Moje zasady

Moje zasady

Nie no, Kuba, jak dobrze, że przyjechałeś! Urszula Pawłowska usiadła naprzeciwko syna, podparła brodę drobnymi pięściami i uśmiechnęła się szeroko. Tęskniłam jak nie wiem co. Jedz, jedz, kochanie. Kotlecika jeszcze położyć?

Jakub pokręcił głową.

Niesmaczne? zaniepokoiła się matka, prostując się od razu, a jej skądinąd pomarszczona, rozluźniona twarz wyciągnęła się i napinała. Chyba wszystko jak zawsze…? Bo mówiłam ojcu, że nie jadasz wieprzowiny… Przecież mówiłam! Co, czuć coś nie tak?

Urszula była już rozedrgana. Tak długo czekała na Kubę, narobiła jedzenia jak na kompanię harcerzy, bo przecież Urszula Pawłowska, wielka szefowa kuchni polowej, musi wszystkich nakarmić, ogrzać i pogłaskać. A tu zonk synuś nie zachwycony kotletami

Daj spokój, mamo! Wszystko pyszne, serio! Po prostu już nie dam rady.

Jakub odłożył widelczyk na talerz taki mały, że w jego niedźwiedzich łapach wyglądał jak zabawka. Nawet śmiesznie, że taki wielki chłop urodził się z takiej drobnej kobietki. Ale to po ojcu Janie! Ojciec też kawał chłopa, a Urszula przy nim zawsze wyglądała jak gimnazjalistka.

No rewelacja było, jak zwykle! syn wstał, podszedł do Urszuli, poklepał ją po ramionach, jakby narzucił na nią ciepłe futro. Od razu poczuła się spokojniejsza, bezpieczna No, co chciałaś obgadać? Mów, bo zaraz muszę lecieć. Mamy z Dobrochną jechać do galerii, Romanowi trzeba ciuchów kupić.

Dobrochna tak ją Kuba nazywał po staropolsku była jego żoną, kobietą bardzo porządną, praktyczną i naprawdę piękną.

Kuba zobaczył ją raz na ulicy i tak zaniemówił, że walnął głową w latarnię miejską. Brwi rozcięte, krew się polała. Dobrochna przestraszona aż przystanęła, Kuba przepraszał latarnię, żeby czasem jej nie złamał…

Potem razem pojechali do przychodni. Dobrochna, wtedy jeszcze taka śmieszna, młoda istota, ciągle dopytywała, czy mu nie słabo. Kuba tylko kiwał, że oczywiście, że słabo, bardzo nawet! Bo kto by wytrzymał z taką pięknością u boku?

Pobrali się. Teraz mają syna Romana, Dobrochna jest logopedką, pracuje z dziećmi u siebie w domu, co bardzo wygodne nie musi latać po obcych ludziach i zawsze ma czas ogarnąć mieszkanie. Kuba co rano jedzie do pracy, zrzuca Romana do szkoły, ale nie byle jakiej Dobrochna załatwiła mu miejsce w gimnazjum dla przyszłych biologów. No i żyją sobie dobrze. Po polsku pracowicie, w miłości.

A Dobrochna czemu nie wpadła? zapytała Urszula, sprzątając ze stołu. Doskonale wiedziała, że Dobrochna przyjmuje dziś uczniów, nawet w niedzielę, ale i tak próbowała odwlec rozmowę, bo głupio jej było coś prosić syna.

Przecież mówiłem, ma dwie lekcje dziś. A Roman Janowicz, Kuba lubił syna stroić tytułami odrabia lekcje. No, co tam?

Mężczyzna przejął od matki filiżanki, bardzo uważnie odstawił je do zlewu, odwrócił Urszulę w swoją stronę i spojrzał jej w oczy.
Mamo, zaczynasz mnie już straszyć Co jest z ojcem? Czemu się tam zaszył i nie wychodzi? Kredyt wzięliście, oszukali Was? Mieszkanie zastawiliście? Nerki oddaliście?! A może odnalazł się mój brat bliźniak porwany z porodówki?

