Kobieta z kamienia
Grażynę Jarosławska przywiozło pogotowie. Zgarnęli ją z chodnika na Chmielnej: padła w zgniłe, zimne błoto, bez sił, żeby się podnieść. Mężczyźni ostrożnie wsadzili rozmiękłą Grażynę do karetki i zawieźli na Szpitalny Oddział Ratunkowy przy Czerniakowskiej.
Duża, solidna kobieta w jasnozielonym garniturze o szerokich spodniach, na nogach miała wysokie kozaki na obcasiku typu kieliszek. Makijaż jak należy subtelnie podkreślone oczy na wierzchu i duże usta. W uszach spore kolczyki z bursztynami, na kolanach skórzana torebka z wyraźnym logiem. Do szpitalnej recepcji wtoczyła się siedząc na wózku, bo leżeć odmówiła kategorycznie jak doszła do siebie, obsztorcowała ratownika za to, że śmierdzi przy nim fajkami, felczerowi wytknęła ślamazarność, a praktykantowi, młodemu chłopakowi z technikum medycznego, bez ceregieli kazała trzymać łapy z dala od siebie.
Też mi zależało! burknął chłopak pod nosem, obrzucając ją obrażonym wzrokiem.
A ty mi tu jeszcze pyskuj, młody człowieku, pyskuj! To się dowiesz, kto na kogo rękę podniesie! syknęła Grażyna Jarosławska, usadawiając się wygodniej na wózku. Zmarszczona i nastroszona, niczym rozzłoszczona sowa, przytuliła do brody torebkę, podniosła ramiona i zaczęła rozdzielać wzrokiem oddział, jakby była tajnym inspektorem ministerstwa. Zmarszczyła cienkie brwi na środku grubo ciosanej, jakby rzeźbionej z granitu twarzy. Skóra poprzecinana drobnymi naczynkami, zamaskowanymi toną podkładu, który teraz, po zastrzyku, spływał brzydko podkreślając zmarszczki.
Dalej, pojedźmy gdzieś, ja tu nie mogę czekać, ciągnie jak na Trasie Łazienkowskiej! rzuciła, wskazując na korytarz pełny ludzi.
Recepcjonistka spojrzała na nią surowo, zerwała dokumenty z rąk felczera, pokazała pielęgniarkom, gdzie mają odprowadzić Grażynę, i machnięciem odprawiła ratowników.
Nadciśnienie, utrata przytomności na ulicy, bez urazów głowy, teraz ciśnienie recytował chłopak w niebieskim fartuchu.
Dobra, Romek, spadajcie, tu się już w trójkę nie zmieścimy pogładziła go po ramieniu starsza pielęgniarka, bardzo do niego podobna, pewnie mama.
Trzeba trzeba rodzinie załatwiać robotę, pomyślała Grażyna automatycznie.
Głowa bolała nieznośnie, ręce co chwilę opadały i jak opadły, to torebka porządna, znanej marki zsuwała się groźnie na podłogę. Grażyna nie miała już sił nawet ją podnieść. Wszystko, jakby odpływało spod nóg i język, suchy i obolały, lepił się do podniebienia. Chciało się jej pić.
Dajcie mi, proszę, wody, wykrztusiła głośno, choć do nikogo konkretnie.
Nikt nie usłyszał. Po korytarzu pluli się ludzie, rodzinny przepychali wózki z chorymi, pocieszali, pytali, podtrząsali tych, co odpłynęli. Lekarze lawirowali między tętniącym tłumem, odczytując w biegu papiery, kierując ludzi do gabinetów, potem wrzeszcząc coś zza drzwi. Pielęgniarki zapracowane, potrzebne, tylko Grażyna miała wrażenie, że dla niej nigdy nie ma czasu.
Gdzie Baranowska? Baranowska która? zapytała w końcu jedna z pielęgniarek (w duchu Grażyna nazwała je siostrami miłosierdzia).
To ja tutaj! uniosła głos Grażyna, powtórzyła wyraźniej. Tu jestem!
Proszę bardzo, próbka moczu, toaleta tam, potem do badań krwi. I proszę zdjąć czapkę, u nas nie Syberia!
