– Weronika, gdzie się podziewasz?! Przynieś ogórki! Ile jeszcze mam czekać?!
Mąż wyraźnie stracił już cierpliwość, skoro podniósł głos, ale Weronika była zajęta. Starannie malowała lewy oko, co jakiś czas przerywając pociągnięcia nową, przeraźliwie drogą maskarą, by przyjrzeć się efektowi w lusterku. Jej prawe oko, po interwencji cieni, kredki i słynnej maskary o której koleżanka, Halinka, powiedziała, że to wyłącznie na wielkie wyjścia, zrobiło się dwa razy większe niż zwykle i wyglądało nieco strasznie. Ale Weronika nie zamierzała na tym poprzestać.
Nie miała nawet chwili, by zajrzeć do ogórków moczących się w wannie.
A wszystko przez to, że dokładnie tydzień temu, jej mąż Wiktor, który właśnie zakręcał w kuchni słoiki z ogórkami na zimę niespodziewanie oznajmił jej swoją wolę:
– Chcę, żebyś była prawdziwą kobietą!
I wręczył jej swoją kartę z odkładanymi przez rok oszczędnościami.
Powiedzieć, że Weronika osłupiała, to nic nie powiedzieć.
Pierwsza myśl: oczywiście awantura. No bo jak?! Jeśli Wiktor potrafił odłożyć jakąś kwotę, ukrywając ją przed domowym budżetem, to może nie tylko nie oddawał całej pensji, a jeszcze coś kręcił na boku? A jak się tu połapać w czym? Od razu w głowie setki pytań nie do ogarnięcia! Jak tak można?!
Ale zaraz przyszła druga myśl. I zanim zdążyła otworzyć usta, klapnęła na stołek w kuchni, totalnie zapominając o niedogotowanym barszczu, który kipiał na kuchence.
– Co znaczy prawdziwą kobietą?!
To było…
O rany, co to było! Chciało się wrzeszczeć i potłuc na kawałki świeżutki, piękny serwis, który teściowa, pani Olimpia, podarowała jej dosłownie kilka dni temu. Weronika marzyła o nim od zawsze, ale tylko we śnie mogła sobie wyobrazić, że będzie go mieć. Teściowa o nic nie pytała, tylko wręczyła Weronice ten serwis, a gdy ta rozklejona przy nim obmacywała talerzyki, zaśmiała się:
– Oj, Weronisiu! Czemu taka naiwna jesteś?! Ja dla ciebie wszystko! Tylko bądźcie szczęśliwi!
Nie zrozumiała Weronika tej wielkoduszności, ale Olimpia nie chciała wyjaśnień. Uściskała Weronikę, potem syna, wycałowała wnuki i ruszyła w swoją stronę. Nigdzie długo nie siedziała, zawsze tłumaczyła się gospodarstwem, które wymagało nadzoru.
Weronika nie kłóciła się z teściową. Woziła wnuki na weekendy, pilnowała ich zachowania i za każdym razem wymyślała sposób, by uszczęśliwić tę, która przyjęła ją do rodziny bez pretensji czy wyrzutów.
A Weronika, aż nadto świadoma swoich wad, doceniała ten spokój. Nawet krewni potrafią być wymagający co dopiero obca kobieta, którą widziała jeden jedyny raz przed ślubem! Wtedy Wiktor przywiózł Weronikę z synkiem, żeby przedstawić swojej matce. Weronika długo bała się wyjść z samochodu, zaglądała na śpiącego syna i szeptała do Wiktora:
– Może lepiej nie? Co ja jej powiem? A co ona powie mnie?! Pewnie nas wyrzuci. Na sto procent!
– Skąd ci się to wzięło? dziwił się Wiktor.
– Bo jak urodziłam Olka, własna ciotka wyrzuciła mnie z domu. Powiedziała, że już nie jestem ich i ich skompromitowałam! A ty myślisz, że twoja mama przyjmie mnie z otwartymi ramionami, z dzieckiem? Oj, Wiktorze, ty naiwny! Tak nie bywa!
