Trzydzieści cztery zastrzyki, o których nikt nie miał wiedzieć

Pielęgniarka z oddziału onkologicznego w Poznaniu nazywała się Bożena Krak i pracowała tam już siedemnaście lat, kiedy natknęła się na tę historię krążącą po internecie: że pewien słynny aktor po wielkim filmowym sukcesie oddał 31,5 miliona dolarów, siedemdziesiąt procent swojej pensji, na badania nad białaczką. Liczba ładnie wyglądała w nagłówku. Tylko że nikt tego nigdy nie potwierdził, a jego rzecznik wprost temu zaprzeczył.

Bożena przeczytała ten artykuł w przerwie między jednym przetoczeniem a drugim i zamknęła telefon z lekkim niesmakiem. Nie dlatego, że nie wierzyła w hojność aktorów. Dlatego, że akurat tego dnia liczyła coś zupełnie innego — trzydzieści cztery zastrzyki, które zostały jeszcze do końca protokołu Marka Wójcika, i sto dwadzieścia tysięcy złotych, których w budżecie jego matki nie było.

Marek miał czternaście lat i leżał na jej oddziale od pięciu miesięcy. Białaczka odpowiadała na leczenie, ale wolno, a każdy kolejny etap terapii wymagał przetoczeń, których część kosztów nie pokrywał w całości program refundowany przez NFZ. Jego matka, Ewa, sprzątała klatki schodowe w trzech blokach na Ratajach, żeby dopłacać do suplementów i do taksówek w środku nocy, kiedy syn miał gorączkę czterdzieści stopni, a męża, który mógłby prowadzić, dawno nie było w ich życiu.

Ewa nigdy nie prosiła nikogo o pomoc głośno. Zapytana, jak sobie radzi, odpowiadała krótko: „Jakoś" — i wracała do składania w kostkę tej samej reklamówki z apteki, którą nosiła od tygodni, bo szkoda jej było kupować nową.

Trzydzieści cztery zastrzyki. Bożena policzyła je pierwszy raz w marcu, kiedy ordynator przedstawił plan leczenia, i od tamtej pory odhaczała je w swoim notatniku, jeden po drugim, jak ktoś, kto odlicza dni do czegoś, czego wynik wcale nie jest pewny. Bo im dalej w protokół, tym drożej — a pieniądze Ewy kończyły się już przy dwudziestym.

W kwietniu, kiedy nad Poznaniem sypał mokry, niecodzienny w tej porze śnieg, Ewa przyszła na oddział i powiedziała Bożenie wprost, że nie starczy jej na kolejną turę. Że myśli o tym, żeby zawiesić leczenie na miesiąc, dorobić więcej godzin sprzątania, wrócić, kiedy uzbiera resztę. Bożena wiedziała, co to oznacza w praktyce — że miesiąc przerwy w tym momencie terapii mógł oznaczać nawrót, którego drugi raz mogliby już nie zatrzymać. Poszła więc do ordynatora i zapytała wprost, czy szpital ma jakikolwiek fundusz na takie przypadki. Ordynator pokręcił głową. Powiedział tylko, że czasem, raz czy dwa razy do roku, dzwoni do nich pewna fundacja, o której nikt na oddziale nic konkretnego nie wie — anonimowy fundator, tak to zawsze określano w dokumentach, „bez podawania nazwy do publicznej wiadomości". Nikt nie potrafił powiedzieć, kiedy zadzwonią następnym razem. Może wcale.

Bożena zaczęła więc robić to, co umiała najlepiej — pilnować szczegółów. Sprawdzała, ile kosztuje każdy z pozostałych czternastu zastrzyków, dzwoniła do apteki szpitalnej, pytała, czy da się rozłożyć płatność. Niewiele to dawało, ale robiła to uparcie, jakby samo liczenie mogło kupić im czas.

Trzeciego dnia maja do gabinetu ordynatora zadzwonił telefon z tamtej fundacji. Bożena stała akurat przy drzwiach z wynikami krwi Marka w ręku, kiedy usłyszała, jak ordynator mówi do słuchawki: „sto dwadzieścia tysięcy, tak, to pokryje całość". Nie od razu zrozumiała, że to o nim. Dopiero kiedy ordynator odłożył słuchawkę i spojrzał na nią z tą swoją rzadką, niedowierzającą miną, wiedziała, że trzydzieści cztery zastrzyki jednak się odbędą — wszystkie, bez przerwy, bez zawieszania.

Bez konferencji prasowej. Bez zdjęcia z wielkim czekiem. Formularz, pieczątka, przelew.

Kiedy ordynator przekazał wiadomość Ewie na korytarzu, kobieta osunęła się na krzesło i przez dłuższą chwilę nie mogła wydusić słowa — trzymała tylko w rękach tę samą wytartą reklamówkę z apteki, mnąc ją i rozprostowując, mnąc i rozprostowując, jakby to była jedyna rzecz, nad którą w tym momencie miała jeszcze kontrolę.

Bożena nigdy nie dowiedziała się, czy to była ta sama fundacja, o której pisano w związku z aktorem z Hollywood. Prawdopodobnie nie — to był jeden telefon w jednym mieście, jedna z tysięcy historii, które nigdy nie trafiają do internetu. Ale liczyło się to, że wszystkie trzydzieści cztery zastrzyki zostały podane co do jednego.

Marek wyszedł ze szpitala w sierpniu tego samego roku. Remisja trwała już wtedy szesnaście miesięcy.

Ewa wróciła na oddział pół roku później — nie jako pacjentka, tylko żeby przynieść pielęgniarkom pudełko pączków z cukierni przy Głogowskiej. Zapytana, czy wie, kto sfinansował leczenie syna, wzruszyła ramionami.

— Nie wiem — powiedziała, otwierając pudełko i podsuwając je Bożenie. — I chyba dobrze, że nie wiem. Bo gdybym wiedziała, tobym się rozczuliła nad tym, kto to zrobił, zamiast się cieszyć, że Marek żyje.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

18 − 2 =

Trzydzieści cztery zastrzyki, o których nikt nie miał wiedzieć