Kuba się śmiał bo lubił tak żartować, rozładowywać atmosferę. I nawet świat zdawał się przez to weselej brzmieć, lekko, wiosennie.

Uległszy gestowi matki, Kuba usiadł, pogładził się po wystającym brzuchu, wyciągnął i rozłożył szeroko ręce, aż grzmotnął dłonią o kuchnię. Tak… Kawalerka ciasna, coś nie to samo co ich trzy pokoje w bloku na Bemowie. Tam mają z Dobrochną wszystko, czego dusza zapragnie przestrzeń, balkon, spora kuchnia, miejsca wystarczy dla wszystkich. Mieszkanie odziedziczyli po krewnych Dobrochny. Tamci naukowcy dostali je kiedyś za zasługi dla polskiej nauki, a potem wyprowadzili się na wieś, przesłali Dobrochnie co jesień kartofle, buraki, jakieś cudaczne topinambury i przepiękne, różnokolorowe astry. No, kosmos po prostu! Astry i worek ziemniaków szły przez połowę Polski, dostarczał je nieoceniony wujek Stefan, były właściciel mieszkania, którego Kuba zawsze szanował i pomagał naprawiać samochód, jak coś szwankowało. A potem przechadzał się jego mieszkaniem w hawajskich spodenkach z palmami i czuł się szczęśliwy.

No bo widzisz…, zaczęła Urszula, zerkając na syna, zaproponowała mu jeszcze talerz pierniczków. Pamiętasz Marię Leokadię? Nasza dawna sąsiadka?

Kuba na chwilę się spiął.

Pamiętam, mamo! Jakżeby nie! w końcu skinął głową. Pierniczki pachniały tak obłędnie miodem, lukrem, drożdżowym ciastem, że nie wytrzymał, wstał i nalał sobie jeszcze herbaty, chwytając największy, z motywem warszawskiego zamku.

No więc Leokadia dostała skierowanie do waszego szpitala wojewódzkiego, ma mieć operację oczu Nie znam dokładnie diagnozy, ale wszystko jest tam skomplikowane

Kuba słuchał, mlaskając. Tak, Marię Leokadię doskonale pamiętał sąsiadka spod siódemki, bardzo pomogła jego matce, opiekowała się nim, gdy był Kubuś był jeszcze mały i rodzice harowali do późna. Zawsze chodziła w tych swoich okrągłych okularach, przez które jej oczy wydawały się wielkie i ciągle trzepotała rzęsami jak skrzydłami motyla.

I co? spytał w końcu, bo matka zaczęła już ugniatać dłonie i zmiatać okruszki ze stołu znak, że jest wyraźnie zestresowana.

No bo wiesz… Może mogłaby na czas leczenia pomieszkać u was z Dobrochną? Wynajmować mieszkania czy hotelu nie stać jej, jeździć też ciężko, a i zdrowie już nie te Wiem, że obca osoba w domu to wyzwanie, ale tylko tymczasowo I wiesz, czuję się jej coś winna, w końcu ona cię wychowała!

Kuba przestał gryźć pierniczka, zrobił spory łyk herbaty i wzruszył ramionami.

No Tak wybrnął, mrucząc. Gościć panią Marię Leokadię nie mieściło mu się w planach trzeba będzie palmowe spodenki schować na dno szafy A Dobrochna będzie zmuszona nocą nie wychodzić do kuchni w koszuli nocnej a taka wtedy ładna Ale skoro trzeba, to trzeba. Jasne, nie ma sprawy! Kiedyś ona mnie ratowała, teraz ja jej! Kuba szeroko się uśmiechnął. Poczucie własnej prawości aż go rozgrzało. Dobrochna na pewno będzie z niego dumna. I matka też. Maria Leokadia zasłużyła, żeby na starość ktoś się nią zaopiekował!

