Sam nie wiem, po co to powiedziałem. Barbara pakowała torbę z pierogami dla wnuków — te z twarogiem, w słoiku po ogórkach, bo inny słoik nigdy nie miała pod ręką — a ja rzuciłem od niechcenia: "Jedź już do tej córki, może chociaż tydzień odpocznę od ciebie." Trzydzieści osiem lat małżeństwa i ja to jej mówię w progu, jakby to była jakaś drobnostka.
Ona nawet się nie odwróciła porządnie. Popatrzyła na mnie tak, jakbym powiedział, że ziemia jest płaska, machnęła ręką i wyszła na przystanek numer 4, ten na Kościuszki, skąd co czterdzieści minut jeździ do Zawiercia. Zamknąłem furtkę na hak i pomyślałem sobie: no i wreszcie. Cisza. Będę oglądał mecz i "Wiadomości" bez tego jej komentowania co druga minuta.
Pierwsze co zrobiłem — wygnałem kota z fotela. Bety, ruda kocica, którą Barbara rozpuściła do granic możliwości, karmiąc ją szynką z kanapek. Kosz z robótką na drutach wepchnąłem za kanapę, żeby nie leżał na widoku, i rozwaliłem się w fotelu z pilotem. Przełączałem kanały z góry na dół, z dołu do góry — nuda. Wyłączyłem telewizor. Przeszedłem się po mieszkaniu, korytarz-kuchnia-sypialnia, i wszędzie pusto, jakby ktoś wyniósł meble, chociaż nic się nie ruszyło z miejsca.
Koło południa odgrzałem sobie żurek, oparzyłem palce o rondel, usiadłem przy stole i z przyzwyczajenia krzyknąłem w stronę kuchni: "Basiu, podaj chleb!" Cisza. Nawet chleb sam sobie musiałem pokroić, tym tępym nożem, który ona od miesiąca obiecywała naostrzyć.
Włączyłem wiadomości o siedemnastej — i bez sensu, bo z kim się teraz pokłócę o rząd, o ceny prądu, o to kto zawinił? Sam do telewizora gadać nie będę, jeszcze sąsiad z dołu pomyśli, że mi odbiło.
Wieczorem wyjąłem talię kart, tę wytartą, z brakującym trefl-waletem, którą zastępujemy kawałkiem kartonu z podpisem długopisem. Usiadłem sam przy stole i przypomniałem sobie, jak Barbara ograwa mnie co wieczór w tysiąca, jak śmiejemy się przy tym jak dzieci, jak ona oszukuje i twierdzi, że nie.
Noc bez jej chrapania po drugiej stronie łóżka — i bez porannego brzęku garnków o szóstej — okazała się gorsza niż z chrapaniem. Nie mogłem zasnąć. Leżałem i słuchałem, jak lodówka mruczy w kuchni, jedyny dźwięk w całym mieszkaniu.
Następnego dnia byłem już nie do wytrzymania. Sam ze sobą. Mieszkanie wydawało mi się zimne jak niedogotowana owsianka, ta bez masła, którą Barbara robi mi na diecie, kiedy lekarz znowu straszy cukrzycą. Do wieczora się poddałem. Zadzwoniłem do córki, Moniki, i bąknąłem coś w rodzaju: "Daj no mamę do telefonu." Połknąłem dumę, jak tę żurkową łyżkę za gorącą. Powiedziałem cicho: "Niedobrze jest samemu."
Barbara wróciła po godzinie, tym samym autobusem z Zawiercia, z pustym już słoikiem po pierogach. Od progu obejrzała kuchnię, skrzywiła się na te odgrzewane resztki żurku zaschnięte na rondlu, pogłaskała Bety, która natychmiast wyszła jej naprzeciw, i wyciągnęła kosz z robótką zza kanapy, dokładnie tam, gdzie go schowałem.
Wieczorem znowu karty, herbata w tych samych kubkach z Wieliczki, które przywieźliśmy z wycieczki jeszcze przed pandemią. Przegrałem trzy partie z rzędu i mruknąłem: "Z tobą to spokoju nie ma… może byś jeszcze raz gdzieś wyjechała?" Barbara tylko się roześmiała, nalewając mi dolewkę. Wiedziała swoje: ten zrzędliwy staruch nie wytrzymałby beze mnie ani jednego dnia. A ja wiedziałem swoje — że już nigdy więcej nie powiem jej "jedź już", choćbym miał ugryźć się w język.