Grażyna dopiero sobie uświadomiła, że siedzi w białej, kudłatej czapie à la Barbara z Czterdziestolatka stąd ten pot lejący się po czole i okropnie parząca głowa. Niedbale zdarła czapę, próbując upchnąć ją do pełnej już papierów, akt i dokumentów włoskiej torebki. Nie zamierzała tu zbyt długo zalegać; dostanie lepiej wypis i do firmy! Na głowie miała okna PCV i rozgrzebane interesy życie.
Pielęgniarka posadziła próbówkę na jej kolanach.
Grażyna Jarosławska. Kobieta solidnych rozmiarów. Taka już była od początku: duży płód, wielka niemowlę, potężna dziewczynka, wyrośnięta panna, kobieta jak bas. Jakie dziecko! … Jaki rozmiar buta! kołysały głowami ekspedientki, gdy Grażynka znów wyrosła z lakierków.
Przy niej jej mama wyglądała na Calineczkę, ale takie geny dostała po tacie, który był kawałem chłopa. Ojciec zgasł, gdy Grażyna miała osiem lat.
Grażyna zawsze się wstydziła siebie. W przedszkolu była jak Guliwer w tłumie mrówek, wszyscy ją omijali. Szkoła podobnie. Jedyną ulgę przyniósł sport. Przypadkiem trafiła na trening rzutu dyskiem. Mama wdała się w przelotny romans z trenerem i żeby córka nie przeszkadzała wieczorami, zaciągnęła ją na warszawski AWF. Grażyna znalazła się w pchnięciu kulą i rzucie młotem. I dobrze jej szło. Zawodniczka! Kilka kontuzji, bark dokuczał do końca życia, ale było czym się pochwalić. Potem sparzyła się na miłości zwykłym męskim kaprysie pożegnała głupotę, pochowała matkę, a z siebie ulepiła kobietę, za którą wszyscy się na ulicy oglądali, tylko nikt nie odważył się zaczepić.
Początkowo pracowała w administracji komunalnej, rządziła majstrami, robotą, potem szkolenia, a gdy nastał polski kapitalizm i miasta zaroiły się od interesów i słupów, Grażyna z kompanami robiła fuchy na budowach. Często brano ją za faceta. Po chwili żartowano, ale w kaszę nie dmuchano. Była swoją. Zawsze surowa, czasem twarda, towarzystwa nie lubiła ale swoją.
Tak już została: Kobieta z kamienia, bo tak za plecami nazywali ją ludzie.
Potem, gdy założyła własną firmę Okna Przyszłości, została królową okien. Rozgryzła branżę, zdobyła szacunek.
W stosunku do pracowników była mało wylewna, nie piła razem kawy, ale wiedzieli, że za nią jak za murem. Grażyna, będąc szefową, wejść umiała z butami w życie podwładnych wysyłała do lekarza, wskazywała knajpy na imprezy firmowe, besztala za nadgodziny, organizowała badania okresowe, noworoczne prezenty, ale nigdy nie przebrała się za Śnieżynkę (Z tym moim rozmiarem co za obciach).
Wiedziała wszystko, nawet to, że młoda asystentka Małgosia dopiero co kupiła test ciążowy, i zanim Małgosia sama się dowiedziała, Grażyna już szukała jej prywatnej kliniki. Słyszała o rodzinnych kłótniach, nieprzyjętych dzieciach na studia, rodzinnych zjazdach z Sieradza. Grażyna wszystko ogarnęła: zamówiła zakupy, pociągnęła kontakty, pomogła w uczelniach. Była hartem, który zawsze bronił siebie, a potem i innych. Słabych, takich, co kiedyś też się utopili, tylko ona miała więcej szczęścia.
Przyjaciółek nie miała tak prościej. Świat wtedy mniej się sypie od przykrych plotek za plecami (Nasza dziewczynawieża, ha!).
Kobieta z kamienia nie błądziła, nie kręciła, waliła prosto z mostu, ale z troską. Jeśli kogoś zwalniała, szukała mu zawsze wyjść awaryjnych czy chciał, czy nie, miała czyste sumienie.
Tyran? Raczej lokomotywa parowa gnająca do lepszych czasów. Niech nikt nie staje jej na torze przejedzie, nawet nie zahamuje. Ale ta lokomotywa ciągnęła jeszcze jeden wagonik chłopca, Szymonka. Dla niego się starała.
Kto nie wytrzymywał tempa, odchodził. Takich było mało: bezrobocie rosło, młodzi depchali się łokciami, a wokół Grażyny zebrał się wierny szkielet współpracowników.
To na nich liczyła. Jak teraz leży w szpitalu oby ogarnęli kontrakty!