– Nie wyciągaj wniosków przed czasem! Może cię miło zaskoczy.
Weronika niespecjalnie liczyła na niespodzianki. Ale nie było jak zawrócić, skoro już przekroczyła próg. Musiała wziąć śpiącego synka na ręce i iść za narzeczonym.
Olimpia, matka Wiktora, rzeczywiście ją zaskoczyła. Przywitała się oszczędnie, długo przyglądając się przyszłej synowej, po czym wyciągnęła ręce:
– Dasz mi go? Położę w swojej sypialni, biedaczek zmęczony drogą…
Weronika sama nie wiedziała, czemu bez namysłu wręczyła jej syna. Ten nawet nie zaprotestował. Przylgnął mocniej do Olimpii za szyję, ona coś zanuciła i uspokoiła chłopca, zasnął na nowo.
Olek dziadkowi powiedział „babcia” od razu gdy tylko nauczył się wymawiać to słowo. Olimpia nie sprzeciwiła się tym jednym gestem zdobyła serce Weroniki na zawsze.
Syn przyszedł Weronice na świat wcześnie ledwie skończyła osiemnaście lat. O tym, kto był ojcem, wiedziała cała wieś. Plotki wrzały: czy Mirek Kosowski się z Weroniką Nowicką ożeni, czy zabawi się jak z innymi. O Mirku wszyscy wiedzieli, że to cherlawy chłopak. Weronika doskonale o tym wiedziała i unikała go jak ognia.
Ale Mirek był chytry lis. Wiedział, co i jak powiedzieć, by wpaść komuś w serce. Gdzie nie szło po dobroci pchał się na siłę i biednym dziewczynom zostawało tylko ukrywać swój wstyd i milczeć.
Tylko Weronika głośno zaprotestowała.
Wracając raz z miasta, gdzie odwiedzała ciotkę, późno już robiło się, autobus dojechał tylko do sąsiedniej wioski. Kierowca, mimo próśb, dalej nie pojechał.
– A co, mam dla samej jednej kursować? Dojdziesz na nogach! Deszczu nie ma, przejdziesz się! Ja muszę do domu!
Musiała iść piechotą.
Mirka „maluch” zatrzymał się zaraz za wioską.
– Weronika, czemu tak późno sama? Wsiadaj, podwiozę!
– Nie trzeba, Mirek. Sama dojdę! próbowała odbiec, ale było za późno…
Do domu wróciła w rozdartej sukience i we łzach. Nie wchodząc do izby, gdzie spała chora mama, skierowała się do łazienki, próbując do rana zmyć z siebie dotyk i ślady Mirka. Płakała, złościła się, miała pretensje do siebie za naiwność i martwiła o mamę. Lekarz jasno powiedział, że matka nie może się denerwować.
– Od stresu może wydarzyć się wszystko. Rozumiesz mnie?
Weronika zrozumiała doskonale nie miała nikogo bliskiego, oprócz mamy. Ciotka nie liczyła się. Wtedy jeszcze tego nie wiedziała, ale wierzyła, że rodzina jest po to, by pomagać.
Jej mama nigdy nie dowiedziała się, co się stało. Odeszła, gdy Weronika była w piątym miesiącu ciąży, cicho, we śnie, zostawiając córkę samą na tym świecie.
Ciotka, która przyjechała „pomóc”, od razu odcięła się od Weroniki i dziecka.
– To sobie sama wymyśliłaś sama sobie radź! Na mnie nie licz! Czemu od razu nie poszłaś na policję? Powiedziałabyś, to już byś wyszła za mąż albo chociaż zakryła wstyd! A tak?! Niech cię nie będzie! Ja się w to nie mieszam! Mam własne problemy!
Weronika ledwo stała na nogach od łez nic nie widziała. Nawet nie od razu pojęła, co ciotka mówi. Gdy po kilku dniach zrozumiała, że nie ma już na kogo liczyć, zebrała się i poszła na posterunek.
– Weronisiu, dlaczego nie powiedziałaś od razu? Czemu milczałaś?! łapał się za głowę młodszy aspirant. Ode mnie się nie wywinie! Pokażę mu gdzie raki zimują!
