Ostatni dyżur
Od samego rana miałam nieodparte wrażenie, że coś się wydarzy. I to raczej nic dobrego…
Na wszelki wypadek od razu zadzwoniłam do mamy. Mama, Jolanta Stanisławowna, uspokoiła mnie od razu:
Ciśnienie jak u nastolatki, głowa mnie nie boli. Skąd ten niepokój, Agnieszko?
Tak tylko pytam, mamo. Wiesz, na wszelki wypadek odpowiedziałam. Idę już szykować się do pracy. Ty też, jakby co, dzwoń.
Jasne, córeczko.
Teoretycznie powinnam poczuć ulgę po tej rozmowie, ale dziwnym trafem wewnętrzny niepokój wcale nie minął. Nie wiedziałam nawet, z czym go wiązać żadnych wyraźnych powodów nie było. Chociaż… przy mojej pracy nigdy niczego być pewnym nie można. Zwłaszcza w poniedziałek, a jak wiadomo, poniedziałek to najgorszy dzień tygodnia.
Dopiłam kawę, rzuciłam okiem na zegarek była szósta trzydzieści ubrałam się w pośpiechu, wzięłam coś na ząb i ruszyłam do pracy.
*****
Na terenie stacji pogotowia natknęłam się na Marka kierowcę, z którym miałam dziś dyżur. Gdy mnie zobaczył, pomachał życzliwie, na co tylko ze zmęczeniem skinęłam głową.
Aga, czemu taka ponura jesteś? uśmiechnął się Marek, zaciągając się papierosem. Coś nie teges?
Nie, Marek. Jeszcze się nic nie wydarzyło. Ale czuję, że coś będzie… westchnęłam.
Daj spokój… Skąd takie myśli od rana? Nie dospałaś?
Nie odpowiedziałam. Zadarłam głowę i spojrzałam na niebo całe zasnute ciemnymi chmurami, za chwilę pewno lunie jak z cebra. A przecież nie cierpię deszczu, od dziecka…
Może to przez pogodę? To nie żadne przeczucie, tylko zły humor przeze mnie przemawia? pomyślałam i nawet uśmiechnęłam się z ulgą, że może jednak odnalazłam powód swoich lęków.
Ale już po chwili poczułam ten lodowaty dreszcz znowu.
Powodzenia na dyżurze, koledzy! zawołała młoda dziewczyna, przebiegając obok.
Marek aż zakrztusił się dymem, a jak już się odkrząknął, pokazał jej pięść i dziewczyna aż zatrzepotała powiekami ze strachu.
O matko, wybaczcie, zapomniało mi się zupełnie… powiedziała z zakłopotaniem.
Zaczęła tu pracować tydzień temu, jeszcze nie wiedziała, że w polskim pogotowiu nie życzy się powodzenia przed dyżurem bo to pechowa wróżba.
No to teraz już na pewno coś się wydarzy… szepnęłam, czując jak zimny pot spływa mi po plecach.
Zapeszasz… mruknął Marek, gasząc papierosa w metalowym koszu.
*****
Obgryzałam nerwowo wargi za każdym razem, gdy dyspozytorka przesyłała kolejną lokalizację na tablet i przez głośnik informowała o nowym przypadku:
Mężczyzna, 35 lat, skarży się na silny ból głowy. Mowa niewyraźna, podejrzenie udaru.
Tego tylko mi brakowało… jęknęłam w myślach. Wiadomo, ratownik medyczny zawsze musi być gotów na wszystko, ale…
Każdy wyjazd przeżywam mocniej, szczególnie takie, które mogą mieć tragiczne zakończenie. A przy udarze to przecież codzienność.
Na szczęście u tego pana żadnego udaru nie było. Owszem, bełkotał, ale dlatego, że cały wieczór świętował urodziny kolegi. Ból głowy? Zwyczajny kac. Dałam mu tabletkę i poradziłam się wyspać.
A jakbym piwka się napił, będzie lepiej? zapytał z nadzieją.
Broń Boże! Będzie tylko gorzej. Chce pan żyć długo i szczęśliwie, niech pan zejdzie z procentów.
Gdy wyszłam, odetchnęłam z ulgą. Może Marek ma rację i to moje przeczucie to zwykłe zmęczenie i przeładowanie emocjami? pomyślałam.
Już zaczynałam się uspokajać, kiedy dyspozytorka skierowała nas na… cmentarz.
Gdzie?! wykrzyknął Marek.
Na cmentarz, odparłam cicho, ściskając mocniej tablet.
Dziś miał się odbyć pogrzeb wybitnego aktora, rodem z Poznania, chociaż szczerze mówiąc, pierwszy raz o nim słyszałam.