Co?! Zabierzcie to, nie pójdę! zrzuciła próbówkę na podłogę Grażyna. Jestem po kryzysie nadciśnieniowym, leżeć muszę! Nie umiecie czytać?
Ale nie pyskuj, cizia! odezwał się wesoło facet o menelskiej aparycji, z bandażem na głowie, rozwałkował rurkę w dłoni. Chcesz, zrobię za ciebie? Cha, cha! Ale czapkę oddaj! Nie jestem frajer, coś za coś. Lubię takie duże dziewczyny!
Sobie pomóż! warczała Grażyna, odpychając się nogą i parkując przy przeciwległej ścianie. Rączki wózka wbiły się w świeżo pomalowany tynk, pozostawiając ślady.
Kobieto! Co pani robi! Cały tydzień remontu poszło! zirytowała się jakaś kobieta z identyfikatorem na piersi. Sylwia, z której sali ta pani? Gdzie ją odstawić?
Nigdzie, jestem niezależna. Proszę mi podać adres tej waszej izby chorych, zadzwonię po taksówkę powoli podnosząc się, wyjęczała Grażyna. Telefon Zaraz
Gdzie się pani wybiera?! Taksi pani jej się zachciało! Siedzieć, zaraz lekarka przyjdzie! Stonowany głos kobiety-betonu. Ale Grażyna już gdzieś dzwoniła.
Szymon? Anka, daj mi syna! rzuciła w słuchawkę. Wiem, że zajęty, ale to ważne. Leżę w szpitalu, a jutro mam ważne spotkania.
Nigdy nie rozkazywała, chociaż głos miała taki, że można się było zsikać ze strachu. Ale wolała jasno zarysować sytuację, żeby rozmówca wiedział, że jest poważnie, i podać, czego od niego oczekuje.
Anka, synowa, poszła do łazienki, zapukała. Mąż zakręcił prysznic, krzyknął: Co jest?
Mama dzwoni. W szpitalu.
Co? Daj spokój, Ania. Za dziesięć minut wyjdę! syknął Szymon, przekręcił gałkę prysznica na max.
Czy nie słyszał słyszał. Ale skoro matka dzwoni, żyje znaczy, więc dziesięć minut jej nie zbawi.
A przecież kiedyś to Szymon czekał, czekał codziennie, aż mama przyjdzie po niego. Mama miała interesy, potem biznes. Przeprowadzili się na Żoliborz dzięki jej firmie z oknami. Miał dzięki niej nowe okna w szkole, pomagała też innym z ogrzewaniem na działce, bo znała tych, co należało. Można powiedzieć: wszystkich miała w garści. Tylko jedna, maluśka rybka z tym jeżowym (tak uważał) imieniem Szymon była zawsze w osobnym wiadrze.
Matka go nie biła, nie krzyczała. Po prostu przychodziła, sprawdzała lekcje, kiwała głową, poprawiała czerwonym błędy i kazała zrobić jeszcze raz. Na tip-top! mówiła. Potem cicho tłumaczyła po co się uczymy, po co warto się starać. Ale żeby powiedziała Kocham cię, Szymonku, pocałowała, przytuliła nigdy. Przed snem też nie szeptała, że ma najcudowniejszego syna na świecie. Cisza.
Nie kocha! Do tego wniosku Szymon doszedł w wieku mniej więcej dziewiętnastu lat. Tak, dzięki niej ćwiczył do matury, nie musiał iść za pracą ani na zaoczne. Ale czy to nie każda matka powinna? Urodziła to wychowuj, stawiaj na nogi. O wszystko prosić nie musi. Szpital jakaś bzdura, nie koniec świata.
Grażyna usłyszała, jak Anka mamrocze, że Szymon oddzwoni.
Pani Grażyno, co się stało? spytała Anka. Może coś pomogę?
Grażyna nie odpowiedziała, tylko odrzuciła połączenie. Więc na pytanie administracji czyja pani mogła już śmiało powiedzieć: Niczya jestem!. Syna obchodzi tylko, kiedy mu wygodnie, synowa tyko čekuje gumę w ustach i chyba się boi, że zaraz trzeba będzie podcierać Grażynę, jak się położy. Lepiej być swoją własną.