Za oknem, dosłownie niczym aureola nad głową Kubusia, błyśnie słońce, a na ścianie zatańczą słoneczne zajączki w oczach szczęśliwej Urszuli; z pobliskiego kościółka zadzwonią dzwony, jakby potwierdzając, że oto świat układa się należycie.

Naprawdę?! Kuba, jesteś wspaniały chłopak! Całe życie chciałam, żebyś był taki delikatny i dobry! Urszula pogładziła syna po głowie jak za dawnych czasów.

Gdyby była tu Dobrochna, pewnie by skrzywiła się na widok tych matczynych czułości. Zawsze nieco się śmiała z tego, jak Urszula ubóstwia syna.

Ale jej nie ma, więc można spokojnie poczuć się znowu małym, fajnym chłopakiem chwalonym przez najważniejszą kobietę w życiu.

Kuba odpłynął, położył ręce na stole beztrosko

Tylko, tylko trzeba zapytać Dobrochnę wymamrotała matka przestraszona. Kuba mruknął, że nie będzie miała nic przeciwko, po czym przytulił się do mamy i prawie zasnął, tak mu było błogo. Zaraz zawołam Marię Leokadię, pogadacie…

Urszula wyfrunęła z kuchni, w pokoju rozbrzmiał trzask gazety to ojciec, a Kuba, mieląc wciąż usta, wyjął komórkę i zadzwonił do żony.

Dobrochna słuchała, podmalowując jedno oko i celując precyzyjnie w drugie.

Na jak długo? spytała w końcu.

Dwa tygodnie, raczej Dobrochno, no przecież trzeba pomóc tłumaczył się Kuba. Operacja, a nie ma gdzie się podziać.

Kuba, przecież są szpitalne pokoje zaczęła Dobrochna, ale przerwał jej.

Tak, ale potem będzie miała kontrole, obserwacje. Nie będzie jeździć po pół Warszawy! Kochana, jesteś przecież gościnna gospodyni, Maria Leokadia to w ogóle miła, porządna osoba. Znajdziecie wspólny język, i

Wiesz co, Kuba Nie podoba mi się to, nic z tego nie będzie. Pamiętam ją ze ślubu. Patrzyła spod byka, jakby miała coś za złe Nie podobałam jej się, twoja ciocia Leokadia!

Dobrochno, lubi cię! Na pewno! A poza tym z Romanem zawsze się dobrze dogadywała!

Kuba, twój syn ma szesnaście lat, czym mu pomoże ta twoja ciocia? Dobrochna skrzywiła usta w rybkę, chciała pomalować, ale zrezygnowała, bo się zdenerwowała.

Wszystkim! Jest dorosłą kobietą. Życie zna! Zapewniał Kuba. No mów, nie masz nic przeciwko, prawda?

Była przeciw, całkiem przeciw, ale nie miała śmiałości się przyznać nie chciała męża urazić.

No dobra. Kiedy przyjeżdża? zapytała sucho.

Po drugiej stronie coś się szeptało, Kuba odpowiedział: w niedzielę.

Już jutro? Dobrochna rozgląda się po swoim rodzinnym chaosie. Niby normalny bałagan w normalnym domu, ale przecież nie można go pokazać obcym!

Tego domowego bałaganu nikt poza domownikami nigdy nie widział. Uczniów Dobrochna przyjmowała tylko w dużej kuchni. Dalej nikt nie wchodził. Na gości gruntowna akcja: sprzątanie od podłogi po sufit. Dobrochna, w przeciwieństwie do koleżanek, zawsze wstydziła się tej swojej codzienności rzuconego swetra, krzywo wiszącego ręcznika. I zawsze chowając niedoskonałości.

A tu ciocia będzie chodzić wszędzie! No i pomyśli, że Dobrochna to okropna gospodyni!

