«Babciu, proszę do innego działu», — uśmiechnęli się młodzi pracownicy, patrząc na nową współpracownicę. Nie wiedzieli, że ja kupiłam ich firmę.

Do kogo to kierujesz? rzucił chłopak zza lady, nie odrywając wzroku od smartfona.

Jego modna fryzura i markowa bluzka krzyczały o własnej ważności, a jednocześnie o obojętności wobec otoczenia.

Klementyna Wiktoriańska odłożyła prostą, lecz solidną torbę na ramię. Ubrała się celowo tak, by nie rzucać się w oczy: skromna bluzka, spódnica nieco poniżej kolana, wygodne buty bez obcasów.

Były dyrektor firmy, Jerzy siwobrody i zmęczony intrygami mężczyzna, z którym kończyła transakcję kupna uśmiechnął się, gdy przedstawiła mu swój plan.

Koński podstęp, Klementyno Wiktoriońska powiedział z szacunkiem. Połkną przynętę, nie zauważając haczyka. Nie rozpracują cię, dopóki nie będzie za późno.

Jestem twoją nową pracownicą. Do działu dokumentacji jej głos był spokojny i cichy, celowo pozbawiony wszelkich autorytarnych nut.

W końcu chłopak spojrzał na nią. Przejrzał od stóp do głowy od zużytych pantofli po starannie ułożone siwe włosy i w jego oczach pojawiła się otwarta, nieprzybierająca się drwiną. Nie próbował jej ukrywać.

Ach tak. Mówili, że będzie uzupełnienie. Dostali przepustkę przy ochronie?

Tak, proszę.

Leniwie dotknął palcem przycisku przy bramce, jakby wskazywał ścieżkę zagubionej kompasowi.

Twoje miejsce pracy gdzieś tam, na końcu sali. Rozłożysz się sam.

Klementyna skinęła głową. Rozłożę się pomyślała, podążając w stronę zgiełkliwego, niczym ul, open space.

Rozliczała już czterdzieści lat swojego życia. Rozliczała się z prawie bankrutującym biznesem męża po jego nagłej śmierci, zamieniając go w dochodowe przedsiębiorstwo. Rozliczała się z trudnymi inwestycjami, które później pomnażały jej kapitał. Rozliczała się z tym, jak w 1965 roku nie zwariować od samotności w pustym, wielkim domu.

Zakup tej kwitnącej, choć wewnątrz zgniłej firmy informatycznej był najciekawszym rozliczeniem, jakie podjęła od jakiegoś czasu.

Jej biurko znajdowało się na samym końcu, przy drzwiach do archiwum. Stare, podrapane i z skrzypiącym krzesłem, przypominało wyspę przeszłości pośród oceanu lśniących technologii.

Znasz się? rozległ się słodki głos nad uchem. Przed nią stanęła Olga, szefowa działu marketingu, w idealnie wyprasowanym garniturze w kolorze kość słoniowej.

Z niej dochodził zapach drogich perfum i sukcesu.

Staram się odpowiedziała Klementyna z delikatnym uśmiechem.

Będziesz musiała przejrzeć umowy z projektu Altair za ubiegły rok. Są w archiwum. Nie sądzę, żeby to było trudne w jej głosie słychać było pobłażliwość, jakby dawała zadanie osobie z ograniczonymi możliwościami.

Olga przyjrzała się jej jakby patrzyła na niezwykły znalezisko paleontologiczne. Gdy odszła, stukając wyraźnie w szpilki, Klementyna usłyszała za plecami cichy chichot:

U naszego działu kadr dach kompletnie odleciał. Niedługo dinozaury zaczną przychodzić do pracy.

Klementyna udawała, że nie słyszy. Trzeba było jednak rozejrzeć się dookoła.

Poszła do działu programistów, zatrzymując się przy szklanej sali konferencyjnej, gdzie kilku młodych facetów gorąco debatowało.

Pani, czego szuka? zwrócił się do niej wysoki chłopak, wstając od stołu.

Stanisław, główny programista, przyszła gwiazda firmy tak napisano w jego charakterystyce, którą najwyraźniej sam sobie spisał.

Tak, drogi, szukam archiwum.

