Warsztat Grzegorza, dwadzieścia osiem tysięcy złotych i klucze na stole wujka

Marta miała trzydzieści dwa lata, kiedy jej wujek Grzegorz zapisał jej udziały w warsztacie samochodowym przy ulicy Grochowskiej. Nie spodziewała się tego — pracowała w tym warsztacie jako księgowa na pół etatu, przyjeżdżała tam co czwartek z laptopem i termosem kawy, i nikt nigdy nie mówił jej, że coś jej się kiedyś należy.

Grzegorz zmarł w lutym, w szpitalu na Solcu, po trzecim zawale. Testament czytano trzy tygodnie później w kancelarii przy Puławskiej, w pokoju, gdzie pachniało świeżo zaparzoną kawą i gdzie stary wentylator pod sufitem skrzypiał przy każdym obrocie. Notariusz, pan Kowalik, czytał powoli, jakby chciał, żeby każde słowo dotarło.

— Udział czterdziestoprocentowy w warsztacie „Grześ-Auto" przekazuję mojej siostrzenicy, Marcie Wojtczak — przeczytał.

Obok Marty siedział jej kuzyn Damian, syn Grzegorza. Miał trzydzieści siedem lat, prowadził ten warsztat od dziesięciu lat na co dzień, znał każdego klienta po imieniu i każdą usterkę po dźwięku silnika. Kiedy usłyszał te słowa, wbił łokcie w kolana i przez chwilę milczał, jakby czekał, że notariusz zaraz doda „żartuję".

— To jakiś błąd — powiedział w końcu. — Ja tam pracuję od zawsze. Ona przyjeżdżała raz w tygodniu na trzy godziny, z termosem.

Notariusz nic nie odpowiedział, tylko przesunął w jego stronę kopię dokumentu. Damian przeczytał raz, potem drugi, palcem wodząc po linijce z jej nazwiskiem. Kartkę odłożył tak, jakby parzyła.

Przez pierwsze dwa miesiące nic się nie zmieniło. Marta nadal przyjeżdżała w czwartki, siadała przy tym samym biurku z widokiem na podnośnik, liczyła faktury i rozliczenia z ZUS-em. Damian mijał ją w korytarzu, rzucał "cześć" gdzieś w bok, nie patrząc. Mechanicy — Rysiek, po pięćdziesiątce, i młody Kuba, który dopiero zdał na prawo jazdy kategorii C — nie bardzo wiedzieli, czy witać się z nią jak z szefową, czy jak wcześniej, więc witali się jakoś pośrodku, niezręcznie.

Zmiana przyszła w kwietniu, dokładnie dwunastego, we wtorek. Marta zauważyła, że na koncie firmowym brakuje dwudziestu ośmiu tysięcy złotych — kwota, którą warsztat odłożył na nowy podnośnik dwukolumnowy Ravaglioli, bo stary trzeszczał przy każdym aucie cięższym niż passat. Siedziała wtedy w kuchni, była już po dziesiątej wieczorem, na blacie stał kubek po herbacie, bo termos zostawiła w warsztacie i od tygodnia pił z niego Kuba. Sprawdziła historię przelewów w aplikacji banku. Pieniądze poszły na konto firmy transportowej, którą — jak się okazało po jednym telefonie do kolegi z urzędu skarbowego — założył trzy miesiące wcześniej szwagier Damiana, Tomek.

Zapytała go wprost, w piątek, około osiemnastej, kiedy warsztat już zamykali i Rysiek zwijał wąż od sprężarki, pogwizdując coś pod nosem.

— Damian, gdzie jest tych dwadzieścia osiem na podnośnik?

— Nie twoja sprawa — odpowiedział, nie podnosząc głowy znad zamówienia na klocki hamulcowe. — Ja tu decyduję, co się dzieje z kasą. Ty przyjeżdżasz raz w tygodniu, robisz księgowość i tyle.

— Mam czterdzieści procent udziałów. To też moja sprawa.

Roześmiał się, krótko, urwanym śmiechem, i zaraz spoważniał.

— Udziały. Tata ci zapisał papier, bo się nad tobą użalił, że nie masz niczego swojego. Ale warsztat to ja zbudowałem. Ja tu przychodzę o szóstej rano, ja znam każdego klienta z imienia, ja płaciłem za dach, kiedy przeciekał na drugi podnośnik i trzeba było zamykać halę na tydzień. Ty przyjeżdżasz z laptopem na trzy godziny i myślisz, że to to samo?

— Nie mówię, że to samo.

— To co mówisz?

Nie odpowiedziała od razu, bo nie miała gotowej odpowiedzi, a kłamać nie chciała. Wróciła do domu, nastawiła czajnik, zapomniała o nim, aż zaczął gwizdać, i usiadła nad segregatorem z dokumentami warsztatu. Między fakturami za olej i płyny eksploatacyjne znalazła kopię aktu notarialnego. Przeczytała go jeszcze raz, uważnie, aż doszła do paragrafu, którego wcześniej nie zauważyła: przy udziałach czterdziestoprocentowych było zastrzeżenie, że każda decyzja finansowa powyżej pięciu tysięcy złotych wymaga pisemnej zgody obu wspólników.

