Wszystko przez tę książkę. A konkretnie przez jedną wzmiankę w nocie od wydawcy. Gdybym wtedy nie zajrzała do działu z zapowiedziami, pewnie do dziś nie wiedziałabym, że moja ciotka jednak zostawiła testament.
Nazywam się Marta Leśniak, mam trzydzieści siedem lat i od ośmiu prowadzę małą księgarnię przy ulicy Długiej w Gdańsku. Miejsce po mojej matce. A ciotka Regina — siostra matki — zmarła w listopadzie. Bezdzietna, oszczędna do przesady, całe życie w służbie zdrowia. Po jej pogrzebie notariusz rozłożył ręce: testamentu nie ma, spadek przechodzi na jedyną żyjącą krewną, czyli na mnie. Nieduże mieszkanie w Oliwie, konto z dwudziestoma trzema tysiącami złotych i stary rower składak w piwnicy. Proste.
Przynajmniej tak mi się wydawało do zeszłego czwartku.
Stałam za ladą, pakowałam zamówienia z Bonito. W radio leciał poranny serwis z Trójmiasta. Na monitorze otwarta strona hurtowni książek — zamawiałam nowości na lipiec. I wtedy to zobaczyłam. Przy zapowiedzi powieści historycznej, w stopce redakcyjnej, drobnym drukiem: „Wydanie wsparte grantem z Funduszu im. Reginy Sobczak”.
Znałam ten font. Znałam też nazwisko. Regina Sobczak to moja ciotka. Ale nigdy w życiu nie słyszałam o żadnym funduszu jej imienia.
Wieczorem siedziałam w kuchni z laptopem. Herbatę zaparzyłam o szóstej, o dziesiątej stała nietknięta, z zimnym, tłustym kożuchem na wierzchu. Przeklikałam pół internetu. Fundusz im. Reginy Sobczak, założony w lutym zeszłego roku, czyli osiem miesięcy przed jej śmiercią. Cel statutowy: wspieranie literatury przywracającej głos kobietom „wymazanym z oficjalnej historii”. Zarząd: trzy nazwiska. Dwa obce. Trzecie znałam aż za dobrze — Antoni Werner, adwokat, którego ciotka poznała dziesięć lat temu na turnusie rehabilitacyjnym w Ciechocinku.
Antek. Ten, który w każde święta pojawiał się u ciotki z bombonierką Merci i mówił do niej „Reginko”. Ten, który po pogrzebie zadzwonił, że „wie, jak to jest stracić bliską osobę” i że gdybym potrzebowała pomocy przy papierach, to on chętnie.
Pomoc przy papierach. Jasne.
Następnego dnia pojechałam do Krajowego Rejestru Sądowego. Wypisałam wniosek jak na kogoś, kto właśnie dowiedział się, że zmarła ciotka mogła przekazać obcym ludziom pieniądze, o których istnieniu rodzina nie miała zielonego pojęcia. Bo tak było. Mieszkanie w Oliwie poszło do funduszu. I nie tylko ono — również obligacje skarbowe warte sto dziewięćdziesiąt tysięcy złotych, o których nie wiedziałam, że ciotka je w ogóle miała.
To przez te obligacje. Zaczęłam liczyć. Ciotka pracowała czterdzieści dwa lata, kupiła to mieszkanie za gotówkę w 1998, po denominacji. Pożyczała mi trzy tysiące na kaucję za lokal, gdy otwierałam księgarnię — oddałam co do grosza. A Antek Werner pojawił się w jej życiu, gdy ona była już samotną, schorowaną kobietą, która bała się, że „państwo zabierze jej oszczędności na opiekę”.
Nie ja to powiedziałam. Ona mi to powiedziała, dwa lata temu, w swojej kuchni w Oliwie, gdy pakowałam jej zakupy z Biedronki do szafki. „Marta, ja się nie dam żadnemu państwu. Antek mi wszystko tak ułoży, że nikt nie tknie”.
Antek jej ułożył. Ułożył tak, że fundusz jego imienia — przepraszam, imienia ciotki — dostał wszystko. A prezesem funduszu jest, uwaga, jego siostrzenica, Dorota Werner. Członkinią zarządu druga siostrzenica, Paulina. Drugim członkiem zarządu — sam Antoni. Skarbnikiem — brat Antoniego, emerytowany księgowy z Torunia. Cała rodzina przy garze.
