Rozwiodłam się z mężem po roku spędzonym na urlopie macierzyńskim. Naprawdę nie mogłam już tak żyć. To niesamowite, jak zmieniają się niektórzy ludzie, gdy poczują trochę władzy nad drugim człowiekiem. Niektórzy w takich momentach potrafią zamienić się w prawdziwych tyranów i właśnie tak było z moim mężem.
Nigdy bym nie przypuszczała, że mój troskliwy i hojny mąż zamieni się w żałosną i nikczemną kreaturę, która będzie ze mną postępowała w taki sposób. Ale do rzeczy.
Zaraz po tym, jak przeszłam na urlop macierzyński, mąż oświadczył, że teraz to on będzie odpowiedzialny za budżet rodzinny, ponieważ ja nie miałam już w niego takiego wkładu finansowego, jak wcześniej. To, co otrzymywałam w ramach urlopu macierzyńskiego, nazywał nędznymi ochłapami. Miałam taką pracę, że bez premii, jakie dostawałam za wyniki, na moje konto faktycznie wpływało może nie najwięcej, ale też nie były to jakieś grosze. Mój mąż jednak twierdził inaczej.
Musiałam więc prosić go o pieniądze na niezbędne rzeczy. Po porodzie musiałam nosić specjalnie podpaski, bo miałam problemy ginekologiczne, ale mąż się na to nie zgadzał i uważał, że podpaski to podpaski i te najtańsze wystarczą. Te przeciekały i to był dla mnie koszmar. Bardzo niekomfortowo się przez to czułam. Poprosiłam przyjaciółkę, żeby przyniosła mi watę. Wstydziłam się powiedzieć mojej przyjaciółce, po co mi była potrzebna i ją okłamałam.
Potem zaczęły się problemy z karmieniem. Mój mąż stresował mnie i nie mogłam wystarczająco dużo pokarmu. Doprowadził mnie do takiego stanu, że musiałam karmić dziecko mieszanką z apteki, co jemu oczywiście też się nie podobało.
Kiedyś miałam olbrzymią ochotę na tuńczyka. Kupiłam go sobie i zjadłam pół dość sporego kawałka. Boże, jaką mąż wtedy urządził mi awanturę! Powiedział, że gdybym zjadła makrelę, to wyszłoby na to samo, a wydałabym mniej pieniędzy. Oskarżył mnie o bycie rozrzutną i powiedział, że od teraz jeszcze bardziej będzie kontrolował moje wydatki.
Następnego dnia spakowałam siebie oraz dziecko i pojechałam do przyjaciółki. Opowiedziałam jej o całej sytuacji, a ta pozwoliła nam u siebie zamieszkać. Szybko wzięłam się za sprawę rozwodową i załatwianie alimentów. Nie chciałam mieć z tym człowiekiem nic wspólnego.
Minęło już ponad półtora roku od rozwodu. Były mąż nigdy nie odwiedził córki, nie zapytał nawet, co u niej słychać. Najwyraźniej nie potrzebował jej w swoim życiu. Po co więc brał ślub, decydował się na dziecko? Mógł to od razu powiedzieć, a nie po fakcie urządzać mi i dziecku koszmar z życia.