Stanisław uśmiechnął się i odwrócił się do kolegów, którzy z zaciekawieniem obserwowali scenę niczym darmowy spektakl.

Babciu, chyba trafiliście do zupełnie innego działu. Archiwum jest tam machnął nieprecyzyjnie w stronę jej biurka. A my tu zajmujemy się prawdziwą robotą. Taką, o której nawet nie śniłaś.

Tłum za nim cicho podśpiewał. Klementyna poczuła, jak w piersiach rośnie zimny, spokojny gniew.

Patrzyła na ich samozadowolone twarze, na drogi zegarek na ręce Stanisława. Wszystko to kupowano z jej pieniędzy.

Dziękuję odpowiedziała precyzyjnie. Teraz dokładnie wiem, gdzie mam iść.

Architektura archiwum okazała się małym, dusznym pomieszczeniem bez okien. Klementyna zabrała się do pracy. Wkrótce znalazła teczkę Altair.

Systematycznie przeglądała papiery. Umowy, aneksy, protokoły. Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało idealnie. Jednak jej doświadczone oko łapało drobne nieścisłości. Kwoty w protokołach dla podwykonawcy CyberSystemy były zaokrąglone do pełnych tysięcy znak albo lenistwa, albo próby ukrycia prawdziwych rozliczeń.

Opis wykonanych prac był niejasny: usługi doradcze, wsparcie analityczne, optymalizacja procesów. To klasyczne schematy wyprowadzania pieniędzy, które znała już z lat dziewięćdziesiątych.

Po kilku godzinach drzwi zaskrzypiały. W progu pojawiła się dziewczyna z przerażonymi oczami.

Dzień dobry. Jestem Lidia z księgowości. Olga mówiła, że jesteście tutaj Pewnie macie problem bez dostępu do bazy elektronicznej? Mogę pomóc.

W jej głosie nie było ani kropli wyniosłości.

Dziękuję, Lidio. To byłoby bardzo miłe z twojej strony.

Nie ma sprawy, nie jest mi trudno. Po prostu nie zawsze rozumie się, że nie wszyscy urodzili się z tabletem w ręku przyznała Lidia, rumieniąc się.

Gdy Lidia tłumaczyła interfejs programu, Klementyna myślała, że nawet w błocie znajdzie się czyste źródło.

Zanim Lidia zdążyła wyjść, w progu pojawił się Stanisław.

Potrzebuję umowy z CyberSystemami. Natychmiast.

Mówił, jakby wydawał rozkaz służbie.

Dzień dobry odpowiedziała spokojnie Klementyna. Przeglądam właśnie te dokumenty. Dajcie mi chwilę.

Chwila? Nie mam chwili. Mam telefon za pięć minut. Dlaczego to wciąż nie jest zdigitalizowane? Co tu właściwie robicie?

Jego zarozumiałość była jego słabością. Był przekonany, że nikt, a zwłaszcza staruszka, nie odważy się sprawdzić jego pracy.

Pracuję tu pierwszy dzień odparła precyzyjnie. I staram się naprawić to, co nie zostało zrobione przed moim przyjściem.

Niegodziwie! podszedł do biurka i bez ceremonii wyciągnął potrzebną teczkę. Z wami, starcami, zawsze tylko kłopoty.

Wyszedł, trzaskając drzwiami. Klementyna nie patrzyła mu za sobą. Wiedziała już, że ma dość.

Wyciągnęła telefon i wybrała numer swojego prywatnego prawnika.

Arkadiuszu, dzień dobry. Sprawdź proszę jedną firmę. CyberSystemy. Mam przeczucie, że jej właściciele są bardzo ciekawi.

Następnego ranka telefon zawibrował.

Klementyno Wiktoriońska, miałeś rację. CyberSystemy to fikcyjna struktura. Zarejestrowana na nazwisko pewnego obywatela Petrowa. To, nawiasem mówiąc, brat kuzyn waszego głównego programisty, Stanisława. Typowy schemat.

Dziękuję, Arkadiuszu. Nie chciałam wiedzieć więcej.

