Chciałam szczęścia i miałam plany na przyszłość, a jedyne, co miałam to obelgi ze strony ukochanego

Chciałam szczęścia i miałam plany na przyszłość, a jedyne, co miałam to obelgi ze strony ukochanego

Spotkaliśmy się ponownie na zjeździe absolwentów okazji 20-lecia ukończenia szkoły…

Robert był taki sam, tylko trochę przytył i posiwiał, ale jego oczy – duże i smutne jak dawniej – wciąż mnie intrygowały i przyciągały. Zaprosił mnie do tańca jak w czasach, gdy byliśmy razem. Poczułam ciepło, jego oddech, jego dotyk. Przy jego dotyku moje ciało znowu zadrżało. Czułam jakby czas się cofnął i znowu zapragnęłam go w swoich marzeniach.

Nie pamiętam nawet dokładnie, dlaczego się rozstaliśmy. Przez trzy lata byliśmy parą i planowaliśmy przyszłość. Chcieliśmy otworzyć mały kosmetykami albo małą kwiaciarnię, mieć mały domek z ogródkiem, wymyślaliśmy nawet imiona dla naszychwspólnych  dzieci. Potem jednak wszystko to się rozpadło, bo on po prostu zniknął.

Teraz, kiedy znowu się spotkaliśmy, wszystko odżyło – po kilku kieliszkach wina i kilku tańcach oboje wiedzieliśmy, że damy sobie kolejną szansę. Po pół roku już mieszkaliśmy razem w jego mieszkaniu. Jego żona zmarła, a ja nigdy nie znalazłam mężczyzny, z którym mogłabym założyć rodzinę i urodzić mu dzieci. Do tego momentu wszystko było w porządku, ale sprawy nie były takie proste. Miał dwóch synów, którzy mieli wówczas po 15 i 17 lat. Nie próbowałam zastąpić im matki, nawet o tym nie myślałam. Chciałam tylko, żebyśmy byli przyjaciółmi, rozumieli się i aby akceptowali mnie w swoim życiu. Aby to osiągnąć, próbowałam zdobyć ich sympatię na wszelkie sposoby. Otaczałam ich uwagą, dbałam o nich, kupowałam prezenty, chodziłam na kompromisy w imię świętego spokoju. Ale zamiast zbliżać się do chłopców, oddalałałam się od nich coraz bardziej. Szczególnie kiedy odwiedzali nas rodzice ich zmarłej matki. Szanując ich na ile mogłam, wiedziałam, że są częścią rodziny, ale widziałam, że oni mnie nie akceptują i to sprawia, że chłopcy też się ode mnie bardziej dystansują.

Z czasem było mi jednak coraz trudniej, ponieważ nie mogłam przyzwyczaić się do nowego miasta, pracy, sąsiadów, domu. Miałam już 48 lat. Ciągłe starania, by zadowolić wszystkich zaczęły mnie przerastać i drażniły mnie najprostsze rzeczy. Na domiar złego starszy syn mojego partnera zaczął przyprowadzać swoją dziewczynę do domu, kiedy byłam w pracy.

Baraszkowali w naszej sypialni, w naszych prześcieradłach. Do tego jego dziewczyna używała moich kosmetyków, grzebieni, kapci i tak buszowała w kuchni, że sprzątałam po niej później godzinami. Młodszy ciągle narzekał na ubrania, które mu kupowałam i na jedzenie, które według niego nie było smaczne, bo nie gotowałam jak jego zmarła matka. Ciągle mi wytykał, że była świetną gospodynią, bo nie pracowała i skupiała się tylko na dbaniu o dom i dzieci. Cierpliwie milczałam przez jakiś czas i znosiłam te zarzuty. Potem próbowałam delikatnie porozmawiać o problemach z Robertem, ale nie chciał mnie słuchać i zmieniał temat.

Jestem idiotką! Uwierzyłam mu, że się zmienił, urodziłam dwoje dzieci, a on przez 5 lat mnie zdradzał!

Bardzo chciałam też zbliżyć się do sąsiadów, aby mieć jakieś sprzyjające mi osoby blisko. Jednak i to się nie udawało, bo od razu zaczynali wychwalać zmarłą kobietę. Mimo tych wszystkich przeciwności wciąż kochałam Roberta chciałam z nim żyć, dlatego zaakceptowałam jego dzieci, krewnych i przyjaciół, którzy z kolei nie do końca akceptowali mnie.

Myślałam, że jeśli urodzę mu dziecko, to wszystko się zmieni na lepsze i wszyscy w końcu zaczną mnie szanować. Byłam więc zszokowana, kiedy stanowczo stwierdził, że ma już dwoje dzieci i nie chce więcej. A gdzie w tym wszystkim byłam ja? Nie miałam swoich dzieci i chciałam zostać matką. Po tej rozmowie wszystko między nami zaczęło się psuć. Mój ukochany nie był tym samym człowiekiem, którego znałam z dawnych lat. Życie go zmieniło i przestał mnie szanować, a może i kochać. Zaczął wytykać mi błędy zarówno w prowadzeniu domu, jak i wychowania jego dzieci i choćbym nie wiem jak się starała, zawsze coś było nie tak.

Miarka się przebrała, kiedy pewnego wieczoru wracając z pracy, zastałam dziewczynę starszego syna chodzącą po domu w moim szlafroku. Byłam wściekła, to było coś bardzo osobistego, jakby założyła moje majtki! I ile razy go nosiła, nie mówiąc nic o tym?!

Najspokojniejszym tonem próbowałam jej powiedzieć, że tak się nie robi, że nie podoba mi się, że dotyka moich rzeczy. Ona jednak bezczelnie się zaśmiała i kazała mi się zająć swoimi sprawami. Co jej zrobiłam, że tak mnie traktowała? Straciłam nerwy i zaczęłam krzyczeć. Wtedy Robert wyszedł z kuchni i, nie zrozumiejąc całej sytuacji, zaatakował mnie. Zaniemówiłam ze zdumienia.

To była moja miłość, a on nie stanął po mojej stronie. Prawie nie słyszałam, co mówił. Ostatnie, co pamiętam, to jak nazwał mnie idiotką. Krzyczał, żebym opuściła jego dom i zaczął wyrzucać moje rzeczy z szaf. Zabrałam tylko torebkę i wybiegłam na zewnątrz tak, jak stałam. Wsiadłam do pierwszego lepszego pociągu i wróciłam do rodziców. Następnego dnia Roberty wysłał moje rzeczy kurierem.

Czas leczy rany i już o nim nie myślę. Wierzę, że w końcu znajdę kogoś, kto będzie mnie kochał taką, jaka jestem.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

4 + 19 =

Chciałam szczęścia i miałam plany na przyszłość, a jedyne, co miałam to obelgi ze strony ukochanego