Zgubić człowieka

-Cześć, Elu. Wychodzę – powiedział Andrzej, chrząknąwszy, cichym, obcym sobie głosem.
-Do garażu, tak? – burknęła Ela odruchowo, rzucając mu przelotne spojrzenie.
-Nie, Ela. Odchodzę od ciebie. Do innej kobiety…

Niedokończony ziemniak wypadł jej z ręki i z entuzjazmem potoczył się pod stół. Ela przez chwilę patrzyła za nim, próbując zrozumieć, co właśnie usłyszała. Potem gwałtownie się odwróciła i spojrzała Andrzejowi prosto w twarz. W końcu dotarł do niej sens jego słów. Z zewnątrz wyglądała na spokojną, jak klif nad Bałtykiem w czasie bezwietrznej pogody. W środku jednak rozpętała się lawina uczuć, która zmiotła wszystko miłość, radość, niewypowiedziane marzenia…

-A kto to jest, ta kobieta? – zapytała Ela, robiąc wszystko, by nie wrzasnąć i nie rzucić się na niego z pięściami.
-Nie znasz jej, Ela. Ale ona… ona Między nami wszystko jest prawdziwe, rozumiesz? Rozumiemy się bez słów, łączy nas wiele. Naprawdę wiele! – mówił Andrzej z zachwytem, a Ela w myślach wpychała mu obieraczkę do warzyw w plecy, czerpiąc z tego satysfakcję…
-No, wygląda na to, że w końcu znalazłeś swoje szczęście. Gratuluję – rzuciła, chowając obieraczkę pod bieżącą wodę skończyła już z ziemniakami. I nie musisz mi mówić ze szczegółami, nie obchodzą mnie. Idź. Jesteś wolny. Na obiad cię nie zapraszam, pewnie już cię wyczekują…

Andrzej pociągnął nosem, czy to z ulgi, czy z nadmiaru emocji, i poszedł pakować rzeczy do sypialni. Ela, by nie upaść, chwyciła się kurczowo zlewu, patrząc na zbielałe od uścisku palce. Marzyła tylko o dwóch rzeczach by się nie przewrócić i by Andrzej odszedł jak najszybciej…

-No to idę już, dobrze? – rzucił Andrzej, ostrożnie cofając się w kierunku drzwi. Ela spojrzała na niego. Jej twarz była spokojna, a może nawet pogodzona. On był lekko zaskoczony, spodziewał się łez, pretensji, a dostał zupełną obojętność. Mruknął coś pod nosem i wyszedł z kuchni.

Ela poczekała na odgłos zamknięcia drzwi wejściowych, po czym bezsilnie osunęła się na podłogę. Zaciskając zęby w rękę, by nie krzyczeć, wyła cicho, jak zranione zwierzę, które już nie wierzy, że kiedykolwiek będzie inaczej. Dopiero po trzech godzinach, opuchnięta od płaczu, wczołgała się do sypialni i padła na łóżko w ubraniu. Świat stracił kolory…

…Obudziła się w środku nocy. Zalała ją fala wspomnień. Przypomniała sobie, jak się poznali. Ona, młodziutka, nieobyta, przyjechała po studiach do małego miasteczka właśnie do Chojnic, gdzie zaczęła pracować i gdzie w pierwszy weekend z koleżankami poszły na zabawę. Wtedy zobaczyła Andrzeja. Stał z grupą miejscowych chłopaków, którzy pilnowali porządku w parku.

Wysoki, szeroki w barach, z uśmiechem od ucha do ucha, Andrzej wyróżniał się spośród innych pewnością siebie i odrobinę łobuzerskim wdziękiem. Ela spojrzała raz i przepadła. On zaś patrzył na nią z lekkim przymrużeniem oka, też mu się spodobała ta szczupła, błękitnooka dziewczyna. Szybko się zgadali, że odprowadzi ją do domu. I już od tego wieczoru byli nierozłączni…

Spotykali się niemal codziennie. Po trzech miesiącach złożyli papiery w urzędzie stanu cywilnego. Latem odbyło się wielkie, młodzieżowe wesele. Na początku mieszkali w akademiku. Potem, gdy Ela urodziła pierwszego syna, dostali dwupokojowe mieszkanie od miasta. Nie posiadali się ze szczęścia. Kochali się naprawdę, rozumieli bez słów spojrzeniem, gestem, milczeniem. Najdziwniejsze było to, że przez lata nigdy się nie kłócili. Tak się czasem zdarza, gdy para do siebie pasuje jak puzzle plus i minus, ying i yang…

W zeszłym tygodniu minęło dokładnie trzydzieści sześć lat ich małżeństwa. Najgorsze jest to, że trzydziestej siódmej rocznicy pewnie już nie będzie Na tę myśl znów łzy popłynęły z oczu Eli, ciche, gorzkie, pełne żalu za straconą miłością i latami szczęścia…

Poranek był pochmurny, jak nastrój Eli. Ale trzeba było wstać dom duży, gospodarstwo wymagało uwagi. Wypiła herbatę z cukrem, więcej nic nie przełknęła. Wzięła się do pracy. Posprzątała, nakarmiła kury, wypuściła kozę na wybieg, umyła podłogi i naczynia zostawione wczoraj. Robiła wszystko z zapamiętaniem, żeby tylko nie myśleć o tym najgorszym. Pozostała jeszcze jedna trudna sprawa jak powiadomić o wszystkim dzieci: syna Wojtka i córkę Zosię. Zdecydowała się dopiero koło obiadu.