Grażyna próbowała wstać, przyparła się do ściany, wózek odjechał, nogi się ugięły, opadła ciężko na podłogę. Próbówka potoczyła się po kafelkach, torebka walnęła o ziemię, futrzana czapka opadła pod jej policzek, jakby miała go bronić.
Chryste Panie zaklął menel, rzucił się do podnoszenia Grażyny, a przy okazji niepostrzeżenie pogarnął jej portfel i ściągnął z palca pierścionek z bursztynem.
Przypominał jej kogoś Kogoś sprzed lat Ale nie mogła uchwycić szczegółu…
Nie czuła już nic, ciężko dyszała, głowę zwiesiła na bok, a w uszach słyszała jedno, automatyczne polecenie: Zachowuj prawą stronę zachowuj prawą stronę…
Zazwyczaj Grażyna dojeżdżała do biura autem sama nie prowadziła, nie lubiła, gdyby miała skupiać się na znakach, innych samochodach. Wolała rozwiązywać sprawy przez telefon, czytać dokumenty albo patrzeć na świat za oknem. Zawsze woził ją Roman, szofer z polecenia, punktualny jak PKP. Otwierał jej drzwi, poprawiał płaszcz, siadał, włączał Chopina i ruszał w miasto. Przez lata. Roman był zadowolony: zdrowie żony, wczasy połowę taniej, paczki świąteczne, premie Grażyna miała dryg i do tego, by ludziom zaufanym dać zarobić. Zdarzało się, że w nocy dzwoniła, bo trzeba do Krakowa albo Poznania natychmiast, bo reklamacja na okna. Roman całował śpiącą żonę i pędził do szefowej. Grażyna kiwnęła, przeprosiła choć nie musiała, bo wszystko było w kontrakcie. Wypadało.
Ale dziś Roman rozbił wjazd, bo śmieciara rozwaliła mu zderzak.
Pani Grażyno, może zamówię taksówkę? Popsuli, to popsuli Roman był załamany.
Nie trzeba. Dojadę metrem, poprawiła Grażyna czapkę, chociaż już rano czuła się fatalnie. Przestraszyła się, gdy nią szarpnęło po uderzeniu śmieciarki? Owszem. Ale opanowała się. Miała już za sobą takie rzeczy, bo pieniądze załatwiają wszystko. Zostań, napraw, potem z papierami do mnie.
I ruszyła masywną, szarorudą chmurą do metra. Przechodnie zjeżdżali z chodnika, ustępując Grażynie. Była monumentalna mogłaby grać w filmie olbrzymkę.
W metrze tłok, powietrza jak na patelni, tłumy ludzi suną tam i z powrotem, czasem zator, potem znów ruszają. Zachowuj prawą stronę wydukała, schodząc w przejście przy Rondzie ONZ. Tłum, studenci biegnący na zajęcia. Każdy dokądś spieszył, dzień się dopiero zaczynał
A tymczasem dla Grażyny kończył po zamieszaniu, badaniach, zastrzykach i tych piszczących czujnikach, zabrano ją do sali, przełożono na łóżko, przykryto prześcieradłem. Gdy tylko przyszła do siebie, nadal słyszała tylko: Trzymaj się Trzymaj
W sali półmrok, zapach perfum i leków, a także zupełnie niepotrzebnie mieszanina gryki i waniliowych sucharków. Grażyna je lubiła, ale latami ich nie jadła.
Sala na trzecim piętrze, przez okno nie widać pędzącej Marszałkowskiej jaskrawej, rozświetlonej jak lampki na choince.
Pamiętała, kiedy kupiła taką lampkę na Domu Dziecka. Wtedy po pracy odbierała Szymka z przedszkola. On czekał sam na ławce, a wychowawczyni już zakładała płaszcz.
No, Szymek, doczekałeś się! A bałeś się! wołała nauczycielka.
Szymon szybko, nie patrząc na matkę, otarł łzy rękawem, zaczął się ubierać. Czerwony kombinezon ze srebrnymi paskami bardzo mu się podobał, ale grał obojętnego, by choć raz zrobić mamie na złość. Matka zawsze była jakaś inna, dostojna, stojąca dumnie jak pomnik. Nie tuliła, nie pomagała, tylko patrzyła.
Co masz w pudełku? spytał Szymon biegnąc obok.
Ach, to cudowna rzecz, syneczku! Lampki choinkowe. Powiesimy na drzewku, będzie pięknie! nagle ożywiła się Grażyna. Szymon sam się zdziwił.