Mnóstwo ludzi młodzi i starzy, kobiety i mężczyźni. Jedni milczący z goździkami, inni płakali. Byli i tacy, co wspominali zmarłego ciepłym słowem.
Czekałam w napięciu na najgorsze, Marek co chwilę wychodził zapalić. Ale szczęśliwie nikomu nie była potrzebna nasza pomoc.
Później same rutynowe wyjazdy, jak w każdy dzień. Tak minęło niemal dwanaście godzin, dyżur dobiegał końca.
Jeszcze dziesięć minut i wracamy na naszą bazę.
Już marzyłam tylko o tym, by wrócić do domu, wziąć szybki prysznic i zapaść w sen. Jutro będzie nowy dzień oby lepszy.
Na wszelki wypadek dziesiąty raz zadzwoniłam do mamy.
Wszystko dobrze, kochanie powiedziała Jolanta Stanisławowna. Zjem kolację, obejrzę serial i spać.
I co, jak tam mama? spytał Marek, gdy schowałam telefon.
Wszystko w porządku.
No widzisz! uśmiechnął się szeroko. Mówiłem, że dziś nic się nie wydarzy. A ty: przeczucie, przeczucie…
Ale ja dalej coś czuję… Nie wiem, co mnie tak gryzie.
Powinnaś sobie jakieś zwierzę wziąć. Na stres nie ma lepszego lekarstwa.
Żartujesz?
Skąd! Ja mam w domu kota Szymka. Wracam do domu, a on mi wskakuje na kolana, mruczy… Wszystkie czarne myśli się ulatniają, a śpię potem jak dziecko.
Marek, jaki tam zwierzak przy moim grafiku? Jak znikam na 24 godziny, to kto się zaopiekuje? Ty masz rodzinę, ja mieszkam sama…
Już miałam dalej mu tłumaczyć, gdy nagle obudził się tablet i usłyszałam dyspozytorkę:
Agnieszko, przepraszam, ale zmiana jeszcze się nie skończyła. Ostatni adres: ul. Słowackiego 23, mieszkanie… poczekaj…
Czterdzieści osiem, zapewne?
Tak, Agnieszko, mieszkanie 48. Skąd wiedziałaś? zdziwiła się dyspozytorka.
Przecież tam mieszka pan Janusz Nowacki. Bywam u niego co tydzień. Znów serce dokucza?
Usłyszałam ciężkie westchnienie w słuchawce i poczułam ścisk w żołądku…
Nie, Agnieszko… Zmarł. Najprawdopodobniej dziś rano. Policja już na miejscu… Musisz to potwierdzić.
Wiem… odpowiedziałam nieswoim głosem.
Drżącą ręką położyłam tablet na kolanach i spojrzałam na Marka. Usłyszał, więc milczał, a potem tylko powiedział:
Szkoda pana Janusza. Porządny był z niego człowiek. Ale twojej winy tu nie ma. Przecież nie chciał jechać do szpitala, nawet do przychodni nie chodził… To nie twoja wina, wierz mi.
Hmm…
Oparłam się o oparcie i na chwilę odpłynęłam.
*****
Pana Janusza poznałam półtora miesiąca temu. Sam zadzwonił po pogotowie, bo bardzo rozbolała go klatka piersiowa.
Proszę się nie martwić, drzwi są otwarte, niech pani wchodzi przekazała mi wtedy dyspozytorka.
W przedpokoju powitał mnie malutki, kudłaty szczeniak. Najpierw warczał zabawnie na nieproszoną gościnę, potem ujadał, aż w końcu na zawołanie pana pobiegł do pokoju, machając ogonem.
Znalazłem go na ulicy i przygarnąłem… Chroni mnie teraz uśmiechnął się pan Janusz, podnosząc się z trudem z łóżka.
Leżeć, panie Januszu, nie wstawać zatrzymałam go. Fajny psiak. Sama bym takiego przygarnęła, gdyby się dało.
A czemu nie możesz?
Są powody… Dobra, panie Januszu, porozmawiajmy o panu. Co dolega, jak długo, czy jest pan pod opieką lekarza?
Odpowiedział na wszystkie pytania. Okazało się, że problemy zaczęły się po śmierci żony. Bywał u lekarzy, ale leki nie pomagały.
Tylko źle mi się robi od czekania w kolejkach. A bóle… różnie.
Opowie pan dokładniej?
Nie ma co opisywać. Poboli, przestanie. Czasem wezmę validol, czasem krople.
To nie jest żadne leczenie uśmiechnęłam się. Zrobimy EKG.
Faktycznie, wyszły nieprawidłowości. Chciałam go przekonać do przewiezienia do szpitala nie zgodził się.