W poniedziałek pojechała do kancelarii przy Puławskiej. Pan Kowalik przyjął ją bez umówienia, między dwoma innymi klientami, w tym samym pokoju z wentylatorem pod sufitem, który tego dnia akurat nie skrzypiał, bo ktoś go naoliwił.

— Ten zapis o zgodzie pisemnej — powiedziała, kładąc dokument na biurku — to znaczy, że Damian nie mógł sam zdecydować o przelewie dwudziestu ośmiu tysięcy?

Notariusz przejrzał dokument, poprawił okulary, mruknął coś pod nosem, zanim odpowiedział.

— Dokładnie to znaczy. Transakcja powyżej pięciu tysięcy bez pani podpisu to naruszenie umowy spółki. Może pani żądać zwrotu środków. Przy powtarzającym się naruszeniu — nawet zmiany struktury udziałów.

Marta poprosiła o kopię pełnej umowy spółki i wyciąg z KRS. Zabrała wszystko do domu, rozłożyła na stole w kuchni i przez trzy wieczory czytała, zaznaczając paragrafy żółtym markerem, aż skończył jej się flamaster w połowie ostatniej strony i musiała dokończyć ołówkiem.

W czwartek przyjechała do warsztatu wcześniej niż zwykle, przed ósmą, zanim Rysiek zdążył podnieść bramę. Zastała Damiana w biurze, z kubkiem z nadrukiem "Grześ-Auto — najlepszy warsztat na Pradze", w tym samym, którego uchwyt był już poobtłukiwany.

— Musimy pogadać — powiedziała, kładąc na biurku teczkę.

— Znowu o kasie?

— O wszystkim. Przelew na konto Tomka był nielegalny w świetle umowy spółki. Paragraf ósmy, ustęp trzeci. Chcę zwrotu tych dwudziestu ośmiu tysięcy na konto firmowe w ciągu czternastu dni.

— A jak nie oddam?

— To pójdę do sądu o naruszenie umowy przez wspólnika większościowego. I o zmianę proporcji udziałów.

Damian odstawił kubek tak gwałtownie, że kawa chlusnęła na fakturę leżącą na wierzchu.

— Ty mnie chcesz pozwać? Za warsztat, który ja zbudowałem od zera, w garażu po ojcu, kiedy ty jeszcze chodziłaś do liceum?

— Nie chcę zabierać niczego, czego nie muszę.

— To po co ten cały teatr z papierami?

— Bo inaczej to się nigdy nie skończy, Damian. Będziesz mi wypominał termos do końca życia.

Zaśmiał się na to, ale inaczej niż wcześniej — krócej, bez tej złości.

— Ten cholerny termos.

— Chcę, żeby pieniądze wróciły tam, gdzie miały iść — na podnośnik. I chcę, żebyś zrozumiał, że czterdzieści procent to nie jest papier z litości. To głos przy każdej decyzji.

Milczał długo, tak długo, że słychać było kompresor w hali obok i jak Kuba puszcza radio na cały regulator, zanim ktoś go ścisza. Damian wziął ścierkę, wytarł kawę z biurka, powoli, jakby to była jedyna rzecz, którą w tej chwili potrafił zrobić.

— Czternaście dni — powiedział, nie podnosząc na nią wzroku. — I nie chcę tego więcej słyszeć.

— Dobra.

— Ale nie myśl, że to znaczy, że się zgadzam. Po prostu nie chcę sądu.

Nie oddał w czternaście dni. Oddał w jedenaście, we wtorek po południu, zadzwonił wcześniej do Tomka i kazał mu zwrócić przelew z odsetkami, bo się bał, że sprawa trafi na wokandę i wyjdzie więcej niż te dwadzieścia osiem tysięcy. Marcie nic nie powiedział, dowiedziała się z wyciągu bankowego, który sprawdziła w środę rano, jeszcze przed pierwszą kawą.

Podnośnik Ravaglioli zamontowano w maju, w drugim tygodniu, ekipa montażowa spóźniła się o trzy godziny, bo utknęła w korku na Trasie Łazienkowskiej. Rysiek sprawdzał go potem codziennie przez tydzień, opukiwał kolumny kluczem, jakby nie wierzył, że będzie trzymał bez zgrzytu.

Marta nadal przyjeżdżała w czwartki. Termos zabrała w końcu z warsztatu, umyła w domu, ale nie zabrała go z powrotem — został na parapecie w kuchni, a do pracy zaczęła nosić kubek termiczny, bo stary za bardzo cieknął przy zakrętce. Damian przechodził teraz obok jej biurka bez słowa, tak jak wcześniej, tylko czasem, mijając ją, kiwał głową w stronę monitora i pytał, czy zgadza się bilans za kwiecień. Na drzwiach biura wisiała nowa tabliczka z dwoma nazwiskami, trochę krzywo przykręcona, bo Kuba wiercił dziurki na oko, bez poziomicy.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

4 × 5 =

Warsztat Grzegorza, dwadzieścia osiem tysięcy złotych i klucze na stole wujka