Nazywam się Mateusz Kowalczyk i jeżdżę tym samym kursem od jedenastu lat – z Wieliczki do dworca w Krakowie, przez Bieżanów i kawałek lasu koło Podgórek. Znam tę trasę tak dobrze, że potrafię powiedzieć, gdzie jest dziura w asfalcie, jeszcze zanim koła w nią wpadną. Tamtego dnia jechałem szóstym kursem, tym o piątej czterdzieści pięć, na który zwykle wsiadają ludzie do pracy zmianowej i dwie sprzątaczki z galerii handlowej. W autobusie było około osiemnastu osób. Starszy mężczyzna z tyłu udawał, że śpi – później okazało się, że wcale nie udawał. Dwie kobiety rozmawiały cicho o czymś, chyba o cenach na targu w Wieliczce. Ktoś trzymał reklamówkę z pieczywem, ktoś inny wpatrywał się w telefon. Zwyczajny poranek, zwyczajni ludzie.
Nie zauważyłem nic podejrzanego, dopóki za zakrętem przy starym tartaku nie wyskoczyło czarne BMW X5. Wjechało na pas naprzeciwko, wyprzedziło mnie i zahamowało tuż przed maską, tak że zablokowało całą drogę. Zdążyłem wcisnąć hamulec, autobus szarpnął, ktoś krzyknął. Pomyślałem: kolizja, może pijany kierowca. Dopiero gdy z czterech drzwi BMW wysiadło pięciu mężczyzn – część w kominiarkach, część nawet się nie kryjąc – zrozumiałem, że to nie wypadek. W rękach mieli rury, kije bejsbolowe, jeden trzymał młot murarski.
Od kilku miesięcy w lokalnych wiadomościach mówiło się o napadach na autobusy międzymiastowe w Małopolsce – blokowali drogę, rozbijali szyby, zabierali telefony i portfele. Po trzecim takim napadzie komenda w Wieliczce zaczęła wysyłać po cywilnemu funkcjonariuszy tymi właśnie kursami, które gang obrał sobie na cel – nikt mi tego wtedy nie powiedział wprost, dowiedziałem się dopiero po wszystkim. Zakładałem zamek w drzwiach specjalnie po tych doniesieniach, ale nikt nie wierzy, że to się przydarzy właśnie jemu.
Zablokowałem drzwi, wyłączyłem silnik i powiedziałem do pasażerów, żeby zostali na miejscach. Ktoś z przodu zapytał, czy drzwi wytrzymają. Powiedziałem prawdę: wzmocnione, ale nie na długo.
Pierwszy cios spadł na przednią szybę. Pęknięcie rozeszło się jak pajęczyna. Kobieta przy oknie zasłoniła się torebką. Jeden z bandytów walił kijem w drzwi i krzyczał, żebym otworzył, bo inaczej się wedrą. Reszta zaczęła okładać szyby rurami. Odpadło lusterko, rozbił się reflektor, ktoś wgniótł drzwi boczne.
Tu jest to, czego z zewnątrz nikt nie widział: pasażerowie się nie panikowali. To mnie wtedy zdziwiło najbardziej. Nikt nie płakał, nikt nie krzyczał do mnie, żebym otwierał. Starszy pan, ten rzekomo śpiący, otworzył oczy i obserwował całe zajście, jakby oglądał mecz w telewizji sąsiada zza ściany. Mężczyzna w środkowym rzędzie, w roboczej kurtce z logo jakiejś firmy budowlanej, pochylił się do przestraszonej kobiety obok i powiedział jej cicho, żeby schowała się nisko i trzymała z dala od szyb. Ona posłuchała bez pytania, chociaż widziałem, że ręce jej się trzęsły na pasku torebki.
Bandyci wdrapali się na zderzak, walnęli młotem w przednią szybę – zrobiła się dziura, do środka posypało się szkło. Herszt wrzasnął ostatnie ostrzeżenie: albo otwieram, albo wyciągną mnie przez wybitą szybę. Bałem się, że ktoś z pasażerów zostanie ranny odpryskami, więc otworzyłem drzwi.
To, co stało się dalej, do dziś opowiadam znajomym, a oni i tak nie do końca wierzą.
Kiedy pierwszy bandyta wskoczył do środka z rurą w ręku, mężczyzna w roboczej kurtce – ten, który uspokajał kobietę – wstał i jednym ruchem złapał go za nadgarstek, wykręcając rurę z jego dłoni. Dopiero wtedy zrozumiałem, że to nie przypadkowy pasażer. Obok niego podniósł się starszy pan, ten "śpiący" – z kieszeni marynarki wyjął odznakę. Byli policjantami z komendy w Wieliczce, tych dwóch, jadącymi po służbie, po cywilnemu, na przesłuchanie świadka w Krakowie – rozstawieni w dwóch różnych miejscach autobusu, jak się okazało nieprzypadkowo. Czekali w milczeniu, bo wiedzieli, że otwarte drzwi to jedyna szansa, by wciągnąć napastników w pułapkę zamiast walczyć przez rozbite okna.
W ciasnym przejściu między siedzeniami napastnicy nie mieli miejsca, żeby zamachnąć się kijem. Ten z rurą i drugi, który wskoczył zaraz za nim, zostali obezwładnieni w kilkanaście sekund. Trzeci, widząc to, cofnął się gwałtownie w stronę drzwi i wpadł na budowlańca siedzącego najbliżej wyjścia – ten złapał go za kurtkę i przygniótł do poręczy, aż napastnik przestał się szarpać. Herszt gangu, ten z młotem, zamarł na stopniu, gdy zobaczył kajdanki wyciągnięte z wewnętrznej kieszeni starszego pana. Rzucił narzędzie i uciekł biegiem do BMW razem z ostatnim ze swoich ludzi, ale ktoś zdążył już wykręcić numery rejestracyjne komórką i zadzwonić na komendę.
Auto dojechało może czterysta metrów, zanim zablokował je patrol z Wieliczki, wezwany przez jednego z policjantów, którzy dopiero co siedzieli w moim autobusie z udawaną obojętnością. Dwóch zatrzymano na miejscu w rowie przy drodze, trzech – tych obezwładnionych w autobusie – zabrała karetka, bo jeden miał złamany nadgarstek od własnej rury, którą mu wykręcili.
Kobieta, która chowała się przy oknie, później podeszła do mnie na przystanku i powiedziała, że przez całe zajście trzymała w kieszeni różaniec, który dostała od matki. Nie wiem, czy to on pomógł, czy odznaki w marynarkach dwóch mężczyzn, których wzięliśmy za zwykłych pasażerów – ale tamtego dnia nikt z podróżnych nie ucierpiał, licząc szkody na karoserii, którą naprawialiśmy potem trzy tygodnie.
Ja tamtego ranka spisałem oficjalne zeznanie na komisariacie zamiast zawieźć ludzi na dworzec o czasie. Spółka wystawiła mi premię za "zachowanie zimnej krwi" – osiemset złotych, które w większości wydałem na nowe okulary przeciwsłoneczne, bo stare zniszczyło mi odłamkiem szkła z przedniej szyby. Tamten kurs, szósty, o piątej czterdzieści pięć, nadal jeżdżę. Szybę wymieniono, lusterko też. Jedyne, czego nie wymieniono, to nawyk – teraz, zanim otworzę drzwi komukolwiek stojącemu przed maską, zerkam najpierw w lusterko wsteczne, na twarze ludzi siedzących za mną.