Mirka wsadzili.
Kiedy Weronika zaczęła mówić, okazało się, że po całej wsi biegają jego dzieci aż siedmioro! Matki początkowo zaprzeczały, ale później zaczęły mówić, sprawa ruszyła.
Matka Mirka, gdy zapadł wyrok, publicznie przeklęła Weronikę splunęła jej pod nogi i życzyła, by dziecko urodziło się chore lub nie urodziło wcale.
Ale wieś Weronikę wsparła. Tej samej nocy bramę Kosowskich smarem obsmarowali, a kilka miesięcy potem zmusili ich do sprzedaży domu i wyprowadzki.
A Weronika urodziła zdrowego, silnego chłopca Olka, który był do niej podobny jak kropla wody. Nosek i uszy po swoim dziadku, którego prawie nie pamiętała, bo umarł, zanim zdążyła cokolwiek o nim zapamiętać. Kręcone włoski i oczy jak czereśnie po babci.
Sąsiedzi pomagali, jak mogli, i w gospodarstwie, i ubraniem dla dziecka. Ktoś nawet przyniósł kołyskę Weronika była wdzięczna niesłychanie. Pieniądze po mamie wydawała oszczędnie, wiedząc, że urodzić dziecko to dopiero początek, a wychowywać samej to już inna historia.
Ledwo odetchnęła, gdy z miasta zjechała ciotka z braćmi swojej zmarłej mamy. Wcześniej ich nie znała z siostrą nie mieli kontaktu.
– Słuchaj, Weronika… Musisz się wyprowadzić powiedzieli, kręcąc się w progu. To nasz dom. Teraz, po twojej matce, dzielimy wszystko. Tak się umówiliśmy póki żyła, nie było sprawy, teraz wszystko się zmieniło. Potrzebujemy pieniędzy. Sprzedajemy dom.
– Gdzie pójdę z dzieckiem?
– To już twoja sprawa. Damy ci część po matce, nie jesteśmy potworami, a reszta to już twoja decyzja.
Weronika myślała. W tej wsi za te pieniądze, które oferowali, nie kupiłaby nawet rudery. Zostawało wyjechać do miasta, gdzie nie miała nikogo… Tu chociaż sąsiedzi pomagali. Tylko ciotka patrzyła wilkiem. Podeszła do kołyski Olka i odwróciła się z grymasem, mamrocząc, że Weronika nie powinna była rodzić.
Weronika jej słowa puściła mimo uszu. Nie jej sprawa! Syna nikt jej nie odbierze!
Rodzina wyjechała, a Weronika zalała się łzami jak tu nie płakać, kiedy dusza boli, a z domem rodzinnym trzeba się żegnać? Nic dziwnego!
Sąsiedzi żyli własnym życiem, ale wieść rozniosła się po wsi. Jedni na rodzinę Weroniki zgrzytali zębami, inni jej decyzji nie rozumieli, a języki im się nie zamykały. Mimo to już kolejnego dnia w jej domu pojawił się aspirant.
– Weronisiu, słuchaj… W sąsiedniej wiosce pewna kobieta sprzedaje pół domu. Fajna, porządna baba, znam ją. Sama została mąż jej umarł, dzieci rozjechały się, sama nie da rady. Dom duży, może ci pasować. W weekend cię tam podrzucę, sama zobaczysz, pogadacie i zdecydujesz czy ci odpowiada. Co ty na to?
– Dziękuję! rzuciła się niemal aspirantowi na szyję.
– No i dobrze! A Olek jak?
– Rośnie chłopak!
Aspirant zrobił „koziołka” do dziecka i poszedł, Weronika przejechała dłonią po portrecie mamy stojącym na półce.
– Nie zginiemy, mamusiu! Nie martw się! Poradzimy sobie!
Z panią Teresą, właścicielką domu, Weronika od razu złapała kontakt.
