– Dzień dobry. Pani Maria, mama Andrzeja?
– Tak, to ja. Kim pani jest?
– Proszę przekazać Andrzejowi, żeby przyniósł mi zaświadczenie. On wie, które. Bo nie wpuszczą mnie do szpitala bez tego zaświadczenia. Zaraz będę rodzić.
– Jaki Szpital? Nic nie zrozumiem. Kim pani jest?
– Jestem Kasia. Będę miała dziecko z Andrzejem. Proszę się nie martwić, Andrzej mnie nie oszukał, nic mi nie obiecywał. Sama postanowiłam zatrzymać to dziecko. Nie liczę na pomoc od Andrzeja. Sama je wychowam.
– Dlaczego nic o Pani nie wiedziałam?
– Andrzej i ja poznaliśmy się jesienią. Proszę nie zapomnieć powiedzieć Andrzejowi o zaświadczeniu.
Kasia pożegnała się ze mną i odłożyła słuchawkę.
Kiedy powiedziałam o tym mężowi, był bardzo zły. Zaczął biegać po mieszkaniu i krzyczeć:
– Niech się żeni. Co to jest? Zrobił dziecko dziewczynie i rzucił ją! To jest akt prawdziwego łajdactwa! Czy my wychowaliśmy takiego łajdaka?
– Musi jeszcze studiować dwa lata na uniwersytecie. On sam sobie póki co niczego nie może zapewnić, a ta Kasia ma tylko osiemnaście lat.
Wieczorem poważnie porozmawialiśmy z Andrzejem. Okazuje się, że poznał Kasię w kawiarni, zaczęli się spotykać.
– Po prostu się razem spotykaliśmy. Nie obiecywałem jej poślubić. Kiedy dowiedziałem się, że jest w ciąży, chciałem, żeby zrobiła aborcję, ale po niej może w ogóle nie mieć dzieci. Więc postanowiła zatrzymać to dziecko. Nie kocham Kasi i nie chcę się z nią żenić.
– A co na to rodzice Kasi?
Wszystko okazało jeszcze smutniejsze: Kasia nie miała ojca, a jej mama była alkoholiczką. Najwyraźniej nie było nikogo, kto mógłby pomóc Kasi.
Prawdopodobnie Kasia bardzo marzyła o normalnej rodzinie: o dobrym mężu, dziecku, a nasz syn nie chciał się z nią ożenić.
Nie nalegaliśmy, aby Andrzej ożenił się z Kasią. Wiemy, że takie małżeństwa bez miłości nigdy się dobrze nie kończą. Pożyją pół roku albo rok, a i tak się finalnie rozejdą.
Minęły trzy miesiące. Udawaliśmy, że nic się nie stało. Ale pewnego wieczoru Andrzej zapytał mnie:
– Mamo, nie potrzebujemy chyba drugiego telewizora? Mogę go zawieźć?
– A Kasia już urodziła?
– Tak, chłopca. Nazwała go Sebastian
– Jest do Ciebie podobny?
– Nie wiem, czy jest podobny. Taki mały, łysy, gruby. Tylko je i śpi.
Andrzej zawiózł telewizor Kasi, a ja całą noc myślałam o Kasi i jej dziecku. Rano rozmawialiśmy z mężem i zdecydowaliśmy, że musimy pojechać do Kasi.
– Będzie dobrze. Andrzej niech robi jak chce. Ale ten chłopiec jest naszym wnukiem.
Przed wyjazdem zadzwoniłam do Kasi i powiedziałam, że wraz z mężem chcemy do niej przyjechać. Była bardzo zaskoczona, ale powiedziała, że nie ma nic przeciwko temu.
– A co Ci przywieźć ?
– Pampersy. Potrzeba ich wiele, ale są takie drogie! – poprosiła Kasia.
Mój mąż i ja poszliśmy do sklepu, kupiliśmy prezent i ubranka dla Daniela. Oczywiście kupiliśmy także pieluchy.
Przed domem zatrzymałam się.
– Nie martw się tak. Popatrzymy na dziecko, przekażemy prezent. Może już nigdy tu nie przyjdziemy.
Kasia okazała się bardzo miłą, sympatyczną dziewczyną. Czekała na nas: zrobiła bardzo smaczne naleśniki, zaparzyła herbatę.
– Daniel teraz śpi. Chodźmy na niego spojrzeć. Tak śmiesznie porusza brwiami, kiedy śpi.
Gdy tylko zobaczyliśmy Daniela, od razu wszelkie wątpliwości co do tego, czy to nasz wnuk zniknęły – nasz syn i on wyglądali jak dwie krople wody. Kiedy piliśmy herbatę, Kasia powiedziała nam, że to mieszkanie dostała od babci. Mieszkanie było małe, ze starymi meblami, ale wszędzie było bardzo czysto. Kasia ukończyła szkołę fryzjerską i zdążyła już nawet pracować w zawodzie.
– Cieszę się, że mam syna. Bardzo go kocham. Pokochałam go już wtedy, gdy był w moim brzuchu.
– Za co żyjesz?
– Dostaję zasiłek na Danielka. Proszę nie myśleć o mnie źle, nie będę prosić o pieniądze. Kiedy Daniel trochę podrośnie, pójdę do pracy. Już się dowiedziałam, że w żłobku przyjmują dzieci, które ukończyły 10 miesięcy. Jest kolejka, więc już zapisałam tam Danielka. Poza tym miałam pieniądze, odkładałam je, kiedy jeszcze pracowałam. Kupiłam synowi wózek i łóżeczko, wszystko nowe, dobre.
Tutaj obudził się Danielek, a Kasia pobiegła go nakarmić.
Chciałam pomóc i włożyć zakupione produkty do lodówki i dopiero wtedy zauważyłam, że lodówki w mieszkaniu po prostu nie było.
– To nic strasznego. Rzeczy, które mogą się zepsuć wynoszę na balkon.
Mój mąż i ja poszliśmy na spacer z wnukiem, żegnając się z na chwilę z Kasią.
Kiedy wyszliśmy z bloku, mąż zapytał mnie:
– Masz kartę? Jedziemy do sklepu?
– Tak!
Poszliśmy do sklepu kupić lodówkę dla Kasi.
Kasia bardzo nam się spodobała: taka zdecydowana, nie poddała się, nie zaczęła pić jak jej matka. Nie wiem, co będzie dalej, ale ja jej pomogę i będę najlepszą babcią na świecie.



