Kiedy Basia wróciła z Zakopanego, drzwi do jej kawalerki na Bemowie otworzyły się tylko na szerokość ramienia. Za nimi stały kartonowe pudła — jedno na drugim, aż do samej kuchni. Na jednym ktoś napisał flamastrem: „Serwis. Nie stawiać na bok". Do kompletu w przedpokoju leżał zwinięty perski chodnik, którego Basia nigdy w życiu nie widziała. Na blacie w kuchni czekała karteczka: „Basiu, u mnie remont łazienki. Niech moje rzeczy postoją u was, to na chwilę. Teresa".
Basia odłożyła karteczkę i usiadła na krawędzi taboretu, bo na krześle stało pudło z napisem „Pościel".
— No i proszę — pomyślała. — Tego było do przewidzenia.
Mieszkała z mężem, Darkiem, w wynajętej kawalerce przy ulicy Powstańców Śląskich. Prowadziła mały biznes — szyła sukienki na zamówienie, głównie na wesela i komunie, i miała stały grafik klientek, które przychodziły na przymiarki właśnie do tego pokoju, w którym teraz stał regał teściowej. Do siostry, Ewy, jeździła co roku w sierpniu na tydzień, do Zakopanego, bo tylko tam naprawdę odpoczywała od maszyny do szycia i od telefonu. A teściowa, Teresa, wykorzystała ten tydzień znakomicie.
Basia zadzwoniła do Darka.
— Kochanie — zaczęła — twoja mama przywiozła tu pudła. Co to ma być?
— Remont — odpowiedział Darek, jakby to wszystko wyjaśniało.
— I na jak długo?
— Mówi, że na chwilę. Ale wiesz, jak to z remontami.
Remontu nie można skończyć, pomyślała, można go tylko przerwać.
— A ja co mam robić, Darek? Mam klientkę w środę, przymiarkę sukni, a w pokoju stoi regał.
— No… przetrzymaj trochę — poprosił mąż. — Coś wymyślimy.
Odłożyła telefon. „Przetrzymaj" — to było całe rozwiązanie problemu.
Następnego dnia zadzwoniła do teściowej.
— Pani Tereso — powiedziała — proszę, zabierzcie te rzeczy do soboty. Mam zamówienie na suknię ślubną, potrzebuję pokoju do przymiarek.
— Do soboty? — zdumiała się Teresa. — A gdzie ja to poniosę? Remont mam w toku. Na ulicę wyrzucić?
— Może na działkę? — podsunęła Basia. — Albo do koleżanki. Gdzieś. Ale proszę, do soboty.
— Zobaczę, co da się zrobić — odpowiedziała teściowa niechętnie.
Sobota nadeszła. Pudła stały na tych samych miejscach. Chodnik też. Więcej — kiedy Basia wróciła z bazaru na Bemowie, w kawalerce stała już komoda z orzecha, a za nią fotel uszak, cały owinięty folią, jakby czekał na przeprowadzkę na stałe.
— Darek — zaczęła, patrząc na męża, który spuścił oczy.
— Wiem, wiem — podniósł ręce. — Sam się czuję głupio. Ale to mama…
— Słuchaj. Twoja mama ma działkę w Izabelinie. Zapłacę za transport, tylko żeby to wszystko stąd zniknęło.
— Pomyślę — obiecał.
Mówił tak samo jak jego matka. I było jasne, że nic z tym nie zrobi — jak zwykle liczył, że sytuacja rozwiąże się sama, najlepiej przy udziale Basi.
— No dobrze — zdecydowała. — Jeśli góra nie chce przyjść do Mahometa…
Teresa przyjechała po kilku dniach, z fachowcem od przeprowadzek. Mężczyzna niósł jakieś zawiniątka i deskę do prasowania.
— Jeszcze trochę — oznajmiła Teresa. — Postaw pod oknem, Marek.
Fachowiec postawił deskę i wyszedł. Teresa przeszła się po całym mieszkaniu, zajrzała do sypialni, do kuchni. Poprawiła coś na komodzie tym gestem, jakim się poprawia rzeczy u siebie w domu. Stanęła na środku kuchni, jakby mierzyła wzrokiem, gdzie postawi jeszcze coś następnym razem.
— Pani Tereso — powiedziała Basia — prosiłam, żeby pani zabrała rzeczy. Nie zabrała pani. I jeszcze dowiozła kolejne. Nie mam gdzie szyć, nie mam gdzie postawić manekina.
— Ojej, co ty ciągle o tym — machnęła ręką Teresa. — Mieszkanie i tak jest Darka. Przywożę rzeczy do syna, jak mi wygodnie. Więc lepiej siedź cicho.
Mieszkanie Darka. Teresa przypominała jej o tym przy każdej okazji, jakby chciała powiedzieć: tu jesteś nikim, a ja mogę robić, co zechcę, bo syn nigdy mi nie odmówi.