– Nie bój się mnie, Weronisiu. Jestem spokojna, tylko bałaganu nie znoszę. Jeśli będzie spokój i porządek, wszystko będzie grać. Z maluchem pomogę, jeśli tylko pójdziesz do pracy. Ale jak sobie gdzieś wyjdziesz na mnie raczej nie licz! Uprzedzam uczciwie!
– A jest jakaś praca w wiosce? Przydałaby się.
– Oczywiście! Koleżanka moja szuka ekspedientki do sklepu. Ma trzy punkty w okolicy, ostatnio otworzyła jeszcze jeden. Zagadam za tobą, jeśli chcesz?
– Jasne!
– No to dobrze! Dwa w jednym! Dobry dzień.
Właśnie w tym sklepie Weronika poznała Wiktora. Przyjechał na wieś, by pomóc matce, a ta wysłała go po zakupy.
Weronika mu wszystko spakowała, a sama nawet nie zauważyła, jak wyłożyła mu o sobie całą historię: i o Olku, i o pani Teresie, która dla Olka stała się prawdziwą babcią, i o sobie… Choć nie była z natury gadatliwa, jakoś tak wyszło.
Wiktor w milczeniu słuchał. Pożegnał się, ale już wiedział, że Weronikę i jej oczy-czereśnie zapamięta na zawsze.
Nie wrócił jednak od razu. I trudno się dziwić jak powiedzieć kobiecie, która mu się podoba, że życie to nie bajka, że żona zniknęła pewnej nocy i zostawiła dwóch synów, z których młodszy miał wtedy trzy miesiące? Sam musiał się nimi opiekować, bo matka była pochłonięta opieką nad chorym ojcem. Synowie kochane, rozbiegane maluchy płakali po nocach, wołając matkę, a może już jej nie pamiętali.
Nie wiedział Wiktor, jak to wszystko powiedzieć Weronice. I tak przez dłuższy czas kręcił się wokół sklepu, ale nie wchodził.
Nie przewidział jednak jednego. Weronika o nim nie zapomniała. Postanowiła zebrać informacje i podpytała panią Teresę o Wiktora. Kiedy więc w końcu znów wszedł do sklepu, była przygotowana.
– Twój starszy synek ile ma lat? zaskoczyła go Weronika od progu.
– Trzy lata właśnie skończył.
– A młodszy?
– Roczek.
– Jak mój Olek.
– Wer…
– Przedstaw mi dzieci. Reszta się potem zobaczy.
I tak już zostali razem.
Ślub wzięli skromny, w kameralnym gronie. Po weselu pojechali nad morze z dziećmi. Weronika cieszyła się bardziej niż maluchy nigdy tam nie była.
I jak tu się nie cieszyć?! Miała rodzinę, męża, dzieci, szczęście…
Choć szczęście to nie przyszło łatwo. Najpierw, gdy starszy syn zachorował i Weronika spędziła z nim dwa miesiące w szpitalu, zostawiając młodszych u teściowej.
Potem, gdy matka chłopców zjawiła się i chciała odebrać dzieci. Tu Weronika pokazała pazur. Nie oddała ich. Pojechała do rodzinnej wsi, po poradę do aspiranta, przeszła wszystkie formalności, nie bojąc się trudu, żeby być dla chłopców matką nie tylko z serca, ale i z dokumentu.
Ich biologiczna matka znów zniknęła, nie czekając na wyrok sądu. Weronika odetchnęła, a teściowa, obejmując ją po rozprawie, powiedziała:
– Teraz mogę spać spokojnie o dzieci!
Czas płynął, dzieci rosły, a Weronika pozostawała taka sama trochę zalękniona, bardzo cicha, uśmiechnięta bez powodu, a cała wieś wiedziała taka jest tylko do czasu. Mruczy jak kotka na piecu, nie myśląc o złym, ale jak trzeba, to za rodzinę rzuciłaby się jak lwica.
I tu taka niespodzianka! Że niby nie jest kobietą?!
Całą noc po tym, jak Wiktor wręczył jej kartę, przewracała się w łóżku, co chwilę stawała przed lustrem, przyglądając się swojemu odbiciu i zastanawiała się, co z nią nie tak. Męża nie pytała była obrażona. Następnego dnia wysłała dzieci: jednych do przedszkola, innych do szkoły i poszła do przyjaciółki Haliny.