W sobotę pojechałam do notariusza, tego samego, który stwierdzał nabycie spadku. Pokazałam mu wydruki z KRS. Mężczyzna zdjął okulary, przetarł szkła chusteczką, długo nie podnosił wzroku znad papierów. Potem powiedział coś, co do dziś siedzi mi w głowie: że testamentu nie było, ale był akt założycielski fundacji z lutego zeszłego roku. I że darowizny na rzecz fundacji są u notariusza poświadczone. Wszystkie trzy, z podpisem ciotki. Żadnego testamentu. Same darowizny.
To znaczy, że ciotka wszystko oddała za życia. Mieszkanie, obligacje, nawet te dwadzieścia trzy tysiące na koncie przeszły na fundusz na tydzień przed jej śmiercią. Dlatego notariusz nie znalazł testamentu i dlatego „spadek” był pusty. A ja myślałam, że po prostu umarła skromnie.
Wyszłam z kancelarii. Na Długiej pachniało goframi i morzem. Przez chwilę stałam pod neptunem, patrzyłam, jak gołębie wyjadają okruchy spod ławek. Koło południa zrobiło się tłoczno, turyści robili zdjęcia fontannie. Ja trzymałam w dłoni zmięty paragon za kawę, bo nie miałam się czego złapać.
W poniedziałek zadzwonił Antek. Numer znałam z wyświetlacza — dzwonił już po pogrzebie.
— Marta, kochana, słyszałem, że byłaś u notariusza. Mogę zapytać, w jakiej sprawie?
— A mogę zapytać, skąd wiesz, że byłam?
Cisza. Taka, w której słychać własny oddech. Potem westchnienie:
— Marta, ja rozumiem emocje. Ale wiesz, jaka była Regina. Ona chciała, żeby te pieniądze pracowały. Żeby jej nazwisko coś znaczyło. Przecież sama prowadzisz księgarnię, powinnaś to docenić. To jest misja.
— Misja — powtórzyłam.
— Publikujemy książki, które przywracają kobietom głos. To była jej pasja. Mówiła mi o tym wielokrotnie.
— To dziwne. Mnie mówiła, że odkłada na czarną godzinę. I że nie ufa bankom.
— Ludzie mówią różne rzeczy różnym osobom.
— No właśnie. I różnym osobom podpisują różne papiery.
Na to nie odpowiedział. Rozłączył się pierwszy.
Tydzień później, w piątek, przyszła do księgarni kobieta. Po pięćdziesiątce, elegancki płaszcz, torebka ze skaju. Położyła na ladzie egzemplarz powieści, którą zamówiła przez internet, i poprosiła o zwrot. Powieść była zapakowana w folię, z naklejką hurtowni.
— Nie kupowała jej pani u nas — powiedziałam. — My nie mamy takiej naklejki.
— Ależ kupowałam. Na państwa stronie. I mam prawo zwrócić w ciągu czternastu dni.
— Na naszej stronie nie ma sprzedaży wysyłkowej. Przykro mi.
Kobieta nie drgnęła. Patrzyła na mnie spod ciemnej grzywki jak urzędniczka, która wie, że za chwilę i tak postawi na swoim. I wtedy zrozumiałam. To była Paulina Werner. Widziałam jej zdjęcie na stronie KRS, ale twarz z dokumentu wygląda inaczej niż twarz zza lady.
Nie powiedziałam tego na głos. Za to wyjęłam telefon i zrobiłam zdjęcie tej książce, naklejce i paragonowi, który kobieta wyciągnęła z torebki. Paragon był z Allegro, od użytkownika o nazwie „wernerp2019”. Kobieta zabrała książkę i wyszła.
Wieczorem napisałam do Antoniego wiadomość: „Twoja siostrzenica robi u mnie prowokacje. Przestań, bo zgłaszam sprawę na policję”.
Odpowiedź przyszła po trzech godzinach:
„Prowokacje? Marto, chyba coś ci się pomyliło. Paweł pewnie coś źle zrozumiał”.
Paweł. Nie Paulina, tylko Paweł. On — czyli Paweł Werner, syn Antoniego, którego nie znałam. Otworzyłam KRS. Paweł Werner nie widniał w zarządzie, ale widniał w spisie udziałowców spółki, która prowadziła księgarnię internetową „Lektura24”. Z siedzibą pod tym samym adresem w Toruniu, co fundusz. Księgarnia sprzedawała dokładnie te książki, które fundusz dotował. Cena detaliczną książki ustalano na poziomie ceny hurtowej. Prowizja od sprzedaży trafiała do spółki. Spółka wypożyczała funduszowi magazyn. Magazyn był piwnicą ciotki w Oliwie, przepisaną na fundusz jako darowizna.
Cała ta sieć zaczynała układać się w obrazek jak z instrukcji prania brudnych pieniędzy dla opornych.
