Grażyna Wilczek otworzyła szafkę w kredensie i wyjęła teczkę z gumką, tę samą, w której trzymała wszystkie papiery od trzydziestu lat. Za oknem w Radomiu padał pierwszy wrześniowy deszcz, a na parapecie stał kubek z zimną już kawą.
Miała sześćdziesiąt cztery lata i warsztat samochodowy przy ulicy Kieleckiej, który zostawił jej mąż, Zenon. Zmarł osiem lat temu, zostawiając jej dwa hektary ziemi pod Radomiem, dom i ten warsztat — trzy boksy, kanał, kompresor, klientelę zbieraną przez dwadzieścia lat. Wszystko to miało kiedyś przejść na wnuka, Kubę, syna jej córki Anety. Kuba miał wtedy jedenaście lat i już wiedział, którym kluczem odkręca się filtr oleju.
Problem zaczął się rok temu, kiedy Aneta wyszła za mąż po raz drugi. Za Dariusza, mężczyznę z Warszawy, który przedstawiał się jako "konsultant biznesowy", a naprawdę żył z tego, że co pół roku miał nowy pomysł na złoty interes. Grażyna od razu poczuła w nim coś fałszywego — nie w tym, co mówił, tylko w tym, jak patrzył na warsztat, kiedy pierwszy raz przyjechał go obejrzeć. Jakby liczył metry kwadratowe.
Trzy miesiące temu Dariusz zaproponował, że "pomoże rozwinąć biznes teściowej". Grażyna, zmęczona i po drugiej operacji kolana, dała się namówić na podpisanie pełnomocnictwa — miało dotyczyć tylko zakupu części u nowego dostawcy. Dariusz zajął się papierami sam, mówiąc, że "nie będzie zawracał głowy szczegółami".
Kuba, który miał teraz dziewiętnaście lat i studiował mechanikę na pierwszym roku w Kielcach, przyjeżdżał do warsztatu na weekendy. To on pierwszy zauważył, że coś jest nie tak.
— Babciu, dlaczego na fakturze za olej silnikowy jest firma zarejestrowana na Dariusza? — zapytał w sobotę, siedząc na starym stołku przy biurku, na którym leżały porozrzucane rachunki.
Grażyna spojrzała na fakturę, potem na drugą, potem zaczęła przeglądać cały segregator. Ręce jej się trzęsły, kiedy odkładała kolejne kartki — nie ze strachu, tylko z tej wściekłości, która nie ma jeszcze gdzie wyjść.
— To niemożliwe — powiedziała, ale już wiedziała, że możliwe.
W poniedziałek pojechała do notariusza, pana Krawczyka, u którego załatwiała sprawy po śmierci Zenona. Okazało się, że pełnomocnictwo, które podpisała trzy miesiące temu, dawało Dariuszowi prawo do zawierania umów najmu i dostaw w imieniu warsztatu — a on tym pełnomocnictwem przekierował główną umowę na dostawę części do firmy zarejestrowanej na siebie, biorąc prowizję piętnaście procent od każdej faktury. Przez trzy miesiące to było około jedenastu tysięcy złotych, które powinny zostać w kasie warsztatu.
— Mogłam to cofnąć w każdej chwili — powiedziała Grażyna cicho, patrząc na dokument.
— Mogła pani, proszę pani. Ale ktoś musiał to zauważyć.
Aneta, kiedy się dowiedziała, siedziała w kuchni matki i przez dłuższą chwilę nic nie mówiła, tylko obracała w palcach łyżeczkę od herbaty.
— On mówił, że to dla mnie robi. Że warsztat i tak kiedyś… — urwała.
— Kiedyś ma być dla Kuby. Tak było ustalone jeszcze z dziadkiem.
— Wiem, mamo.
Za oknem sąsiadka, pani Halina, wyprowadzała psa, starego owczarka, który od lat kulał na tylną łapę i mimo to codziennie robił tę samą rundkę wokół bloku. Grażyna patrzyła na niego przez chwilę, zanim znów spojrzała na córkę.
Dariusz przyjechał we wtorek wieczorem, bez zapowiedzi, kiedy w warsztacie byli jeszcze Kuba i mechanik, pan Wiesiek, kończący zmianę. Wszedł pewnym krokiem, jakby wciąż uważał się za kogoś, kto tu rządzi.
— Teściowo, musimy porozmawiać o rozliczeniach z dostawcą.
— Już porozmawialiśmy. U notariusza.
Zatrzymał się w progu. Kuba wstał od biurka i stanął obok babci, nie mówiąc nic, tylko patrząc.
— To było w ramach pełnomocnictwa, wszystko legalnie…
— Pełnomocnictwo odwołałam dziś rano, o dziewiątej trzydzieści, u pana Krawczyka. Ma pan kopię dokumentu odwołania w tej kopercie. — Grażyna wyjęła z torebki żółtą kopertę i położyła ją na biurku. — I złożyłam wniosek o zwrot prowizji, którą pan pobrał z faktur. Jedenaście tysięcy dwieście złotych. Pan mecenas Krawczyk już zna sprawę.
Dariusz otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale nie znalazł słów. Pan Wiesiek, który przez cały czas udawał, że sprząta narzędzia, teraz otwarcie się przyglądał.
— A umowa z dostawcą, tę, którą pan podpisał w imieniu warsztatu, unieważniłam. Od jutra part-y zamawiamy tam, gdzie zamawialiśmy za życia mojego męża. Bez pańskiej prowizji.
— Aneta o tym wie?
— Aneta siedziała obok mnie u notariusza.
Dariusz spojrzał w stronę drzwi, potem na Kubę, który wciąż stał bez ruchu, z założonymi rękami, ubrudzonymi smarem po całym dniu pracy przy skrzyni biegów. Nic nie powiedział. Nie musiał.
— To jest nieporozumienie, które można rozwiązać po ludzku — spróbował jeszcze raz Dariusz, ciszej.
— Rozwiązałam je po ludzku. Papierowo. — Grażyna wzięła ze stołu klucz do bramy warsztatu, ten zapasowy, który dała mu miesiąc temu, kiedy "pomagał z zamówieniami". — I to też będę potrzebowała z powrotem.
Wyciągnął rękę, oddał klucz bez słowa i wyszedł, nie zamykając za sobą drzwi. Deszcz na zewnątrz nie ustawał.
Kuba podszedł i zamknął drzwi warsztatu, sprawdzając zamek dwa razy, tak jak uczył go dziadek.
— Babciu, a teraz co?
— Teraz przepisuję warsztat na ciebie. U notariusza, w piątek. Zenon by chciał, żeby to było zrobione porządnie, nie na słowo.
Kuba usiadł z powrotem na stołku, spojrzał na segregator z fakturami, potem na babcię stojącą przy biurku z żółtą kopertą wciąż w dłoni.
— A jak Dariusz spróbuje coś jeszcze?
— Nie ma już do czego sięgać. — Grażyna schowała kopertę do teczki z gumką i zawiązała ją na supeł, tak mocno, że aż zbielały jej knykcie. — To, co było jego, to piętnaście procent od jedenastu tysięcy. Resztę odzyska pan mecenas na drodze sądowej. A warsztat od piątku ma tylko jednego właściciela.
Na zewnątrz pani Halina wracała już z owczarkiem, pies otrząsał się z deszczu przy samych drzwiach warsztatu, rozpryskując wodę na szybę. Kuba patrzył przez okno, a potem wrócił do segregatora, żeby dokończyć to, co zaczął w sobotę — sprawdzić każdą fakturę, jedna po drugiej, aż do samego końca.