Czyste podłogi i porządek w mieszkaniu oznaczają także porządek w głowie! powtarzała mama Dobrochny. Pierwsze, na co zwracają uwagę ludzie, wchodząc do domu, to porządek. A ty, Dobrochno, to bałaganiara! Naprawdę aż wstyd. Nie możesz powiesić spódnicy? Przecież jesteś kobietą!

Dobrochna zamknęła oczy, pokręciła głową jakby matka stała tuż obok, a ona spuszczała wzrok, bo przecież znowu jest tą bałaganiarą, no nie wiadomo po kim taka…

Za tydzień precyzował Kuba.

To jeszcze nie tak źle… wybąkała żona. Pójdę pocieszyć Romana…

Został jej tydzień, by ogarnąć swój rodzinny bajzel, posegregować, wyprać, wyprasować i wyszorować wszystko na glanc…

Roman wiadomość o przyjeździe starszej pani, która niańczyła jego tatę od maleńkości, przyjął z obojętnością. Przyjedzie spoko.

Daj spokój, mama! Żyj, jak żyjesz. Kiedyś wyjedzie, luz blues filozoficznie zauważył Roman, mający zacięcie biologiczne. To nasza ekosystema, tu się rozwijamy. Ona obcy organizm. Może się przystosuje, a może nie. Zobaczymy, czy przeżyje. Trzeba dać jej czas na adaptację.

My nie ewoluujemy, Romku, my zarastamy! A ja przecież w tygodniu będę miała urwanie głowy O co stoisz, bierz drugi odkurzacz i pomagaj! Nie chcę się wstydzić przed koleżanką twojego ojca. Pomyśli, Bóg wie co i babci Irenie jeszcze wszystko opowie!

Babcia Irena i tak wszystko wie. I nawet nie przejmuje się za bardzo! Mruknął Roman i zniknął.

Dobrochna roztrzęsiona do czasu, aż zadzwonił domofon. Przyszedł jej pierwszy uczeń, sepleniący, pulchny jak pączek Andrzej. Starał się, dukał zawzięcie literki, czerwienił się, kiedy Dobrochna go chwaliła, a ona rozglądała się nerwowo po salonie: co posprzątać, co nie błyszczy

Okna! Okien nie myłam! myśl jak obuchem uderzyła ją w głowę. Mówiłam, że mają być tak czyste, jakby nie było szkła!

Okna muszą być tak przejrzyste, żeby wyglądały jak powietrze! znów odezwała się matka. Czyste okna to znak dobrej gospodyni, Dobrochno! A u ciebie zawsze smugi!…

Kuba wrócił, wyrwał ją ze sprzątania, przez całą drogę do centrum słodził, jaka cudowna ta Maria Leokadia, jak go wychowała, a Dobrochna tylko kiwała głową i wzruszała ramionami.

Tato, wiemy, podwójna matka przyjeżdża. Zamknijmy na razie ten temat! Roman wreszcie nie wytrzymał.

I Dobrochna była mu za to wdzięczna

Tydzień minął błyskawicznie, jakby ktoś nacisnął gaz.

W sobotę Kuba pojechał po Marię Leokadię, a Dobrochna, odwoławszy lekcje, przygotowywała dom na przyjęcie gościa.

Roman został wysłany do fryzjera, pies Gustaw wyprany i wyczesany do obłędu, a okna błyszczały, jak żądała babcia.

No, Dobrochno, przyjedziemy koło trzeciej, nie trać głowy, nie rób dramatu. Maria strasznie się boi, że zaburzyła nasz spokojny tryb życia.

Jasne, czekamy na obiad.

Planowała upiec kurczaka, ugotować młode ziemniaczki, zrobić sałatkę… Ugościć lepiej niż w hotelu.

