Koperta z Waszyngtonu

Grażyna Sadowska pracowała w opiece społecznej w Radomiu dwadzieścia trzy lata i myślała, że nic już jej nie zaskoczy. Aż do tej środy w połowie września, kiedy do jej biurka przy oknie, tuż obok kaloryfera, który zawsze stukał o siódmej rano, trafiła sprawa fundacji charytatywnej "Razem dla Rodzin".

Fundację prowadził Marek Winiarski, mężczyzna po pięćdziesiątce, który dwa lata wcześniej przejął po zmarłej matce niewielki dom pomocy oraz konto, na które od czasu powodzi w dolinie rzeki wpływały darowizny od firm i osób prywatnych. Suma, którą fundacja miała otrzymać od jednego z zagranicznych sponsorów — amerykańskiej organizacji pozarządowej współpracującej z ambasadą — wynosiła czterysta osiemdziesiąt tysięcy złotych, przeznaczonych na żywność, leki i środki czystości dla rodzin poszkodowanych w powodzi.

Grażyna dostała telefon od swojej koleżanki z urzędu miasta, Ireny, która pracowała przy dystrybucji paczek w gminie. Irena mówiła cicho, jakby ktoś mógł ją usłyszeć przez słuchawkę.

— Grażyno, ja rozdałam już ponad sto paczek. A on na konferencji dla lokalnej telewizji powiedział, że dotarło tylko do siedmiu rodzin.

— Siedmiu?

— Siedmiu. I jeszcze miał pretensje, że pieniądze idą za wolno. Że sponsor powinien się wytłumaczyć, kiedy reszta trafi do ludzi.

Grażyna odłożyła słuchawkę. Na korytarzu pachniało kawą z automatu i mokrym płaszczem — na zewnątrz od rana lało, a klimatyzacja w budynku od lat nie działała jak trzeba, więc otwierali okna nawet jesienią. Ktoś zostawił na parapecie termos i zeszyt z krzyżówkami, który krążył między pokojami od miesięcy.

Naczelnik wydziału, Tadeusz Boruta, zajrzał do jej pokoju z kubkiem herbaty w ręce.

— Słyszałem, że dzwoniłaś do gminy w sprawie Winiarskiego. Grażyno, zostaw to. Ten człowiek zna radnego, zna prezesa, zna wszystkich. Półtora roku do emerytury zostało, po co ci kłopoty na koniec?

— Bo ktoś musi to sprawdzić.

— Ktoś, tylko niekoniecznie ty. Zgłoś to i niech się tym zajmie kontrola z Warszawy, jak przyjedzie za pół roku.

Nie odpowiedziała. Wróciła do biurka i wyjęła z szuflady stertę dokumentów, które od tygodnia leżały nietknięte, bo nikt nie chciał ich podpisać. Rachunki za paliwo do rozwożenia paczek. Faktury za magazyn, który Marek wynajął — od swojego szwagra, za dwa tysiące trzysta złotych miesięcznie, chociaż wcześniej stał pusty. Zamówienie na czterysta litrów oleju rzepakowego, z czego sto dwadzieścia trafiło do sklepu prowadzonego przez żonę Marka. Same w sobie te papiery jeszcze niczego nie dowodziły — każda faktura osobno dało się wytłumaczyć zbiegiem okoliczności. Dopiero ułożone jedna przy drugiej, obok listy rodzin z gminy, zaczynały układać się w coś, co miało kształt.

Zadzwoniła do Marka. Odebrał po czwartym sygnale, w tle słychać było telewizor.

— Panie Marku, potrzebuję pełnego rozliczenia środków z darowizny amerykańskiej. Do piątku.

— A po co pani to teraz? Przecież wszystko idzie zgodnie z planem.

— Bo w telewizji powiedział pan, że dotarło do siedmiu rodzin, a z gminy mam informację, że rozdano ponad sto paczek. Coś się nie zgadza.

Zapadła cisza, w tle telewizor przełączył kanał.

— To urzędnicy coś pokręcili. Ja tylko chcę, żeby sponsor się pospieszył z resztą transzy. A pani niech uważa, komu wchodzi w drogę. Ja mam znajomości, o jakich się pani nie śniło.

— Reszta transzy nie zostanie wypłacona, dopóki nie zobaczę, gdzie poszły poprzednie pieniądze.