A kto zajmie się Binkiem? Pani mi da zastrzyk, tabletkę i to wystarczy.
Panie Januszu, to pomoże doraźnie. Powinien pan pojechać do szpitala.
A koleżanki pani, co przyjeżdżały, zawsze dawały zastrzyk. Widzicie, żyję. Do szpitala nie pojadę. Jeśli trzeba, podpiszę odmowę.
I tak było nie przekonałam go. Ani wtedy, ani później.
Zdarzało się, że na jego wezwania przyjeżdżałam zawsze ja. Dzwonił niemal co tydzień.
Wie pani, wcześniej mnie nie bolało. A teraz chwyci i trzyma.
Bo choroba postępuje. Pan sobie nie pomaga, nie leczy się. Może jednak spróbujemy raz jeszcze pojechać do szpitala?
Przepraszam, nie dam rady głaskał szczeniaka po łebku. On malutki, nie chcę go zostawiać samego.
A jeżeli coś panu się stanie co wtedy?
Nie stanie się. A jak… jakby coś, to są jeszcze dobrzy ludzie. Z sąsiadką rozmawiałem, obiecała, że zaopiekuje się Binkiem. Nawet pokazałem jej, gdzie mam schowaną gotówkę.
Pieniądze? Po co?
Żeby miała na karmę dla niego. Wiem, jak się ludziom nie chce zwierząt brać, bo to kosztuje.
Naprawdę dobry był z niego człowiek.
A teraz miałam jechać do pana Janusza i wiedziałam, że już nie będzie rozmowy, jak dawniej. Szkoda…
To wezwanie naprawdę było ostatnie.
Nie zgadzałam się z Markiem twierdził, że to nie moja wina. Ale ja wiem, że mogłam go przekonać do szpitala. Powinnam była…
Agnieszko, jesteśmy na miejscu.
Słucham? nie od razu poczułam ciężką dłoń Marka na ramieniu.
Dojechaliśmy.
Z trudem powlokłam nogi na trzecie piętro. Otworzyłam drzwi, gdzie byli już dzielnicowy i sąsiadka, pani Teresa Pawłowna, którą też poznałam wcześniej.
Pan Janusz kiedyś zasłabł na podwórku, nie puszczając Binka z rąk. Poprosił panią Teresę o wezwanie pogotowia. Kiedy przyjechałam, była przy nim. Tak się poznałyśmy.
Dzień dobry, Agnieszko.
Dzień dobry, pani Tereso szepnęłam. To pani zawiadomiła policję?
Ja. Nikt inny nie miałby jak. Szczeniak szczekał od rana. Myślałam: pewnie pan Janusz nie wyszedł na spacer jak zwykle. Ale, różnie bywa, prawda? Może nie miał humoru… Potem pojechałam na działkę, wróciłam wieczorem, a pies szczeka jak opętany. Zadzwoniłam do policji. Przyszli z konserwatorem, otworzyli drzwi… wskazała ręką na sypialnię.
Rozumiem, dziękuję.
Weszłam do sypialni, długo wpatrzona w ciało pana Janusza, walcząc z łzami. Wypełniłam dokumentację. Potem…
Coś mnie tknęło. Zaczęłam rozglądać się po mieszkaniu, zajrzałam do łazienki, na balkon.
Czego pani szuka? zapytał dzielnicowy.
Powinien tu być pies. Nie widzę go. Może go pan zauważył?
Ciemny, mały? Kręcił się tu, szczekał, warczał, zaśmiał się. Sądziłem, że go sąsiadka zabrała.
Na szczęście odetchnęłam.
Na chwilę bardzo się przestraszyłam, że ktoś wyrzucił biedaka na ulicę. Pan Janusz dbał o niego jak o dziecko…
Pożegnałam się z dzielnicowym i zeszłam na dole do pani Teresy. Wyszła wcześniej, bo miała sprawę.
Agnieszka? zdziwiła się. Coś się stało?
Chciałam tylko podziękować za to, że zabrała pani Binka. Jak on się trzyma, bardzo tęskni?
Kto tęskni?
Binek, pies. Przecież jest u pani.
Aaa, ten pies? wreszcie zrozumiała. Wzięłam go, ale szybko wypuściłam na dwór. Tak szczekał, rzucał się, sądziłam, że lepiej będzie mu na podwórku niż w mieszkaniu. Ja i tak pracuję, a pies tylko hałasuje. Rozbolała mnie głowa od tego wycia.
Czyli… Wypuściła go pani?
Nie wypuściłam, tylko pozwoliłam wyjść. Bez sensu zostawiać go w mieszkania. Właściciela już nie ma.
