie całkowicie oddałam się mojej rodzinie. Podczas gdy moje koleżanki cieszyły się życiem studenckim, ja zajmowałam się dzieckiem, sprzątałam, prałam, a nocami uczyłam się do egzaminów, bo jedyną opcją na kontynuowanie nauki było dla mnie zapisanie się na studia zaoczne.
Babcia mówiła, że z tyloma zadaniami na głowie nie wytrzymam za długo, ale byłam uparta i dzięki temu udało mi się ze wszystkim sobie poradzić. Krótko przed ukończeniem studiów urodził się mój drugi syn. Pomimo ogromnego obciążenia, nie narzekałam. Nauczyłam się zarządzać czasem tak, aby starczyło mi go na wszystko. Polegałam tylko na sobie, ponieważ zarówno moja mama, jak i teściowa były jeszcze młode i pracowały.
Nie było mi łatwo z trzema mężczyznami w domu, ale jakoś przywykłam do stosów koszulek i skarpetek porozrzucanych wszędzie. Kochałam ich i wybaczałam im wszystko. Cieszyło mnie dbanie o męża i synów, starałam się ich zaskakiwać, żeby wiedzieli, że zawsze mogą na mnie liczyć. Jednak przesadziłam z troską, bo w dążeniu do bycia pomocną zapomniałam nauczyć ich, jak przejmować odpowiedzialność i zajmować się sobą.
Kiedy ktoś z nich coś zjadł, zostawiał brudne naczynia na stole. A jeśli przypadkiem pamiętał, żeby je włożyć do zlewu, to oczywiście nie pozmywał. Żaden z nich nie umył po sobie chociażby widelca! Zostawiali mi wszystko do ogarnięcia, więc kiedy wracałam zmęczona z pracy i widziałam ten syf, chciało mi się płakać – już od progu witały mnie brudne skarpetki, porozrzucane ubrania, zabrudzona mlekiem kuchenka i pełny zlew…
Pewnego dnia, tuż po Nowym Roku, miałam już tego wszystkiego dosyć! Tego dnia dom był dosłownie przewrócony do góry nogami. Jak tylko weszłam, od razu wyszłam i chociaż byłam bardzo zmęczona, wsiadłam do busa i wróciłam do biura. Posiedziałam chwilę, potem postanowiłam pójść do kina i dopiero po seansie postanowiłam wrócić do domu. W drodze zauważyłam, że wszyscy dzwonili do mnie: mąż i obaj synowie, ale ja miałam wyłączony telefon.
Kiedy byłam już w domu zaczęli mnie pytać jeden przez drugiego, co się dzieje i jak to możliwe, że nagle zdecydowałam się iść do kina sama, nie dbając o to, aby zaopatrzyć ich w jakąś kolację. Na to spokojnie odpowiedziałam, że są już wystarczająco dorośli, żeby zrobić sobie jedzenie sami. Dodałam też, że od teraz mogą zapomieć o tym, że będę im gotować, prać, sprzątać i prasować. Wszyscy trzej są dorośli i mają dwie ręcę, więc mogą sobie już sami radzić, bo ja od teraz zaczynam dbać o siebie. I dotrzymałam słowa!
Zapomniałam, jak przyjemnie jest się rozpieszczać… Kupować sobie nowe ubrania, a nie tylko z drugiej ręki, chodzić do fryzjera i na manicure, do kina i teatru, częściej spotykać się z przyjaciółkami, a w weekendy jeździć za Warszawę. Mój mąż i synowie nadal nie mogą uwierzyć, że tak się zmieniłam i że nie jestem zawsze na ich zawołanie. Jednak powoli przyzwyczajają się do tego i nauczyli się już jak włączać pralkę, obsługiwać kuchenkę i prasować. A ja odkryłam, jak wspaniale jest być egoistką. Szkoda tylko, że zrozumiałam to tak późno!