Kulminacja nastąpiła po obiedzie. Wszystkich pracowników wezwano na cotygodniowe zebranie. Olga lśniła, opowiadając o kolejnych sukcesach.

Ojej, chyba zapomniałam wydrukować raport konwersji. Klementyno jej głos, wzmocniony mikrofonem, rozbrzmiał zimną drwiną przynieś proszę teczkę Q4 z archiwum. Tylko nie zgub się w środku.

Sala wypełniła się przytłumionym śmiechem. Klementyna wstała spokojnie. Punkt zwrotny już minął. Po kilku minutach wróciła. Stanisław stał przy Olgą i szepcze coś żywiołowo.

A oto nasza wybawczyni! wykrzyknął Stanisław z udawaną ciepłością. Trzeba działać szybciej. Czas to pieniądz. Zwłaszcza nasz pieniądz.

Słowo nasz stało się ostatnią kroplą.

Klementyna wyprostowała się. Garb zniknął. Spojrzenie stało się lodowate i nieugięte.

Masz rację, Stanisławu. Czas naprawdę jest pieniędzmi. Zwłaszcza tymi, które wypłynęły przez CyberSystemy. Czy nie wydaje ci się, że ten projekt jest bardziej opłacalny dla ciebie niż dla samej firmy?

Twarz Stanisława zmarszczyła się, uśmiech zniknął.

Nie nie rozumiem, o co ci chodzi

Naprawdę? To może wyjaśnisz wszystkim tutaj, kim jest ten obywatel Petrov?

W sali zapadła ciężka cisza. Olga próbowała wtrącić się.

Przepraszam, jaki ma tu pracownik do spraw finansowych firmy?

Klementyna nie spojrzała na nią. Powoli obeszła stół i stanęła na środku zebrania.

Mam bezpośredni związek. Pozwólcie, że się przedstawię. Klementyna Wiktoriańska Vornowa. Nowa właścicielka tej firmy.

Gdyby w pokoju wybuchła granat, efekt byłby mniej imponujący.

Stanisławie kontynuowała lodowatym tonem jesteś zwolniony. Moi prawnicy skontaktują się z tobą i twoim krewnym. I radzę ci nie opuszczać miasta.

Stanisław usiadł na krześle, jakby z niego wypuścili powietrze.

Ty, Olgo, też jesteś zwolniona. Za zawodową nieprzydatność i tworzenie toksycznej atmosfery w zespole.

Olga wybuchła.

Jak śmiesz!

Mam do tego pełne prawo odpowiedziała zwięźle Klementyna. Masz godzinę na zebranie rzeczy. Ochrona cię odprowadzi.

To dotyczy także wszystkich, którzy myślą, że wiek jest pretekstem do lekceważenia. Młody z recepcji i dwóch kolegów z działu programistów na wyjście.

W pomieszczeniu zapanował prawdziwy szok.

W nadchodzących dniach firma przejdzie pełny audyt.

Jej wzrok zatrzymał się na twarzy Lidi, stojącej na samym końcu sali.

Lidio, proszę, podejdź.

Dziewczyna, drżąc, podeszła do stołu.

W ciągu dwóch dni pracy stałaś się jedyną, która okazała nie tylko profesjonalizm, ale i prostą ludzką życzliwość.

Tworzę nowy dział kontroli wewnętrznej i chciałabym, byś dołączyła do mojego zespołu. Jutro omówimy twoje nowe stanowisko i szkolenie.

Lidia otworzyła usta, nie mogąc znaleźć słowa.

Poradzisz sobie zapewniła ją Klementyna. A teraz każdy, oprócz zwolnionych, do pracy. Dzień roboczy trwa.

Odwróciła się i wyszła, zostawiając za sobą zrujnowany blask wyższości.

Nie czuła triumfu. Jedynie zimne zadowolenie jak po dobrze wykonanej robotie. Bo aby postawić solidny dom, najpierw trzeba oczyścić plac budowy z gnicia.

I właśnie od tego właśnie dopiero zaczęła swoją ogólną rewizję.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

2 × 5 =

«Babciu, proszę do innego działu», — uśmiechnęli się młodzi pracownicy, patrząc na nową współpracownicę. Nie wiedzieli, że ja kupiłam ich firmę.