W sierpniu wynajęłam adwokata. Pani mecenas Małgorzata Lis z kancelarii przy Świętojańskiej, specjalistka od spadków. Przejrzała papiery i powiedziała to, czego nie chciałam usłyszeć: że darowizny wyglądają na ważne, ale istnieje coś, co nazywa się wadą oświadczenia woli. Że jeżeli ciotka nie rozumiała, co podpisuje, jeżeli ktoś wykorzystał jej stan zdrowia i samotność, to sąd może uchylić darowiznę.
— Ale to będzie długi proces — powiedziała. — I nie poprowadzimy go bez dokumentacji medycznej.
Dokumentacja. Ciotka była pod opieką poradni kardiologicznej, neurologa i psychiatry. To ostatnie wiedziałam, bo raz widziałam u niej w szafce nocnej opakowanie leku o nazwie, której nie znałam. Wtedy nic z tym nie zrobiłam. Teraz to była moja jedyna nitka.
W środę pojechałam do przychodni przy Jaśkowej Dolinie, gdzie ciotka leczyła się dwadzieścia lat. Poprosiłam o kopię dokumentacji dla celów postępowania spadkowego. Rejestratorka poprosiła mnie o pełnomocnictwo, dowód, wniosek. Odczekałam godzinę. Potem wyszła do mnie lekarka rodzinna, która ciotkę prowadziła. Powiedziała coś, co zmieniło wszystko:
— Pani Marto, pani ciotka od marca zeszłego roku nie wykupiła ani jednego leku psychiatrycznego. Wcześniej robiła to regularnie przez osiem lat. A od maja nie pojawiła się na żadnej wizycie. Ani u mnie, ani u kardiologa. Czy coś się wtedy zmieniło w jej życiu?
Zmieniło się. W lutym zeszłego roku założyła fundusz pod wpływem Antka. Od marca Antek sam załatwiał jej zakupy, sam woził ją na spacery i sam odbierał leki. Tyle że nie odbierał. A ciotka bez leków stawała się podatna, ufna, miękka. Nie rozumiała połowy z tego, co podpisywała. Teraz to wiem na pewno, bo znalazłam w dokumentach biling jednej z jej ostatnich wizyt u psychiatry: lekarka zapisała wtedy w karcie, że pacjentka „ma tendencję do wykonywania poleceń osób noszących atrybuty władzy”.
Antek, prawnik w marynarce, z aktówką i ciepłym „Reginko”. Atrybut władzy jak malowany.
Dzisiaj, w czwartek o ósmej rano, złożyliśmy w sądzie wniosek o uchylenie trzech darowizn. Wartość przedmiotu sporu: czterysta dwadzieścia tysięcy złotych. Mieszkanie, obligacje, środki na koncie. Do tego roszczenie o zwrot bezpodstawnego wzbogacenia wobec funduszu i rodziny Wernerów.
Wieczorem Antek zadzwonił. Nie odebrałam. Za to włączyłam dyktafon.
Na sekretarce zostawił wiadomość. „Marta, porozmawiajmy jak dorośli. Nikogo nie chciałem skrzywdzić. Regina była dla mnie jak matka. Jej oszczędności miały iść na książki, a ty, zamiast to szanować, ciągasz nas po sądach. Zastanów się, w co ty nas wpędzasz. Przecież ty masz księgarnię. Ty pierwszą powinnam zrozumieć”.
„Powinnam”. Nie poprawił się.
Odtworzyłam wiadomość jeszcze raz. Potem trzeci. I czwarty. W końcu zapisałam plik pod nazwą „werner_awantura_04.wav” i wrzuciłam go na dysk i do chmury. Dwa razy.
Jutro złożę zawiadomienie do prokuratury o podejrzeniu popełnienia przestępstwa z artykułu 286 Kodeksu karnego. Za oszustwo. Dokumentację medyczną mam. Bilingi mam. Nagrania mam. Zeznania lekarki — też.
Przed snem zeszłam do piwnicy. Na półce z przetworami stał słoik po musztardzie z zawiniętą w folię kartką. Ciotka chowała tam drobne na czarną godzinę. Odkąd umarła, nikt tam nie zaglądał. Odkręciłam wieczko. W słoiku leżały cztery banknoty po sto złotych, składane w kostkę. I karteczka, napisana jej ręką, niebieskim długopisem, tym, którym zawsze pisała listę zakupów: „Dla Marty, jak będzie naprawdę trudno”.
Wsunęłam kartkę z powrotem do słoika. Banknoty położyłam obok. Zakręciłam wieczko. Słoik zostawiłam tam, gdzie stał.



