Mam dwóch synów, którzy są bliźniakami jednojajowymi, mają na imię Jasiek i Marek. Rok temu rozpoczęli studia w innym mieście, a dokładnie przenieśli się do Szczecina. Nasz rodzinny dom jest na wsi i tutaj całą rodziną mieszkaliśmy przez całe życie. Kiedy więc okazało się, że chcą się przeprowadzić do miasta, które jest oddalone od naszej wsi o jakieś 100 km, wcale nie byłam zadowolona, ale co miałam do gadania? Przecież nie mogłam zatrzymać ich siłą.
Mój mąż zmarł na zawał serca ponad osiem lat temu. Od tamtej pory radzę sobie sama, bo co miałam zrobić? Musiałam uporać się ze wszystkimi problemami nawet, kiedy nie miałam siły, bo nie chodziło tylko o moją sytuację życiową, ale przede wszystkim o życie moich dzieci. Gdybym się poddała, mogłoby to wpłynąć negatywnie nawet na ich przyszłość. Wiedziałam, że kiedyś wyprowadzą się z domu, ale mimo wszystko nie mogłam się z tym pogodzić. Bałam się też o nich, że sobie nie poradzą w nowym miejscu, albo że stanie się coś, przez co nie będę mogła dawać im pieniędzy na utrzymanie w obcym mieście, a to sprawi, że nie ukończą studiów. Naprawdę ciągle się o coś martwię i widzę, że odbija się to na mnie coraz bardziej, przede wszystkim na moim zdrowiu. Ostatnio niby synowie dostali jakieś stypendium i teoretycznie to mogłoby nas odciążyć, ale kiedy pytam ich, ile dostają tego stypendium, oni nie chcą się przyznać. Przez to wciąż daję im tyle samo pieniędzy i robię ciągle nadgodziny, ale móc im to wszystko zapewnić.
Co miesiąc przelewam im prawie cztery tysiące złotych, wysyłałam kurierem paczki z domowym jedzeniem, robię tak naprawdę co tylko mogę, aby żyło im się dobrze. Ostatnio nawet znalazłam sobie weekendową pracę, dzięki czemu mogę wysyłać im częściej paczki albo dawać pieniądze na nagłe, niespodziewane wydatki, gdy tylko mnie o to poproszą.
Niecały tydzień temu znowu pakowałam dla synów paczkę i uznałam, że tym razem nie będę jej wysyłać, tylko wręczę im ją do rąk własnych. Ostatnio byli u mnie kilka miesięcy temu i ja rozumiem, że mają studia, dużo rzeczy na głowie, ale tęsknię za nimi i chciałabym ich zobaczyć. Wzięłam dzień urlopu w pracy, przygotowałam jeszcze kilka rzeczy do paczki, a potem wybrałam się w podróż. Oczywiście dzwoniłam do synów, aby ich uprzedzić, ale żaden z nich nie odbierał.
Przyjechałam na miejsce przed 10 rano, to była sobota. Kiedy dotarłam pod ich mieszkanie dosyć długo dzwoniłam dzwonkiem, ale nikt nie odbierał. W końcu, bo po jakiś 6 minutach, drzwi się otworzyły. Otwarła mi jakaś obca kobieta, tak na oko miała 40 parę lat. Myślałam, że się pomyliłam i zadzwoniłam nie pod te drzwi, co trzeba, ale szybko wszystko sprawdziłam i wszystko się zgadzało.
Zaczęłam tłumaczyć, że przyjechałam do synów, aż nagle za plecami tej kobiety pojawił się Jasiek. Nie bardzo rozumiałam, co się dzieje, bo płaciłam synom za mieszkanie, które miało być tylko dla nich, a tutaj nagle okazuje się, że jeszcze z kimś mieszkają. Czułam w kosciach, że coś jest nie tak i kazałam sobie to wszystko wyjasńić. Ze złości zrobiłam awanturę na całą klatkę bo wiedziałam, że jeśli teraz syn mi tego nie wyjaśni, to potem jakoś się wykręci i niczego się nie dowiem. Okazało się, że Janek spotykał się z kobietą, która była tylko nieco młodsza ode mnie.
Niespodzianka, która miała przynieść pozytywne emocje, przyniosła mi tylko złe nowiny. Syn spotykał się z kobietą, która mógłaby być jego matką, a to wszystko dla pieniędzy. Jeszcze przez próg mieszkania rzucił mi, że gdybym dawała im więcej pieniędzy, to on nie musiałby szukać sobie sponsorki.
Nie wiem gdzie popełniłam błąd. Powinnam jeszcze raz porozmawiać z synami, szczególnie z Jaśkiem. Chcę wygarnąć im, co o tym wszystkim myślę, jednak boję się, że się obrażą i już na zawsze stracę z nimi kontakt. Może powinnam więc nic nie mówić na ten temat i po prostu to przemilczeć? Tylko jak, skoro jestem matką i widzę, że moje dzieci postępują po prostu źle!?



