5 mieszkań w rodzinie, a my dalej wynajmujemy – jak to możliwe, że rodzice wolą zarabiać na nierucho…

W dusznym salonie naszej malutkiej kawalerki na Pradze, zmęczona rozkładam ręce, patrząc na męża Adama, który wraca z kolejnej nocnej zmiany. W powietrzu unosi się zapach taniej kawy i pył z ulicy, a ja nawet nie mam siły marzyć o własnym kącie. Pięć mieszkań w naszej rodzinie pięć, a my płacimy co miesiąc ponad dwa tysiące złotych za wynajem tej klitki. Absurd? Już nawet przestało mnie to złościć. Stało się codziennością.

Teściowie, czyli rodzice Adama, mają własne mieszkanie na Ochocie, a do tego jeszcze dwa inne: jedno na Mokotowie, drugie na Bemowie. Oczywiście każde z nich wynajmują, chodzą przy tym zadowoleni, śmiejąc się: My na wszystko sami zarobiliśmy, to wy też musicie! Zapomnieli, że kiedyś, tu w Warszawie, można było dostać mieszkanie od państwa, a praca w Hucie Warszawa czy FSO naprawdę otwierała drzwi do swojego lokum. Dzisiaj nawet na chleb czasem brakuje, odkładać na zakup mieszkania to jak bajka dla naiwnych.

Moi rodzice? Też niewiele lepsi. Po śmierci mojej babci, Heleny, jej mieszkanie w Śródmieściu zostało przepisane na mnie, ale miałam wtedy ledwie dziesięć lat. Do mojej pełnoletności, rodzice Jolanta i Wojciech wynajmowali je obcym, a teraz, gdy mam już dwadzieścia sześć, nie chcą zrezygnować z łatwych pieniędzy. Ich zachłanność jest wręcz upokarzająca. Tyle razy prosiłam, tłumaczyłam dla nich liczy się tylko lokata i kolejne kilkaset złotych co miesiąc.

Żyjemy z Adamem z miesiąca na miesiąc w tej kawalerce. Moja wypłata z przedszkola ledwo wystarczała, teraz na urlopie macierzyńskim muszę dławić się wyrzutami sumienia, gdy kupuję tańsze jabłka zamiast egzotycznych owoców dla naszej córeczki Zosi. Adam haruje jak wół od świtu do nocy, magazyn i ochrona, żeby tylko jakoś przeżyć. Studiów nie skończył po technikum od razu trafił do wojska, potem się poznaliśmy. Nigdy nie było czasu ani pieniędzy.

Najbardziej boli mnie to, że mama Jolanta co tydzień dzwoni, żebym doradziła jej w wyborze spódnicy czy nowej torebki. Mnie w tym czasie dosłownie nie stać na kolejną paczkę witamin czy porządną herbatę, a ona wymaga, byśmy byli niezależni i najlepiej jeszcze jej pomagali finansowo, bo razem z ojcem marzy im się podróż na Majorkę czy do Wenecji.

Teściowie i moi rodzice mają wszystko, nawet więcej niż potrzebują, a i tak nie widzą powodu, by ułatwić życie własnym dzieciom. Nie wymagam od nich poświęceń, ale gdy wsparcie nie kosztuje ich nic, dlaczego nie potrafią podać nam ręki? Nigdy tego nie pojmę. Przysięgam sobie, że dla Zosi zrobię wszystko inaczej. Dla niej i dla przyszłych dzieci oddałabym wszystko, nawet ostatnią złotówkę.

Stare przyjaciółki i znajomi Adama pocieszają nas: Spokojnie, kiedyś wszystko odziedziczycie. Ale ja już nie liczę na ten spadek. Niech zatrzymają sobie te mieszkania, zaciągną je do grobu. W moich oczach stracili wszystko, co najważniejsze zaufanie i serce.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

4 × 1 =

5 mieszkań w rodzinie, a my dalej wynajmujemy – jak to możliwe, że rodzice wolą zarabiać na nierucho…