Całą drogę wyobrażał sobie choinkę, która zabłyśnie kolorami. Następnego dnia planował się pochwalić w przedszkolu.
A jak przyszli do domu i włączyli lampki nawet nie mrugnęła. Wielka góra Grażyna skłamała nie będzie świąt Matka szybko zwinęła światełka, schowała do pudła.
Pójdziemy jeść, ja jeszcze muszę prasować powiedziała.
Dwa dni później przyniosła nową, już naprawioną przez chłopaków z warsztatu w administracji. Ale Szymon już nie chodził do przedszkola był wtedy chory. Nikomu już nie opowiedział o swojej choince…
A teraz ktoś rozpostarł nad światem lampki światła migały, pulsowały. Tylko Grażynina lampka jakby zgasła, naprawy wymagała…
Weszła pielęgniarka w różowym uniformie, maleńka, drobna.
Niech pani nie otwiera oczu, zmażę zaraz tusz, bo powłazi i będzie szczypać. Proszę zamknąć, ja sama.
Zaczęła potrząsać twarz Grażyny miękką, wilgotną watą.
Grażyna Jarosławska, słaba, opadła na łóżku, wsłuchiwała się w dotyk.
Przyjemnie Boże, jak przyjemnie! Wata zimna, muskający dotyk, pielęgniarka mamrocze coś pod nosem.
Przypomniała matkę. Tej już od dawna nie ma. Grażyna odwiedzała ją na Powązkach; wynajęła chłopaków, by pomalowali płotek, poprawili nagrobek. I posiała niezapominajki, nie wiedząc, czy zdąży się przyjąć przed zimą Rozsypała nasiona szerokim gestem.
Przysypać ziemią? Bo gołębie podziobią! dopytywali się panowie, licząc, że wyciągnie napiwek. Grażyna, masywny głaz w płaszczu do ziemi, tylko milczała, w końcu sięgnęła do portfela, wręczyła banknoty i odeszła, nie czekając na dalszy teatr. Może i niezapominajki nie wzejdą, ale kto wie, do wiosny jeszcze trzeba dożyć.
Jak była chora, matka zawsze wycierała jej buzię mokrym, czystym ręcznikiem, pachnącym mrozem.
Nie trzeba. Naprawdę, dam sobie radę, wydukała Grażyna nieśmiało i odwróciła się.
Cisza! Odpoczynek pani potrzebny. O, tak Jeszcze trochę Teraz oczka czyste. Dajmy włosom odetchnąć. Poprawię. Tak…
Pielęgniarka delikatnie podniosła głowę tej ogromnej kobiety i rozpuściła upięcie z wsuwek.
Ja zapłacę, Grażyna sięgała po torebkę. Portfel Nie mogę znaleźć nie ma…
Grażyna się rozpłakała.
To drugi raz w życiu ją okradziono. Pierwszy raz dawno temu, w metrze. Stojąc na schodach, ktoś ją szturchał. Nawet się nie odwracała. Na powierzchni chciała kupić gazetę, sięgnęła po portfel, rozcięta torba, portfel zniknął. Przy okazji zdjęcie Szymona, moneta z PRL i lista zakupów.
Usiadła na ławce i płakała. Ta wielka baba jak łajza beczała jak dziewczynka.
Szkoda szeptała, ocierając łzy Szkoda…
Nie pieniędzy żal. Tylko torebki, nowej, wymarzonej. Portfel z tej samej skóry ciemnogranatowy cielak. Jak szła korytarzem biura, była z siebie dumna Teraz tylko zostanie blizna na torbie i duszy.
I dziś znów żal. Znów ten facet z izby przyjęć chyba ją obrabował
Nic nie szkodzi. Pani leży, zaraz przyniosę ciśnieniomierz. Cicho… cichutko…
Pielęgniarka wróciła z aparatem, zacisnęła rękaw, z boku jęk, stęk. Grażyna odpłynęła w lepki sen, miękki jak krówka…
Szymon, wychodząc spod prysznica, zapomniał o matce. Anka przypominała, sam próbował dzwonić, ale Grażyna nie odbierała.
Coś się stało, Szymon mówiła Anka. Trzeba poszukać. Zadzwoń do jej firmy.
Mama wszystko ma pod kontrolą. Pewnie nawet łóżko OIOM sobie już zarezerwowała. Odczep się Anka.
