Stała pod zamkniętymi drzwiami warsztatu jeszcze przed otwarciem, w cienkiej kurtce, na wietrze, który u nas zawsze ciągnie od strony torów. Odliczała coś w głowie, wargi jej się ruszały, a w dłoni ściskała kopertę tak cienką, że przez papier było widać zarys banknotów. Kiedy odsunęłam zasuwę, powiedziała tylko: "Pani Basiu, ja już nie wiem, ile jeszcze dam radę."
Nazywam się Barbara, przez jedenaście lat prowadziłam księgowość w warsztacie samochodowym przy ulicy Kolejowej w Radomiu, i tamtego marcowego wtorku po raz pierwszy zobaczyłam, że pani Krystyna płacze przy kasie.
Postawiłam czajnik, usiadła na taborecie obok segregatorów, koperta wciąż leżała na jej kolanach. Przychodziła co miesiąc, zawsze tego samego dnia, żeby zapłacić za serwis starego forda, którym jeździł jej zięć Tomasz. Auto formalnie było jej — kupiła je jeszcze przed ślubem córki — ale użytkował je on, bo dojeżdżał nim do pracy do Kielc. Z miesiąca na miesiąc koperta robiła się cieńsza, a ona coraz mniej mówiła przy ladzie, tylko liczyła monety na blacie, jakby liczyła je po raz drugi, żeby się nie pomylić.
Tamtego dnia czajnik jeszcze nie zdążył zagotować, a ona już mówiła. Że od dwóch lat płaci za serwis, paliwo i ubezpieczenie samochodu zięcia, a on ani razu jej nie podziękował, za to potrafi rzucić przy kolacji: "Przecież to nie jest żaden luksus, tylko zwykła konieczność." Że mieszka z córką i Tomaszem w jednym domu w Wolanowie, w dobudówce, którą razem stawiali, i że on miał płacić za media, ale przestał, bo "teściowa i tak ma emeryturę, więc może dołożyć". Dokładała do prądu. Dokładała do zakupów, kiedy lodówka świeciła pustkami przed wypłatą.
Właściciel warsztatu, pan Mirek, parę razy proponował jej rabat, widząc, jak odlicza grosze przy kasie. Kręciła głową i mówiła, że sobie poradzi. Ja tylko prowadziłam księgi i widziałam czarno na białym, że czasem ta koperta była grubsza niż połowa jej emerytury.
Latem zrobiło się gorzej. Tomasz zaczął naciskać, żeby teściowa "uregulowała wreszcie kwestię działki" pod domem — skoro mieszka tam z rodziną, to grunt powinien formalnie należeć do niego. Krystyna miała tę działkę zapisaną w testamencie wnukom i nie zamierzała niczego zmieniać, ale żeby mieć święty spokój, zgodziła się podpisać u notariusza ogólne pełnomocnictwo. Tomasz tłumaczył jej przy stole, że to tylko po to, żeby "łatwiej było załatwiać sprawy urzędowe związane z domem". Podpisała, nie czytając każdej linijki, bo to był mąż jej córki.
We wrześniu, w piątek, przyszła do warsztatu razem z córką. Ania miała czerwone oczy, widać było, że płakała jeszcze w samochodzie. Przy kawie z automatu, tej za dwa złote pięćdziesiąt, powiedziała mi, co się stało: sąsiad wspomniał kiedyś, że widział panią Krystynę "na zdjęciu w akcie u notariusza przy Żeromskiego", a ona przecież nigdy tam z zięciem nie była. Poszła sprawdzić. Akt istniał. Jej podpis, jej pełnomocnictwo — Tomasz poszedł do notariusza i na jego podstawie przepisał na siebie połowę udziałów w działce, twierdząc, że działa za jej pełną zgodą.
Tego dnia nie zapłaciła za serwis forda. Postawiła na ladzie teczkę, brązową, wytartą na rogach, otworzyła ją i wyjęła kopię aktu i pismo odwołujące pełnomocnictwo, które przygotował jej prawnik z kancelarii przy Placu Jagiellońskim.
— Więcej nie będę płacić za to auto — powiedziała do pana Mirka, kładąc dłoń płasko na teczce, jakby przygważdżała ją do lady. — Niech Tomasz sam się teraz martwi.
Kazała Ani przynieść z samochodu dowód rejestracyjny forda. Podpisywała się na ladzie, długopis skrzypiał po papierze, ręka jej lekko drżała, ale litery wychodziły równe.
— Skoro to ty teraz będziesz nim jeździć do pracy — powiedziała do córki — to niech chociaż papiery się zgadzają.
Ania nic nie odpowiedziała, tylko wzięła kluczyki i schowała je do kieszeni kurtki.
Nie widziałam, co było dalej u nich w domu. Zamknęłam kasę o siedemnastej jak zawsze i poszłam na przystanek czekać na dwunastkę. Ale trzy tygodnie później do warsztatu wszedł Tomasz. Miał przy sobie portfel, wyjął z niego kilka banknotów, jakby chciał zapłacić za przegląd forda z własnej kieszeni.
— Auto jest już zarejestrowane na Anię — powiedział mu pan Mirek, nie podnosząc głowy znad papierów. — To ona teraz decyduje.
Tomasz stał przy ladzie z tymi pieniędzmi w dłoni, jakby nie wiedział, co dalej z nimi zrobić. Otworzył usta, zamknął. Odwołanie pełnomocnictwa było już zgłoszone u notariusza, sprawa o zwrot udziałów czekała na pierwszy termin w sądzie — mówił mu to pan Mirek krótko, beznamiętnie, jak o zwykłej fakturze. Ja udawałam, że liczę rachunki, a tak naprawdę patrzyłam, jak Tomasz chowa te banknoty z powrotem do portfela, powoli, jeden po drugim, i wychodzi bez słowa.
Pani Krystyna tego dnia nie przyszła. Podobno była u notariusza, odbierała potwierdzenie złożenia odwołania.