O siódmej rano wysłała Romana z Gustawem, sama wskoczyła do łazienki, wzięła kojący prysznic, podśpiewując: I śni się nam przygoda nowa. Wyszła, naciągnęła szlafrok, zaczęła myć zęby, aż tu nagle szczęknęły drzwi wejściowe. Słychać było burknięcia męża, potem cieniutki, nieśmiały głosik nowo przybyłej, merdał pies Gustaw, Roman pojękiwał w tle.

Zaparowane lustro ukazało Dobrochnie, jak stoi z pastą w ustach i w szlafroku, włosy we wszystkie strony, a tu już gość na progu!

A oto i my Kuba przywitał się, ciągnąc wielką czerwoną walizę, za nim szła rumiana, promieniejąca kobieta Maria Leokadia we własnej osobie. Zachwyca się domem, chwali wnętrze, mówi: wspaniale!. Ale Dobrochna dobrze wie, że ona, gospodyni salonu, stoi w szlafroku, głowa rozczochrana, a kurczak nawet nie w piekarniku, Gustaw brudnymi łapami na świeżo umytej podłodze… Katastrofa. Już Maria zaciska usta, przestępuje przez kałuże od psa, patrzy w ślad uciekającej Dobrochny, a ta, aż iskry spod nóg, leci się ogarniać.

Tu, proszę bardzo, twoja sypialnia otworzył drzwi Kuba Czuj się jak u siebie. Idę się przebrać i zrobić kanapki.

Maria podziękowała i zostawiła wychowanka sam na sam z żoną.

Co wy tak wcześnie?! syknęła Dobrochna zza drzwi. Nie spodziewałam się! Jak tak można, Kuba, ośmieszyłeś mnie!

Kuba, siadając na łóżku, podziwiał w odbiciu szafy sylwetkę Dobrochny te kształty, ramiona Jak gałązki brzozy.

Co? zawiesił głos.

Z jakiej racji tak wcześnie? Dobrochna już zapięła sukienkę i układała włosy. Zepnij mi zamek, proszę.

A, Maria miała dziś jakąś konsultację, zapomniałem, po prostu pojechaliśmy wcześniej wyjaśnił, podchodząc do żony. Chciał ją pocałować, ale ta odsunęła się.

A tyle rzeczy w tej walizce? zapytała żona.

No Wy kobiety zawsze niepraktyczne. Ambitne obieżyświaty, zdaje się.

Kuba zadowolony z żartu uśmiechnął się szeroko.

Usiedli do śniadania. Dobrochna usmażyła jajecznicę, Roman, widząc roztrzęsioną matkę, zrobił kanapki.

Maria Leokadia weszła ostatnia, usiadła obok Romana.

Smacznego wszystkim. Bardzo przytulnie tu u was. Dobrochna, pamiętam, że na ślub daliśmy wam serwis porcelanowy z makami Nie? Może komu innemu…

Dobrochna wzruszyła ramionami. Serwis rozbił się dzień po ślubie Kuba spadł z nim ze schodów w tym właśnie domu. Wszystko w drobny mak…

Kuba skupiony, nie pamiętał ani o makach, ani porcelanie.

Pewnie komuś innemu. Dobrochna nalała wszystim kawy.

A mnie tu, Dobrochno, wieje poskarżyła się nagle gościni. Mogę się przesiąść na twoje miejsce?

Roman zaskoczony podniósł głowę, spojrzał na matkę. Ta bezradnie tylko drgnęła.

Kuba natychmiast się naprostował. Opiekun, obrońca już zaraz wszystko naprawi!

Kochanie, przesiądź się. Nie można, żeby Marię Leokadię przewiało przed zabiegiem! podniósł ją jak krzesełko bliżej siebie, gościnię posadził na zwolnionym miejscu.

Ja Kubusia od małego wychowywałam powiedziała nagle Maria. W pieluszki owijałam, taki był chłopczyk. Z jedzeniem miał problemy, marudny, ale potem się nauczył. Wymagający był.

Dobrochna zadrżała, Roman uśmiechnął się ironicznie.