Przewrócił żonę jak mebel, wpatrzył się w nowy telewizor duży, LED, z wielkim dźwiękiem. Pił piwo, żuł orzeszki, komentował mecz. Dobry telewizor kupiła mama! poklepał się po kolanie.
Anka, pocierając ramię, poszła do pokoju, dzwoniła jeszcze raz, matka nie odbierała…
Z Anką i Grażyną było dziwnie. Nie kłóciły się, ale i nie zbliżały. Grażynie brakowało na to czasu, a i nie bardzo potrafiła. Kochanie okazywała czynami: okna (bo syn oknisty nie może mieć tandety w domu), remont w łazience, auto dla syna, karnet na fitness dla synowej (kręgosłup szwankował), jakościowe jedzenie i tkaniny. Zapraszała do sklepu, wybierały najlepsze. Anka z początku szokowana, potem machnęła ręką, zaczęła odkładać resztę kiedyś oddam.
Tak okazywała miłość robiła, nie mówiła. Szymonka tak samo: zabawki, zajęcia, meble, rolki, magnetofon, kolonie nad morzem, choć raczej z dala od niej. Potrafiła wpaść i naprawić kaloryfer w przedszkolu: miała kontakty jeszcze ze spółdzielni. Nawet sama łapała za spawarkę. Gdy w szkole potrzebna była sala do pływania załatwiła. Po co? Bo kochała, choć on jej nienawidził. Nie kupowała go, chciała żeby miał to, czego ona nie dostała jako dziecko.
Jak Szymon powiedział, że się żeni, Grażynie zakręciło się w głowie. Dopiero kupowała mu samochodziki, a tu dorosły. Wesele było, jak chciała młodzież, ale porządnie sala, suknia dla Anki, taka jak chciała, ale z dobrego sklepu, wygodna i ładna…
Anka starała się znaleźć wspólny język ze szwagierką, ale ta nie dopuszczała. Kobieta z kamienia, góra, nie ma czasu na miękkie bzdety. Praca, spotkania, projekty, profile, zamówienia, błędy, procesy Grażyna zaprzęgła się i ciągnęła. Inaczej nie potrafiła.
Anka dzwoniła znowu. Odpowiedziała pielęgniarka. Spisała wszystko. Kazała przyjechać rano, w godzinach odwiedzin.
Ona śpi, bardzo zmęczona. Proszę przynieść wygodne rzeczy, sweter, bo zimno.
Anka kiwnęła głową, podziękowała.
Szymon już leżał, grał na laptopie. Anka chciała mu coś powiedzieć, ale zrezygnowała. Spakowała rzeczy, wzięła klucz do mieszkania Grażyny, wymknęła się cicho
Grażyna obudziła się wcześnie. W innych łóżkach ruch, dźwięk filiżanek, ktoś kichnął.
No pięknie, Baranowska? Baranowska? Pani?
Siedząc na łóżku, próbowała zebrać włosy w kitkę, ale nawet nie miała siły.
Ja jestem Baranowska.
Siedziała w białej bluzce i spodniach od garnituru. Płaszcz i czapka w foliowej torbie, kozaki pod łóżkiem. Rozpięta koszula prześwituje, widać delikatną bieliznę kupowała sobie tylko ładną, ale na jej rozmiar ciężko coś znaleźć, często z zagranicy.
Sąsiadka z łóżka patrzyła na nią z ciekawością, Grażyna speszona przykryła się kołdrą.
Dawaj tę rękę, Baranowska. Krew muszę pobrać.
Pielęgniarka sprawnie trafiła w żyłę, Grażyna nawet nie poczuła. Potem zadzwonił telefon.
Przepraszam, to z pracy. wyjaśniła cicho Grażyna, wyszła na korytarz, usiadła na krześle.
Pytania, propozycje, zamówienia, faktury jakby nie w szpitalu, tylko znów na spotkaniu. W końcu nie wytrzymała, powiedziała stanowczo, że jest chora, jest zastępca, proszę do niego.
Na tamtym końcu sfrustrowani, odłożyli słuchawkę.
Grażyna opuściła ramiona, z monumentalnej kobiety zamieniła się w szarą, zmęczoną pacjentkę.
Dali jej szpitalną koszulę, szlafrok. Przebrała się, spojrzała w lusterko i parsknęła. Pod oczami ślady tuszu, włosy brudne, sterczące. Wczoraj, jak upadła, połamała trzy paznokcie teraz haczyły o ubranie.