Odłożyła słuchawkę, nie czekając na odpowiedź, i sięgnęła po długopis, żeby dopisać datę na teczce.

W piątek Marek nie przyniósł żadnych dokumentów. Zamiast tego przysłał e-mail, w którym pisał, że "sponsor powinien wykazać się większym zaufaniem do lokalnych struktur" i że "biurokracja opóźnia pomoc dla najbardziej potrzebujących". Do e-maila dołączył kopię do wiadomości radnego Kazimierza Ostrowskiego, z którym — jak się okazało z podpisu w stopce — zasiadał razem w radzie fundacji sportowej. Grażyna wydrukowała wiadomość i dołożyła do teczki, która z tygodnia na tydzień robiła się coraz grubsza.

Tego samego dnia po południu do jej biura zadzwonił sam Ostrowski. Był uprzejmy, pytał o zdrowie, o to, jak się pracuje w takich czasach, a potem wspomniał mimochodem, że "pan Winiarski robi dużo dobrego dla miasta" i że "szkoda by było, gdyby jakieś nieporozumienie zaszkodziło całej akcji pomocowej". Grażyna podziękowała za telefon i zapisała datę rozmowy w zeszycie, obok krzyżówek.

Zebrała wszystko: kopie faktur od szwagra, zamówienie oleju trafiającego do sklepu żony, listę stu dwudziestu rodzin z gminy, które faktycznie dostały paczki, i zestawienie kwot, które nie zgadzały się z żadnym z tych rozdań. Zadzwoniła do koordynatorki programu po stronie amerykańskiej fundacji, kobiety nazwiskiem Diane, z którą rozmawiała już wcześniej przy okazji innej sprawy.

— Diane, mam dokumentację, która pokazuje, że środki nie trafiają zgodnie z deklaracją pana Winiarskiego. Proponuję wstrzymać kolejną transzę i przekierować dystrybucję bezpośrednio przez gminę, z którą już współpracujemy.

Diane odpisała dopiero po trzech dniach, że musi to skonsultować z prawnikami fundacji, bo "organizacja partnerska ma podpisaną umowę i wycofanie się z niej wiąże się z ryzykiem prawnym". Grażyna czekała kolejny tydzień, dzwoniąc do sekretariatu fundacji niemal co drugi dzień, aż w końcu Diane napisała, że sprawa trafiła do działu compliance.

W tym czasie Marek zdążył wypłacić z konta fundacji kolejne czterdzieści tysięcy złotych — jako "zaliczkę na koszty organizacyjne dystrybucji", zanim ktokolwiek zdołał zablokować rachunek.

Dwa tygodnie później Marek Winiarski podjechał pod magazyn przy ulicy Sienkiewicza, żeby odebrać kolejną partię towaru. Wysiadł z samochodu z kluczami w ręce, podszedł do drzwi i stanął. Zamiast starej, znajomej kłódki wisiała nowa, błyszcząca, z metalową plombą i naklejką urzędu miasta. Szarpnął za nią raz, potem drugi, jakby to mogło coś zmienić. Wyjął telefon, wykręcił numer Grażyny, ale nikt nie odebrał. Stał tak jeszcze chwilę na deszczu, z kluczami, które nie pasowały już do niczego, zanim wsiadł z powrotem do samochodu.

Fundacja "Razem dla Rodzin" straciła status partnera programu, konto zostało zablokowane do czasu kontroli, a pozostałe środki, sto dwadzieścia tysięcy złotych, przekazano bezpośrednio do gminnego ośrodka pomocy społecznej, gdzie paczki zaczęła rozdzielać Irena razem z zespołem Grażyny. Czterdzieści tysięcy, które Marek zdążył wypłacić wcześniej, trafiło do sprawy prowadzonej już przez prokuraturę.

Marek dzwonił jeszcze kilka razy, tłumacząc się i grożąc prawnikiem. Boruta zajrzał raz jeszcze, tym razem bez herbaty, i powiedział tylko: "Dobra robota, ale następnym razem uprzedź mnie wcześniej". Grażyna nie odbierała już telefonów od Marka. Na jej biurku, obok termosu i zeszytu z krzyżówkami, stała nowa teczka — z napisem "zamknięte" i datą, którą sama wpisała czerwonym długopisem.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

osiem − 1 =

Koperta z Waszyngtonu