Ale pan Janusz mówił, że się pani z nim dogadał i pokazał, gdzie są pieniądze na karmę!
Twarz pani Teresy natychmiast się zmieniła. Najpierw się zatrwożyła, potem zmarszczyła brwi:
Nie wiem, o czym mówisz. Z panem Januszem o niczym takim nie rozmawiałam, nie wiem o żadnych pieniądzach.
Ale on mi sam…
Wybacz, Agnieszko, ale nie mam teraz czasu na rozmowę. A pies… Jak będzie chciał żyć, poradzi sobie. Świat nie jest taki zły, ktoś się nim zajmie.
*****
Wybiegłam na zewnątrz. W tym czasie, gdy byłam w mieszkaniu pana Janusza, pogoda się załamała i zaczęło padać.
Na razie lekko, ale z każdą minutą krople robiły się większe i cięższe.
Aga, co ty robisz na deszczu? krzyknął Marek. Właź do auta, bo się przeziębisz.
Podeszłam do samochodu, otworzyłam drzwi, zostawiłam w środku skrzynkę z lekami i… zamknęłam auto.
Co ty robisz? zdziwił się Marek, podchodząc do mnie.
Marek, ty wracaj na stację, ja mam jeszcze coś do zrobienia.
Co?
Psa muszę znaleźć.
Jakiego psa? Wyjaśnisz mi?
W skrócie opowiedziałam mu całą historię. Marek zapalił papierosa.
Binek nie uciekł daleko. Musi tu być. Ty wracaj, ja sama go znajdę.
Marek rzucił niedopałek na asfalt i powiedział:
Nie! Nie zostawię cię tu samej. Zaraz się ściemni. Szukamy razem.
Zostawisz auto bez opieki?
Nikt nie musi wiedzieć. Będzie dobrze, nie przejmuj się.
Razem więc przeszukaliśmy całe podwórko. Nagle dołączył do nas dzielnicowy. Zapytał, co robimy, a gdy wyjaśniłam, zaoferował pomoc. Byłam zaskoczona, ale wdzięczna.
Tu jest! usłyszałam krzyk Marka i pobiegłam w jego stronę.
Dzielnicowy też ruszył szybko.
No zobacz! Znalazłem cię, a ty zamiast się cieszyć warczysz na mnie! Marek żartował do szczeniaka, który schował się pod ławką naprzeciw domu pana Janusza.
Gdy dopadłam do nich, ulżyło mi. To był Binek. Rzeczywiście warczał na Marka i nie dawał się dotknąć.
Binek, mój kochany! prawie popłakałam się z radości. Może i płakałam, bo łzy mieszały się z kroplami deszczu na mojej twarzy. Poznajesz mnie?
Znał mnie tę, która go często częstowała obiadem u pana Janusza.
Wygramolił się spod ławki, popatrzył na mnie smutnym wzrokiem i zaczął cicho kwilić.
Wiem, maluszku… Nasz pan Janusz odszedł. Już go z nami nie ma.
Marek się odwrócił, niby by wytrzeć oczy. Dzielnicowy spojrzał w niebo, bo facet w mundurze przecież nie płacze.
Nie zastąpię ci pana Janusza, ale mogę spróbować być dla ciebie dobrą panią. Pójdziesz ze mną?
I poszedł.
Bo czuł, że go nie skrzywdzę. A poza tym, też nie lubił deszczu…
*****
Na początku bardzo się obawiałam, że sobie nie poradzę. Ale z pomocą przyszła mama.
Gdy miałam dyżur, Jolanta Stanisławowna przychodziła do mojego mieszkania, karmiła i wyprowadzała Binka.
A jak miałam wolne razem, całą rodziną, spacerowaliśmy po parku ja, mama i mój ukochany pies.
Nie żałowałam ani przez sekundę, że przygarnęłam to biedne, niechciane stworzenie.
Bo dzięki niemu odzyskałam poczucie sensu. A nawet zaczęłam rozumieć pana Janusza choć jako lekarka nie mogłam się zgodzić na jego upór.
A po jakimś czasie do naszej małej rodziny dołączył jeszcze ktoś ważny.
Ten sam dzielnicowy, którego poznałam w mieszkaniu pana Janusza i który pomagał odnaleźć psa. Od razu przypadłam mu do gustu, choć wiadomo okoliczności były trudne.
Kiedy przyszedł do mnie w niedzielę z kwiatami, w drzwiach czekał już Binek.
Szczeknął radośnie, powąchał go i po chwili zaprosił do środka test przeszedł pozytywnie.
Znaczy, mojemu sercu nic już nie grozi. No, chyba że spełnienie wszystkich tych marzeń, o których od dawna skrycie śniłam…



