Ludzie z Bemowa znali Irenę Duszyńską głównie z okienka w kiosku przy Powstańców Śląskich – tego z lodami i gazetami, gdzie zawsze miała dla dzieciaków cukierka za grosze, a dla staruszków dobre słowo, choćby padał deszcz.
Nikt nie wiedział, że od jedenastu miesięcy sama jeździ na dializy do szpitala przy Szaserów, trzy razy w tygodniu, o piątej rano, żeby zdążyć otworzyć kiosk na dziewiątą. Że mąż odszedł dwa lata temu i zostawił jej kredyt na sto dwanaście tysięcy złotych, który spłaca po osiemset miesięcznie. Że czasem w przerwie między klientami siada na taborecie za ladą i po prostu oddycha, bo boli.
We wtorek, dziewiątego września, do kiosku wszedł chłopak – może dwudziestoletni, w kurtce za dużej o dwa numery, z plecakiem, w którym brzęczały puste butelki. Poprosił o najtańszą kanapkę. Grzebał w kieszeniach – miał cztery złote osiemdziesiąt, kanapka kosztowała siedem dziewięćdziesiąt.
– Dołożę – powiedziała Irena i sięgnęła do kasy, zanim zdążył się zawstydzić.
Chłopak nie podziękował od razu. Postał chwilę przy ladzie, jakby chciał coś powiedzieć, i w końcu wyszeptał, że nie jadł od dwóch dni, bo w schronisku przy Wolskiej nie było już miejsc. Irena wyjęła jeszcze bułkę z drożdżówką, którą sama miała zjeść na drugie śniadanie, i podała mu razem z kanapką.
– Jak masz na imię?
– Kuba.
Nie zapytała więcej. Wiedziała, że pytania czasem bolą bardziej niż głód.
Kuba wracał potem codziennie – nie żebrać, tylko porozmawiać. Pomagał jej wynosić skrzynki z wodą mineralną, ustawiać stojak z gazetami. W zamian dostawał kanapkę i kubek herbaty. Trzeciego dnia opowiedział, że został bez pracy w warsztacie w Ożarowie, bo firma zbankrutowała, a mieszkanie stracił, gdy nie było czym płacić za wynajem.
Piętnastego września, w tamten wtorek, gdy Irena wracała po nocnej dializie – zmęczona bardziej niż zwykle, bo ciśnienie skoczyło jej do stu osiemdziesięciu – zemdlała na przystanku przy rondzie Zesłańców Syberyjskich. Nikt z przechodniów się nie zatrzymał. Telefon leżał obok na chodniku z rozbitym wyświetlaczem.
Kuba akurat tamtędy szedł – wracał z Zachodniego, gdzie dorabiał przy rozładunku towaru. Rozpoznał ją z daleka po czerwonej kurtce, którą nosiła zimą i latem, bo innej nie miała. Podniósł jej głowę, krzyczał o pomoc, zatrzymał taksówkarza, który akurat zwalniał na czerwonym. Jechał z nią do szpitala przy Szaserów, trzymał jej rękę na noszach i powiedział ratownikom wszystko, co wiedział – że ma cukrzycę, że jeździ na dializy, że mieszka sama przy Konarskiego.
W szpitalu lekarze powiedzieli, że gdyby leżała na chodniku jeszcze dwadzieścia minut, mogłoby się to skończyć źle. Ciśnienie i poziom potasu były na granicy.
Irena obudziła się po dwóch dniach. Pierwsze, co zobaczyła, to Kubę śpiącego na krześle obok łóżka, w tej samej kurtce za dużej o dwa numery. Nie wyszedł ze szpitala przez całą dobę – siedział na korytarzu, bo nie miał gdzie iść, i czekał.
Kiedy otworzyła oczy, nie umiał powiedzieć nic mądrego. Powiedział tylko:
– Pani zawsze dokładała do kanapki. Ja tylko oddałem.
Irena wypisała się z oddziału po tygodniu. Kioskiem zajmowała się przez ten czas sąsiadka, pani Basia z apteki obok, ale rachunki i tak się piętrzyły. Wtedy Irena zrobiła coś, czego nikt się nie spodziewał – poszła do notariusza przy Górczewskiej i podpisała umowę zlecenia dla Kuby na pół etatu w kiosku, z pensją tysiąc osiemset złotych netto, plus meldunek tymczasowy w pokoju po synu, który wyprowadził się do Wrocławia trzy lata temu i rzadko dzwonił.
Papier leżał teraz na ladzie obok kasy – umowa, dowód Kuby, klucz do bramy na zapasowym kółku. Kuba trzymał go w kieszeni kurtki, tej samej, tylko wypranej.
Nie było wielkich słów ani łez na pokaz. Był grafik dyżurów przypięty pinezką do ściany, dwa imiona wypisane obok siebie na wtorki i czwartki, i zapach świeżej kawy, którą Kuba zaczął parzyć dla klientów punktualnie o ósmej trzydzieści, bo wiedział, że pani Irena lubi wypić filiżankę, zanim otworzy kasę.