A ty, młody człowieku, do lekcji rzuciła ochoczo. Kubuś zawsze rano odrabiał, żeby mu się w głowie lepiej układało. Wstała, wyniosła naczynia po Romanie, spojrzała na gospodynię. Ta tylko pokiwała głową.

Roman, dopijając herbatę już stojąc, burknął obrażony i wyszedł do siebie.

Maria podziękowała za śniadanie i zniknęła w swoim pokoju, prosząc Kubę po chwili, żeby przestawił jej telewizor.

Macie strasznie mało książek oznajmiła w korytarzu, kiedy odprowadzali Romana na boisko. Roman powinien czytać więcej klasyki, może Mickiewicza. Zabrałam ze sobą małą kolekcję. Wieczorem siądziemy i zobaczymy, czego młody nie wie.

Jasne, ciociu Maria. Bo tylko ten piłka i piłka, całkiem nieuk podchwycił Kuba, wcisnął Romanowi torbę ze strojem.

Wiedział, że Dziady Maria zawsze nosi ze sobą, kładzie na brzegu stolika w kawiarni i śpi obok nich. Czyta? Wielce wątpliwe. Ale z Dziadami wygląda na bardziej światową, wyedukowaną. Tak samo i do szpitala weźmie niech personel widzi, jaka artystka!

Pożegnali Romana, Kuba zniknął do pracy.

A pani, kiedy wychodzi? zapytała Dobrochna.

Ja? O, za godzinę. Tak, trzeba się zbierać. Powiedz mi, Dobrochno, czy Roman ma dziewczynę? Kubuś miał za czasów szkoły Ritę. Spolegliwa była, jak plastelinka. Wszystko zrobi, jak się jej każe Dobra taka? A psa powinniście zabierać z sofy! nagle zajrzała do jego pokoju. A jeszcze skrzynię na buty trzeba przesunąć, bo zaraz się o nią zabiję. O! Mówiłam! Maria zahaczyła nogą o półkę, zleciały buty i baleriny. Takich nie powinnaś nosić No nic, dziękuję za wszystko!

Maria pogładziła Dobrochnę po ramieniu i wślizgnęła się do windy.

Dobrochna jeszcze chwilę stała, po czym zatrzasnęła drzwi.

Mamo, co ona rozkazuje? Gustawa z sofy przegoniła, chociaż mu przecież wolno! marudził Roman, głaszcząc psa, który smętnie dumał.

Bo taka już jest. Lubi rządzić. Ale to chwilowe, Romanek, wytrzymaj

Dobrochnie było głupio przed synem, przed psem, że nagle jakby nie jest już panią we własnym domu, ale nie potrafiła się postawić. Jak tu przeciwstawić się kobiecie, która twojemu mężowi zmieniała pieluchy?!

Wieczorem Maria urządziła na kuchni produkcję gołąbków, wszystkim znalazła zajęcie, a Kuba aż się rozpływał z uprzejmości.

Ale to nic! W poniedziałek Maria nastawiła budzik, obudziła wszystkich bladym świtem, kazała robić poranną gimnastykę.

To kiedy masz ten zabieg? spytała w końcu Dobrochna, dysząc po bieganiu w miejscu. Maria profesjonalnie odpaliła timer na smartfonie, ćwiczyli według schematu czterdzieści-dziesięć. Pociły się wszyscy, poza Romanem.

Roman poległ po pierwszej serii, uciekł do szkoły. Kuba za to wytrwale walczył.

Dawaj, Dobrochno! Jeszcze trochę! dopingował żonę.

No to kiedy? powtórzyła pytanie Dobrochna.

Jutro. Jutro mnie kładą. Kuba, będziesz mnie odwiedzać? zapytała Maria smętnie.

To tylko dwa dni! Ten zabieg to pryszcz! zdziwił się Kuba, ale oczywiście przytaknął.