– Halina, co mam robić?!
Halina była do niej podobna. Trochę nie z tego świata. Stwierdziła, że najlepsze rady mają gazety kobiece nie pisaliby ich, gdyby nie były mądre?! Zebrała więc wszystko, co miała, i już po pół godziny Weronika i Halina wiedziały, że prawdziwa kobieta musi zdrowo jeść, modnie się ubierać, odpowiednio malować i wszystko robić jak trzeba, bo inaczej nie jest kobietą, tylko nie-wiadomo-co z kokardką. Dobrze jeszcze, jeśli tę kokardkę w ogóle ma, a i tego u Weroniki nie było!
Kokardki nie kupiła, ale pojechała z Haliną do miasta. Kupiła porządną kosmetykę, nową koszulę nocną i piękne pantofle, których nawet z pudełka nie wyciągała, by dzieci nie zniszczyły.
Wiktor początkowo nie docenił jej wysiłków.
Weronika właśnie kończyła malować powieki, gdy ktoś nagle otworzył drzwi do łazienki, a ona pacnęła się pędzlem prosto w oko! W tej chwili postanowiła, że nie chce być żadną prawdziwą kobietą.
– Weroniska, co ty wyrabiasz?! Wiktor nie na żarty się przeraził, widząc jak żona podskakuje na jednej nodze, wycierając zalane od łez oczy.
– To przez ciebie! wycedziła, orientując się w końcu, że trzeba się umyć, a nie rozcierać misterny makijaż po twarzy i łazience. Ty chciałeś kobiety?! Jakiej kobiety?! To kim ja jestem?!
Wiktor rozumiejąc w czym rzecz, objął Weronikę i zatrzymał jej bieg po łazience.
– Poczekaj, dziku! Chodź, pomogę!
I zmywając jej makijaż delikatnie, wręcz pieszczotliwie, mówił:
– Ja głupi jestem, ale i ty nie lepsza! Wiesz, że nie umiem wyrażać myśli… Zamiast zapytać obraziłaś się!
– To po co mi dałeś te pieniądze i insynuowałeś, że nie jestem kobietą? Weronika próbowała uciec, ale on ją ujął.
– Dałem, bo odkąd żyjemy razem, ani razu nie zrobiłaś sobie żadnej przyjemności. Wszystko dla dzieci, dla mnie, dla mojej mamy. Dla siebie nigdy! A to nie jest w porządku! Chciałem, żebyś choć raz wydała pieniądze na co chcesz. Tak, jak te panie, które kupują wszystko dla siebie bez skrupułów.
Tym razem Weronika aż się roześmiała.
Śmiała się tak, że niemal o pomstę się prosiło. Dzieci, słysząc hałas, przybiegły, przekonane, że mama płacze i trzeba było długo je uspokajać.
Wieczorem, gdy uspały dzieci, Weronika wyszła na ganek, podniosła czystą twarz ku niebu i uśmiechnęła się cicho, wspominając całe zamieszanie, które sprawiła tego dnia.
– Wszyscy już śpią! Wiktor wyszedł za nią i usiadł obok.
– Dobrze przykryłeś?
– Oczywiście! Ogóreczki będą najwyższa klasa!
– I dobrze! Niedługo bardzo się przydadzą uśmiechnęła się Weronika, kładąc rękę męża na swoim brzuchu.
– Co ty mówisz?! I nie powiedziałaś wcześniej?! zawołał, obejmując ją mocniej.
– A kiedy miałam powiedzieć? Ty całe dnie przy ogórkach albo z wymaganiami! Dla mnie czasu nie ma!
Chciała coś jeszcze dodać, ale mąż nie pozwolił.
Najpierw ją pocałował żeby pamiętała, że o tym się nie zapomina, potem przytulił mocniej by wiedziała, gdzie jej miejsce.
Przy sercu, trochę na ukos. Tam, gdzie dusza oddycha.