Proszę wrócić do sali. Zaraz obchód i śniadanie powiedziała znajoma pielęgniarka. Dzwoniła pani córka. Anka. Przyjedzie dziś. Niech pani nie traci ducha! Będzie dobrze. Ale proszę poleżeć.
Po co pani to robi? Grażyna podniosła głowę, górując nad rozmówczynią.
Anka nie jest moją córką to synowa. I raczej nie zawahała się Grażyna.
Obiecała przyjechać! Graża, nie poznajesz mnie? cicho, patrząc z dołu, spytała pielęgniarka. Jestem Kasia Pegas, leżałyśmy razem po… tym… dziecku…
Grażynę jakby prąd przeszył. Przypomniała sobie…
Kasia, jedyna, oprócz lekarzy, wiedziała, co Grażyna przeżywa, że gruba dziewczyna, z której wszyscy się śmiali, jest w ciąży i że wszystko zakończy. Dziecko było z tym, który wmówił jej, że jest piękna, pobawił się, odszedł. Dziecko się jednak nie urodziło, Kasia była wtedy przy niej. Głaszczyła, powtarzała, że jest wszystko w porządku, to świat jest zły.
Kasia Nie poznałam cię… Pracujesz tu? Wiedziałam, że będziesz! popłakała się Grażyna.
Tak. A ty masz syna? Super! Ja mam dwie gadatliwe córki, już własne dzieci mają. A mąż?
Kasia urwała.
Nie było, nie ma i nie potrzeba. Sama dla siebie rodziłam. Myślałam, że dzieciak mnie będzie bronił. Nie jest mi potrzebny Ja siebie całe życie broniłam…
Kasia już chciała coś powiedzieć, ale korytarzem szli lekarze, zaczynał się obchód. Kasia poszła do domu bardzo zmęczona.
Szybko minęło śniadanie. Grażyna trochę się oswoiła. Sąsiadki spokojne, prawie jej wieku, rozmawiały szeptem, czytały, spały. Jedna, pani Zina, cały czas coś chrupała. Trzeszczało na cały pokój.
Sucharki? zgadła Grażyna. Waniliowe. Ale to niezdrowe! Trzeba popijać herbatą!
Nerwy Przepraszam, już ciszej będę. Martwię się, mąż na dole, udar, nie mogę nie jeść. Herbata To już niepotrzebne
Jak to niepotrzebne! Przepraszam, gdzie można nalać herbaty? ruszyła Grażyna do stołówki, gdzie zadziwione panie patrzyły, jak postawna kobieta przemierza salę.
Zauważyła wszystko linoleum się zdziera, sprzęt kuchenny stary. I okna do wymiany nieprzyzwoite dla szpitala, powinna poprosić fachowca…
Już wracała w kapciach z kubkiem pełnym gorącej herbaty.
Proszę, Zina. Nie wiem, ile pani słodzi, ale łyczek się przyda! zadecydowała.
Zina kiwnęła głową, łapczywie wypiła.
Dobra pani z pani, pokiwała Zina. O, ktoś idzie. Kiwa do pani!
Grażyna spojrzała Anka, śmieszna, w niebieskim fartuchu, w szałowych ochraniaczach.
Dzień dobry. Wołam, wołam… nie będę przecież wrzaskiem. Przyszłam do pani Grażyny, rzuciła Anka, rzucając torby koło jej łóżka.
Anka, nie trzeba było, ja sobie radzę… zawstydziła się Grażyna.
Oj, już! Przesuń się! Anka nurkowała w torby. Tu piżama, tu szlafrok, sweter, tu higiena, tu smakołyki z waszych ulubionych sklepów. Herbata, kawa, bielizny nie brałam nie mam tylu rąk.
Grażyna rosła obok jak góra, na szczycie smutny cekin. Cekin zadzwonił, Grażyna całą się zatrzęsła.
Ciociu Grażyno, co pani? O, daj spokój! Anka podniosła się, Idź się przebrać, ja idę do lekarza.
Anka poleciała, a Grażyna patrzyła na łóżko, torby, piżamę.
Życie znowu zaczęło się lepić, sklejać wcześniej zmuszała się, żeby iść po odłamkach, bolało, ciągnęła, by nie czuć, jak głęboko wbijają się odłamki marzeń.
Baranowska nikogo nie dopuszczała do siebie, nawet Anki. A dziewczyna się starała, opiekowała. Może dla pieniędzy? Może. Zobaczy się… Ale milo że wpadła!