Basia zacisnęła zęby, policzyła w myślach do dziesięciu.
— Pani Tereso — powiedziała spokojnym głosem. — Do dzisiejszego wieczora zabiera pani wszystko. Jeśli coś zostanie, rozdam to sąsiadom.
— A ty co, oszalałaś? — Teresa zwęziła oczy.
— Usłyszała pani — odparła Basia.
Teściowa mruknęła coś niewyraźnego, ale wymowa nie pozostawiała wątpliwości co do znaczenia, i wyszła. Remont, jak się później okazało, przeczekiwała u koleżanki z klatki obok.
Wieczorem, jak można się było spodziewać, nikt nie przyjechał. Basia zadzwoniła do sąsiadów.
— Przyjdźcie teraz — mówiła. — Komoda, fotel, pościel, deska do prasowania. Kto czego potrzebuje, niech bierze, wszystko za darmo.
Przyszli. Pani Halinka z parteru zabrała pościel i zestaw talerzy. Pan Zenek z drugiego piętra przyszedł z synem i wynieśli fotel. Komoda trafiła do studenta z sąsiedniego blokowca, który akurat urządzał pierwsze własne mieszkanie. Pudła Basia wystawiła na klatkę — wszystkie czternaście.
Kiedy Darek wrócił z pracy, w mieszkaniu było pusto i przestronnie, a w korytarzu stały te czternaście pudeł.
— Co to ma znaczyć? — wybałuszył oczy.
— Jak góra nie idzie do Mahometa, to sama się likwiduje — uśmiechnęła się Basia. — Nie martw się, Darku, wszystko biorę na siebie.
— Ale… mama… to wszystko kosztowało pieniądze!
— Wcześniej trzeba było myśleć — odpowiedziała. — Prosiłam cię, żebyś zawiózł to na działkę. Prosiłam. Nie zawiozłeś.
Darek nic nie powiedział. Pudeł do mieszkania jednak nie wniósł — zostały na klatce.
Rano obudził ją łomot. Ktoś walił pięścią w drzwi, choć dzwonek działał. A potem nacisnął dzwonek i trzymał go, aż Basia otworzyła. Darek musiał zadzwonić do matki wcześniej.
— Ty… — wysyczała Teresa, wpadając do środka. — Gdzie moje rzeczy?!
— U sąsiadów — odpowiedziała spokojnie Basia. — I dobrze, że pani przyjechała, bo za godzinę mieli przyjść po komodę.
— Co-o-o?! — wrzasnęła Teresa. — Ja ci… to były moje rzeczy! Nie miałaś prawa!
— Uprzedziłam panią — powiedziała Basia. — Uznała pani, że żartuję. Nie żartowałam.
Teresa zamilkła na moment. Zmierzyła Basię od stóp do głów — Basia była od niej wyższa o głowę — i powiedziała lodowatym tonem:
— Zwrócisz mi wszystko. Przez sąd. Do ostatniego grosza.
Nie czekając na odpowiedź, wypadła na klatkę. Godzinę później przyjechała ekipa i zabrała resztę rzeczy z podłogi korytarza.
Do sądu jednak nie doszło. W piątek wieczorem zadzwonił Darek, głos miał zmęczony, jakby wracał z długiej rozmowy.
— Mama się wścieka, mówi o adwokacie od poniedziałku — powiedział. — Ale ja już przelałem jej sześć tysięcy. Za komodę, za fotel. Tytułem odszkodowania. Niech się uspokoi.
Basia nic nie odpowiedziała, tylko usłyszała w słuchawce, jak Darek wzdycha, czekając na jakąś reakcję. Nie doczekał się. W poniedziałek nikt z sądu nie zadzwonił, nikt nie przyszedł z wezwaniem. Sześć tysięcy złotych okazało się skuteczniejsze niż jakiekolwiek przeprosiny.
Tydzień później Basia zrobiła coś, co wcześniej odkładała — poszła do notariusza przy ulicy Górczewskiej i podpisała umowę najmu lokalu na własne nazwisko, bez Darka jako współlokatora, z osobnym kontem firmowym na przelewy od klientek. Zmieniła też zamek we wejściowych drzwiach — nowy, na klucz atestowany, taki, którego nie dorobi się na bazarze w pół godziny. Teresa dostała informację od Darka, że nowego klucza nie otrzyma.
Przyszła raz, w listopadzie. Basia zobaczyła ją przez judasza — teściowa stała pod drzwiami, w rękach trzymała pusty słoik, pretekst na wizytę, i naciskała dzwonek przez dobrą minutę. Dzwonek ucichł. Basia poczekała jeszcze chwilę, aż na klatce ustały kroki, i dopiero wtedy odeszła od drzwi.
Wróciła do maszyny, gdzie na stole czekała niedoszyta suknia ślubna, upięta szpilkami przy dekolcie. Wzięła jedną szpilkę w usta, jak zawsze, kiedy pracowała, i usiadła szyć dalej.



