Wyszłam za mąż z miłości w wieku 18 lat. Byłam bardzo młoda, zakochana, więc po roku związku zdecydowaliśmy, że nie możemy bez siebie żyć… Tak więc, ja w wieku 18 lat, a on w wieku 22 lata wzięliśmy ślub.
Rok później urodziło się nasze dziecko. Wszystko było cudownie, ale tylko do tego momentu. Potem zaczęły się trudne lata… Była wielka inflacja, ja w ramach urlopu macierzyńskiego dostawałam jakieś grosze, mąż też nie zarabiał dobrze. Zdecydował się wyjechać za granicę, żeby więcej zarabiać i poprawić naszą sytuację. Zostałam sama z dzieckiem i to w momencie, kiedy nawet nie zdążyłam się nacieszyć do końca mężem. Tak mijały lata.
W końcu nasza sytuacja się poprawiła i zaczęłam go błagać, żeby wrócił do mnie i dziecka. Sytuacja na rynku pracy się poprawiła, dlatego mógł pracować na miejscu, ja zresztą też mogłam iść do pracy, bo dziecko już trochę podrosło. Oboje pracując i mając pomoc rodziców w opiece nad dzieckiem, moglibyśmy sobie poradzić jak wiele innych rodzin. On jednak nie chciał. Mieliśmy jedno dziecko, bo nie chciał drugiego i uważał, że na drugie nas nie stać mimo, że wciąż pracował za granicą. Przyjeżdżał na krótko do domu i znowu wyjeżdżał.
Pieniędzy nie było wiele – wysyłał tyle żeby normalnie przetrwać. Gdyby było ich więcej, to nawet powiedziałabym, że to się opłaca. My jednak nadal mieliśmy długi, które do dziś spłacamy – a to za remont dachu, za samochód, to za pralkę. Ot, jak co druga rodzina w Polsce. Wiele razy rozmawialiśmy na temat jego powrotu, ale on nie chciał. Sama wychowałam dziecko, on nigdy nawet nie wiedział, kiedy było chore (nie chciałam go martwić). Byłam zarówno matką, jak i ojcem, byłam z dzieckiem we wszystkich dobrych i złych momentach.
Jestem pozytywną osobą, zawsze miałam przyjaciół, niektórych mam od dzieciństwa. Mąż jest inny. Nie ma ani jednego przyjaciela i ma tylko kolegów z pracy.
Po 25 latach przebywania za granicą mąż w końcu wrócił do domu, ale nie z pieniędzmi, tylko z długami. Nawet sprzedałam działkę po babci, żebyśmy spłacili część z nich. On nie przestawał mi dziękować i powtarzać, że mnie kocha. Może to prawda, jest z nami, nie pije, nie chodzi nigdzie.
Niektórzy powiedzą, że to mężczyzna marzeń! Ale żeby utrzymać ten spokój, ja też prawie nigdzie nie wychodzę. Rzadko spotykam się z przyjaciółmi, on nikogo nie lubi. Złości się, że mam przyjaciół, bo sam nie ma żadnych. Po pracy wraca do domu i kładzie się przed telewizorem. Nie maluję się, nie noszę ładnych ubrań, bo się złości. Jem, śpię, chodzę do pracy, gotuję, sprzątam i tyle.
Raz albo dwa razy w roku jedziemy na wakacje, ale oczywiście sami. To nie jest złe, ale czasem miło jest wyjechać gdzieś z przyjaciółmi, ale on nikogo nie lubi. Zawsze mu coś nie pasuje! Wszystko znosiłam, żeby w domu był spokój, w końcu nie pije i nie bije. Jednak zachorowałam…
Wygląda na to, że codzienny stres – praca, dom, chorzy rodzice, troska o wszystkich, brak życia towarzyskiego i pozytywnych ludzi oraz emocji wokół mnie – wywołały chorobę. Niestety, ale tę najgorszą, nowotworową.
Teraz nie wiem, ile życia mi zostało, ale gdybym mogła cofnąć czas, nie żyłabym w ten sposób. Najpierw myślałabym o sobie, potem o innych! Dziecko poszło swoją drogą, dla rodziców robię wszystko, co w mojej mocy. Mój mąż, mimo że ciągle powtarza, że mnie kocha, tłumi mnie emocjonalnie swoimi wymaganiami i zakazami.
Gdybym mogła cofnąć czas, najprawdopodobniej bym go opuściła, ale teraz jest już za późno.



