Beata liczyła schody do gabinetu psychiatry i za każdym razem gubiła się na dziesiątym stopniu. Trzynaście lat prowadziła księgowość w warsztacie samochodowym męża przy ulicy Grochowskiej — cyfry, faktury, terminy płatności ZUS-u. A teraz nie umiała policzyć nawet schodów.
Ryszard zmarł w lutym, nagle, w garażu, przy podnośniku. Zawał. Zostawił żonę, dwudziestoletniego syna Kacpra na studiach we Wrocławiu i warsztat wart — jak wyceniał znajomy rzeczoznawca — sto dwadzieścia tysięcy złotych razem z narzędziami i klientelą.
Zostawił też brata, Mirka.
Mirek pojawił się na dziewiątym dniu, jeszcze zanim skończyła się żałoba, z teczką dokumentów i miną człowieka, który przyszedł pomóc. Usiedli w kuchni, na ceracie w kwiatki, którą Beata kupiła jeszcze za czasów, gdy Kacper chodził do podstawówki.
— Ryśku zawsze mówił, że jak coś, to warsztat ma zostać w rodzinie — powiedział Mirek, mieszając herbatę łyżeczką, która głośno dzwoniła o szklankę. — Ty się na mechanice nie znasz, Beata. Kto to poprowadzi?
— Ja prowadziłam księgowość trzynaście lat.
— Księgowość to nie to samo co silnik. Klienci przyjdą, zobaczą kobietę za biurkiem i pójdą do konkurencji na Kobiałkę.
Nie odpowiedziała. Za oknem sąsiad wyprowadzał psa, jamnika o imieniu Struna, który codziennie o tej samej porze szczekał na listonosza. Beata patrzyła na to szczekanie jak na coś normalnego w świecie, który przestał być normalny.
Tydzień później zaczęła płakać bez powodu w markecie, między półką z płatkami śniadaniowymi a nabiałem. Lekarz rodzinny wypisał skierowanie do psychiatry. Diagnoza: epizod depresyjny umiarkowany, reakcja żałoby powikłana.
Mirek dowiedział się o tym od sąsiadki, pani Grażyny, która widziała receptę na blacie kuchennym, gdy przyszła z zapiekanką.
— Ona bierze leki psychiatryczne — powiedział do swojej żony, Iwony, tak głośno, że słyszała to Beata stojąca w progu z torbami zakupów. — Taka osoba nie może prowadzić firmy. To się nazywa niezdolność do czynności prawnych, sprawdzałem.
Nie sprawdzał. Sprawdzał adwokat, którego wynajął dwa tygodnie później — nie po to, żeby ustalić prawdę, tylko żeby znaleźć furtkę.
Furtki nie było. Warsztat po Ryszardzie należał w całości do Beaty, jako do żony, na mocy wspólności majątkowej i testamentu spisanego jeszcze trzy lata wcześniej, kiedy Ryszard poważnie chorował na serce po raz pierwszy. Ale Mirek nie potrzebował wygrać w sądzie. Potrzebował, żeby Beata się poddała sama.
Zaczął przychodzić do warsztatu codziennie. Stawał przy podnośniku, rozmawiał z mechanikami — Tomkiem i młodym Bartkiem — jakby to on był szefem. Mówił klientom, że "pani Beata teraz gorzej się czuje, ale rodzina to ogarnie". Podważał każdą jej decyzję przy pracownikach, cichym, cierpliwym głosem człowieka, który niby tylko pomaga.
— Widzisz? — mówił do Iwony wieczorami. — Ona się rozsypuje. Trzeba ją odciążyć, zanim firma padnie.
Beata nie rozsypywała się z powodu warsztatu. Rozsypywała się, bo nikt poza psychiatrą nie zapytał jej wprost, jak się czuje. Doktor Wieczorek, kobieta po pięćdziesiątce z gabinetem na Pradze, gdzie stał stary fikus w donicy i cykał metronom-zegar na ścianie, była pierwszą osobą od lutego, która nie oceniała, tylko słuchała.
— Pani szwagier przychodzi do warsztatu i mówi ludziom, że pani sobie nie radzi — powiedziała Beata na piątej wizycie, kwiecień, deszcz za oknem walił w rynnę. — A ja się zaczynam zastanawiać, czy on ma rację.
— To on tak mówi, czy pani tak czuje?
Beata milczała długo. Metronom-zegar tykał.
