Mam już do tego taki stosunek, że trudno mnie czymkolwiek zaskoczyć. Opowiem, dlaczego w naszej rodzinie jest pięć mieszkań, a mimo to musimy wynajmować.
Rodzice mojego męża, Jan i Maria, mają swoje mieszkanie na Mokotowie oraz dwa inne lokale w Warszawie, które regularnie wynajmują. Zawsze uśmiechają się, tłumacząc, że wszystko, co posiadają, osiągnęli własną pracą, więc uważają, że my także powinniśmy zapracować na swoje. Nie zdają sobie sprawy, że kiedyś mieszkania przyznawano z urzędu, można je było dostać, pracując chociażby w FSO. Dziś, gdy ceny szybują w górę, niezwykle trudno jest odłożyć na własne M, tym bardziej, że wynajmujemy.
Moi rodzice, Barbara i Zbigniew, nie są w tej kwestii inni niż teściowie. Po śmierci babci Heleny, jej mieszkanie na Pradze zostało przepisane na mnie, lecz jako dziecko nie mogłam nim dysponować. Rodzice zdecydowali, że póki nie skończę osiemnastu lat, będą je wynajmować. Teraz jestem dorosła, ale najwyraźniej spodobał im się dodatkowy przelew co miesiąc, bo ciągle nie chcą, bym się tam wprowadziła.
Od kilku lat mieszkamy z mężem w maleńkiej kawalerce na Woli, na którą wydajemy prawie wszystko, co zarobimy. Nierzadko brakowało nam na podstawowe produkty spożywcze. Teraz jestem na urlopie macierzyńskim. Wypłata nigdy nie była wysoka, ale przed narodzinami córki jakoś udawało się związać koniec z końcem. Mój mąż Wojciech pracuje na dwa etaty, by nas utrzymać. W dzisiejszych czasach, żeby dobrze zarabiać, potrzeba dyplomu uczelni, a Wojtek go nie ma zaraz po technikum poszedł do wojska, potem się poznaliśmy, więc nie zdążył studiować.
Najbardziej boli mnie, gdy moja mama Barbara co tydzień zaprasza mnie do galerii handlowej, żebym doradziła jej przy wyborze spódnicy czy żakietu, podczas gdy ja nie mam za co kupić witamin i jabłek dla dziecka. Ciągle też powtarza, że powinniśmy być niezależni finansowo i już teraz pomagać im z ojcem, bo oni planują podróże po Europie i świecie.
Bardzo zasmuca mnie postawa zarówno rodziców, jak i teściów. Mają wszystko, czego im potrzeba, a jednak nie chcą wesprzeć własnych dzieci. Rozumiem, że nie powinni z czegoś rezygnować dla nas, ale jeśli mają środki i mogą ułatwić nasz start, dlaczego odmawiają? Nie pojmuję takiego traktowania najbliższych. Wiem jedno gdy będę miała własne dzieci, dam im tyle wsparcia, ile będę mogła.
Znajome koleżanki i koledzy tłumaczą, że kiedyś te mieszkania będą i tak nasze, więc nie ma się czym martwić. Być może mają rację, ale ja czuję się tak zawiedziona, że nie oczekuję już niczego. Jeżeli rodzina nie potrafi dzielić się tym, co ma, to cały majątek nie jest wart spokoju ducha i wzajemnej miłości.
Ostatecznie zrozumiałam jedno prawdziwy dom buduje się na zaufaniu, wsparciu i bliskości, a nie na liczbie kluczy do mieszkań, ani na pieniądzach. To relacje i troska o siebie nawzajem są najcenniejsze.