Poniedziałek nie był łatwy. Dobrochnie poodpadały lekcje dzieci chore, ktoś na działkę, ktoś nie chce jechać na Wawer, a u siebie nie przyjmie. Telefon dzwoni, gawrony drą się za oknem, Maria w swoim pokoju słucha Ireny Santor. Już nie ma dzikich plaż śpiewa z nią, tupie nogą. Przez matowe drzwi widać, jak się kręci do rytmu. Dobrochna przystanęła, poobserwowała, westchnęła…

Ona się denerwuje tłumaczył Kuba. Jak jest zestresowana, zawsze słucha Santor. To ją uspokaja.

Wieczorem, wykończona Dobrochna została wezwana przez Marię do Romanowego pokoju. Chciała poczytać mu Jankę Muzykanta, ale chłopak odmówił, gruchnął jej prosto w oczy, co myśli o lekturach, a i o nestorce w domu i o dziecięcych gościach. Maria aż zaniemówiła, Dobrochna wpadła z telefonem przy uchu tłumacząc, że już jadę sama do Białołęki, bo Andrzej nie może dojechać.

Nie! ryknęła Maria, wyrywając jej komórkę. Jeśli chcecie, by wasz syn wyrosły na człowieka, który umie mówić z największą specjalistką w logopedii mazowieckiej, to przywieźcie go natychmiast! Inaczej w przyszłości to on do was też nie będzie jeździł! Tyle mam do powiedzenia. Kim jestem? Sekretarka Dobrochny Pawłowskiej. Do widzenia!

Oddała komórkę, patrzyła za okno. Dobrochna poirytowana ciężko stąpała z nogi na nogę, aż w końcu nie wytrzymała. Nawet Roman przyszedł posłuchać.

Wie pani co, pani Mario Leokadio?! Proszę nie rozkazywać w naszym domu! Przestańmy z tą szkołą życia, gotowaniem gołąbków, przestawianiem szafek i krytyką konserw. Zostawmy Gustawa na sofie, a mnie przy moich puszkach, bo tak chcę! To moja praca, moja rodzina, moje zasady i moja decyzja! Mam nadzieję, że operacja pójdzie błyskawicznie i szybko wrócisz do siebie. Naprawdę na to liczę!

Roman aż bił brawo, Gustaw zaczął wyć ze szczęścia, a Maria odwróciła się od okna i uśmiechnęła.

Dobrochna aż zaniemówiła. Spodziewała się awantury, a tu…

I bardzo dobrze, Dobrochno. Nigdy, przenigdy nie daj sobie wejść na głowę, nie ulegaj, nie lękaj się powiedzieć nie jeśli nie chodzi o życie lub śmierć oczywiście. Jesteś fajna, tylko się bałam, że jesteś zbyt miękka, co zrobisz, byleby o tobie dobrze pomyśleli… Tak nie można. Mów prosto z mostu, to wszystkim ułatwia życie. Odważnie! Przepraszam, przegięłam. Zawsze byłam prowokatorką. Kuba wie… Nie gapić się na mnie tak! Stres przed operacją, wymiękam! Gustaw, dobry pies, mądry! pogłaskała futrzaka. Kto chce galaretkę? Mam pyszną domową z jabłek. Roman?

Roman wywrócił oczami. Już dawno podejrzewał, że kobiety są nieco dziwne, ale aż tak…

Zadzwonił dzwonek. Przywieziono pulchnego Andrzeja na zajęcia. Po lekcji też dostał kawałek galaretki, a mama przeprosiła Dobrochnę, żeby nie wykreślała ich z listy.

Czy mam się odezwać do pani sekretarki? szepnęła nieśmiało.

Nie, spokojnie. Dzielny chłopak.