— On tak mówi. Ale ja to powtarzam sobie po nocach jego głosem.
Doktor Wieczorek nie dała gotowej odpowiedzi. Zapytała tylko, kto jeszcze, poza Mirkiem, widział ją w tym roku jako słabą.
Nikt. Tomek i Bartek pracowali u niej dalej bez słowa skargi. Klienci, którzy znali Ryszarda, wracali, bo silnik naprawiał się tak samo dobrze, niezależnie od tego, kto siedział za biurkiem z fakturami. Syn dzwonił co niedzielę o osiemnastej i pytał, czy mama je obiady, nie czy radzi sobie z księgowością.
Depresja, jak tłumaczyła doktor Wieczorek, rzadko przychodzi w towarzystwie krzyku. Częściej siedzi cicho, karmi się każdą wątpliwością, którą ktoś wrzuci pod drzwi, i czeka, aż człowiek sam otworzy i wpuści ją do środka na stałe. Mirek nie wiedział tego słowami z podręcznika, ale robił dokładnie to — codziennie, małymi porcjami, przez telefon szwagierki i przez ciche komentarze przy klientach.
Punkt zwrotny nastąpił w maju, w warsztacie, w sobotę, kiedy Mirek przyszedł z rzeczoznawcą, którego sam wynajął, żeby "na spokojnie ustalić wycenę na wypadek podziału majątku między rodzeństwem zmarłego". Beata stała przy biurku z fakturami za czerwiec, kiedy usłyszała te słowa przez uchylone drzwi.
Weszła do hali.
— Jakiego podziału, Mirek? Warsztat jest mój. Był mojego męża, teraz jest mój. Nie twojego brata w liczbie mnogiej, nie rodzeństwa. Mój.
— Beata, ty jesteś chora, ktoś musi o tobie zdecydować…
— Byłam u lekarza. Ty byłeś u adwokata. To duża różnica, Mirek.
Rzeczoznawca, zażenowany, zaczął zbierać teczkę.
Tego samego wieczoru Beata nie zadzwoniła do adwokata z gniewu. Zadzwoniła, bo od tygodnia miała umówione spotkanie, jeszcze zanim usłyszała słowo "podział". Doktor Wieczorek podsunęła jej myśl niedelikatnie, ale wprost: leczenie nie polega na tym, żeby czekać, aż inni przestaną wątpić. Polega na tym, żeby samemu przestać płacić za cudze wątpliwości.
W poniedziałek Beata poszła do notariusza przy placu Hallera z dokumentami warsztatu, aktem zgonu Ryszarda i testamentem. Formalnie zamknęła sprawę spadkową na siebie — jedyną spadkobierczynię przedsiębiorstwa — i wystąpiła o wpis w CEIDG jako jedyny właściciel, usuwając wszelką dwuznaczność, na której żerował szwagier. Zmieniła też zamek w drzwiach biura, bo Mirek miał zapasowy klucz jeszcze po Ryszardzie i wchodził tam, kiedy chciał.
Kosztowało to osiemset złotych u notariusza i jeden popołudniowy telefon do ślusarza z Kobiałki.
Mirek przyszedł w środę, jak zawsze, z kubkiem kawy z osiedlowej piekarni, i stanął przed zamkniętymi drzwiami biura. Klucz nie pasował. Zapukał. Otworzył Tomek, w kombinezonie roboczym, z kluczem nastawnym w ręku.
— Pani Beata jest u notariusza, później ma wizytę u lekarza. Prosiła, żeby nie wchodzić do biura bez niej.
— Ja jestem rodziną.
— Ona też tak powiedziała. Że pan jest rodziną, ale nie właścicielem.
Mirek stał jeszcze chwilę na podjeździe, z kubkiem stygnącej kawy, patrząc na nowy zamek błyszczący w popołudniowym słońcu. Potem wsiadł do samochodu i odjechał, i nie wrócił już do warsztatu przy Grochowskiej.
Beata siedziała tego wieczoru w kuchni, na tej samej ceracie w kwiatki, z dokumentem z CEIDG leżącym na stole obok niedopitej herbaty. Za oknem sąsiedzki jamnik Struna znowu szczekał na listonosza, punktualnie jak zawsze. Beata spojrzała na papier ze swoim nazwiskiem wpisanym jako jedyny właściciel i po raz pierwszy od lutego nie musiała nikomu tłumaczyć, że sobie radzi.