Kilka razy dzwonił syn, Grażyna nie odbierała. Nie wiedziała jeszcze, co powiedzieć.
Anka wróciła od lekarza, usiadła cicho, pokręciła obrączką na palcu. Jeszcze nie powie, że chce się rozwieść z Szymonem. Nie warto martwić Grażyny…
W nocy Grażyna leżała do ściany, płakała z niewiadomego powodu.
Następnego dnia odzyskała portfel i pierścionek.
Ten facet panią okradł w izbie przyjęć. Oddajemy wręczyli Grażynie rzeczy.
Co będzie z nim? zapytała.
Nic. Już nie żyje. Serce. Sam się załatwił. Burbowski Mikołaj Władysław, dla porządku.
Grażyna skinęła głową. Teraz już wiedziała, na kogo wyglądał. Burbowski, najlepszy sportowiec sekcji, prawie mistrz. Gładził ją po plecach, przysięgał, że nie ma piękniejszej kobiety. Kłamał, ona wierzyła. On zmarł. Ona przeżyła.
I już nie była z kamienia. Była z żywego ciała. Po prostu dawno zapomniała oddychać z ulgą.
Ale teraz wszystko się zmieni. Ma Kasię, Zinę, Ankę, głupiutką, naiwną i przez to jeszcze bliższą, pracę, sprawy, wiosnę i niezapominajki, które jeszcze trzeba posiać, mnóstwo drobiazgów do ogarnięcia, których nikt inny nie zrobi. Ma też wnuka, maleńką perełkę zdjęcie z USG widziała.
Tylko, Anulka, nie oczekuj cudów. Ale kochaj i mów, że kochasz. Ja nie mówiłam, dusiłam w sobie, teraz żałuję, powiedziała kiedyś Grażyna. Kobieta musi kogoś kochać, bo jak nie, staje się z kamienia.
Anka pokiwała głową. Nie, Grażyna Jarosławska nie była twardą babą z kamienia. Była wielka, statyczna, szeroka ale jednocześnie delikatna, krucha. Urodziła się jako Grażynka, która swoim donośnym wrzaskiem powitała światWielka kobieta leżała jeszcze przez chwilę bez ruchu, wsłuchując się w szpitalny gwar i ciszę własnych myśli. Na parapecie rozsiadł się promień marcowego słońca, gładzony kurzem, delikatny jak spojrzenie matki. Grażyna zamknęła oczy i poczuła, jak coś się w niej rozpuszcza nie ból, nie samotność, lecz warstwa ciężkiego betonu, którą przez lata nakładała na serce.
Minęło kilka dni. Anka przychodziła codziennie, czasem przynosiła świeże bułki i ciepłą kawę, czasem milczała, tylko patrzyły na siebie w zgodzie. Kasia co rano żartowała, ściskała ją za rękę nie pozwolę ci skamienieć, Graża, nie przy mnie. Zina częstowała sucharkami teraz zawsze popijane herbatą.
Grażyna pierwszy raz od dawna nie śpieszyła się nigdzie.
Na odprawie wypisowej lekarka zerknęła na nią przez okulary: Trzeba zwolnić, pani Grażyno. Serce ma się jedno. Uśmiechnęła się. I niech pani czasem komuś pozwoli zatroszczyć się o siebie.
Przejmując torbę od Anki, poczuła jej dłoń na swoim ramieniu ciepłą, ostrą, ale niepochopną. Uścisnęła ją niezdarnie pierwszy raz, śmiesznie i trochę sztywno, jakby się tego gestu uczyła.
Na wyjściu spojrzała, jak wiatr porusza liśćmi kasztana za oknem. Tam, pod tą ziemią, gdzie matka, kiełkowały już niezapominajki. Jutro je odwiedzę pomyślała i uśmiechnęła się szeroko, tak, jak umieją tylko bardzo silne kobiety kiedy wreszcie pozwolą sobie być słabe.
A potem, wolnym krokiem, opierając się na Ance, ruszyła do drzwi. Każdy kolejny krok był lżejszy, coraz mniej kamienia miała w sobie, a coraz więcej zwykłego, miękkiego, potrzebnego serca.
Bo tym razem, wracając do życia, Grażyna wiedziała już jedno: niezapominajki wzejdą. A z nimi wszystko, co od teraz miała pielęgnować.