Dobrochna porozumiewawczo mrugnęła do sekretarki…

Wieczorem, kiedy Kuba z Romanem zniknęli przy konsoli w salonie, Maria rozsiadła się w fotelu i opowiadała historię Kubusia, jak to darł tapety i kaszlał, potem prawie utopił się na stawie, a ona na brzuchu, czołgając się po lodzie, go wyciągała i poiła herbatą z miodem…

A ta jego Rytka wcale mi się nie podobała, podsumowała Maria Taka miękka dziewczyna. Nie lubię takich. I serwisu z makami mi nie żal. Na szczęście się roztrzaskał dzięki temu żyjecie jak w bajce. Kuba po prostu mnie lubi, wszystko mi wybacza A ty, Dobrochno, też mi wybacz. Dziękuję za gościnę. Jesteś fajną kobietą…

Galaretka topniała na talerzyku, za oknem robiło się ciemno, po niebie płynęła pomarańczowa smuga.

Czas już… westchnęła Maria. Na ósmą muszę być…

Kuba wtaszczył Marię do samochodu, zawiózł przez opustoszałe ulice. Dobrochna jechała obok, czując drobne drżenie przybyszki.

Zadzwonię wieczorem poprawiając jej płaszczyk, zapowiedziała Dobrochna. I bez dyskusji! A potem wracasz do nas.

Maria skinęła głową. Fajnie jest pomieszkać z młodymi, wesoło. A Roman naprawdę ciekawy, wybitnie zadziorny, zupełnie nie jak ojciec. Ale, jak sam mówi, taki ma mikroklimat i nie zamierza go zmieniać, choć analizować go lubi jak niktPo operacji Maria została jeszcze kilka dni w szpitalu, dochodząc do siebie szybciej, niż wszyscy się spodziewali. Kuba odwiedzał ją codziennie z naręczem gazet i mleczną kanapką, Dobrochna dzwoniła, podając sprawozdania z domu (Roman znowu nie chce czytać Mickiewicza, Gustaw spał na twoim fotelu, ja nie sprzątałam okien i wyobraź sobie świat się nie zawalił!). Nawet Urszula wysłała jej paczkę pierników na pokrzepienie.

Gdy wróciła do mieszkania, przygarnęli ją z czułością. Roman z dumą wręczył jej świeżo rozkwitły astr z doniczki balkonowej.

Specjalnie hodowałem na powrót cioci, żeby się dobrze zakorzeniła zażartował, a Maria rozpromieniła się szeroko.

Kilka dni minęło, jakby nigdy nic, a dom powoli wracał do swojego rytmu. Maria, już bez okulistycznych zakazów, pierwszy raz spojrzała przez wypucowane przez Dobrochnę okna i powiedziała:

No Teraz widzę naprawdę wasze życie.

Dobrochna przewróciła oczami, śmiejąc się: I co, bardzo straszne?

Przeciwnie Maria odpowiedziała po chwilowej refleksji, rozcierając w dłoniach filiżankę z herbatą. Ciepło tu. Ani słowa o gołąbkach.

Wieczorem, przy stole, Dobrochna nagle pomyślała, że może już nigdy nie będzie tak nerwowa, kiedy ktoś przekroczy próg. Może to właśnie jest jej porządek rozrzucone książki, ślady po psich łapach i galaretka jedzona prosto z talerza.

Kuba patrzył na nią z dumą, Maria rozdała każdemu po kawałku swojej niezwykłej galaretki, a Roman wrzucił Gustawowi ostatni ochłap spod stołu.

I tak w domu Dobrochny, Kuby i Romana zapadły nowe zasady: goście są tu od tego, by z nami żyć, nie tylko nas oceniać a rodzina, żeby się czasem postawić, czasem uśmiechnąć z przekory, a przede wszystkim być ze sobą naprawdę, nawet jeśli kurz na półce czy pies na sofie zostaną na zawsze.

Bo życie, choćby chwilowo przewiało je przez otwarte okno, zawsze wraca na swoje miejsce z nowym światłem, jeszcze bardziej domowe.

I to wystarczyło.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

12 + 15 =

Moje zasady