-Mamo, czy on zwariował? Co znaczy, że znalazł inną? Jaką inną? To żarty? Może mamy natychmiast przyjechać? – mówiła przez telefon zaniepokojona Zosia.
-Nie, Zośka, nie przyjeżdżajcie! Jesteś przecież na finiszu z ciążą, niepotrzebne ci takie stresy. Poradzę sobie. To nie koniec świata.
Syn Wojtek reagował bardziej porywczo. Przez chwilę sypał przekleństwami, aż Ela musiała go uciszyć, żeby nie obrażał ojca różnie człowieka w życiu nosi. Umówili się, że Wojtek przyjedzie w weekend…

Po rozmowie z dziećmi Ela poczuła trochę ulgę. Przechodząc koło lustra w przedpokoju, złapała swoje spojrzenie i zastygła. Patrzyła na siebie kobietę przy kości, w podomce, bez makijażu i fryzury, z zapuchniętymi oczami.

-No nic dziwnego, że znalazł sobie młódkę. Spójrz tylko, jak wyglądam. Gruba, bez manikiuru, bez makijażu. Ona pewnie piękna, ja zapomniałam o sobie przez dzieci, męża i wnuki. A drugie miejsce dla kur i warzywnika Eh powiedziała do swojego odbicia Ela i westchnęła, wyobrażając sobie tę młodszą kobietę i Andrzeja…

Przypomniała sobie ostatni rok ich wspólnego życia. Dopiero teraz zrozumiała wiele. Ten rok był nerwowy ciążą Zosi, narodziny wnuczka u Wojtka, nieustanny zamęt, kłopoty w gospodarstwie. Wszystko to zajmowało mnóstwo czasu, dla Andrzeja go brakowało. Wracał z pracy, jadł kolację sam bo Ela była przy wnukach. I wtedy znalazł czas na nowe uczucie. Wspominała, jak oddalali się od siebie, a ona, zajęta codziennością, nie zauważała tego. Albo nie chciała widzieć…

…Mijały dni, potem tygodnie. Życie bez Andrzeja na początku bolało. Później było odrobinę łatwiej. Prosiła dzieci, żeby nie odwracali się od ojca wszak dziadkiem i tatą był dobrym, wnuki kochał. Obiecali się zastanowić. Ela uznała, że to już coś. Po pół roku trochę się uspokoiła. Czasu na rozpacz nie miała. Wszystko spadło na jej barki dom, praca, pomoc dzieciom. Choć emerytka, to podjęła się jeszcze pracy dorywczej. Schudła, zmieniła fryzurę, zadbała o siebie. Uśmiech, jej największa ozdoba, wrócił na twarz. Co miała zrobić? Trzeba żyć dalej.

Pół roku później zadzwonił telefon z nieznanego numeru. Po drugiej stronie usłyszała głos nieco zapomniany, a jednak bliski.

-Eluniu, kochana moja Wybacz, przyjmij mnie z powrotem. Ja nie mogę bez ciebie. Te pierwsze dwa miesiące żyłem jak we mgle, a potem Za każdym razem, gdy zamykam oczy widzę ciebie. Wpuścisz mnie jeszcze, co? błagał Andrzej.

-Nie wpuszczę. Wracaj do tej swojej młodej. Wam przecież tak dużo wspólnego. Ja i bez ciebie nie zginę. ucięła Ela i rozłączyła się.

Od tego czasu wieczorami dzwonił Andrzej i próbował przebłagać ją ciepłymi słowami.

-Ela, przecież my już nie młodzi. Co nam dzielić na stare lata? Szatan mnie podkusił, każdemu się może zdarzyć. Kocham cię, kocham naszą rodzinę. Wojtka, Zosię i wnuki. Chcę być z wami.
-To co ci szkodzi, Andrzej? Dzieci kochaj, wnuki też. One przecież o tobie nie zapomniały. A beze mnie dasz radę. Tego, co się potłukło, nie sklei się do końca. Tyle ucinała Ela zdecydowanie.
Dzieci, które początkowo miały żal do ojca, po pewnym czasie stały po stronie Andrzeja.

-Mamo, tata bardzo za tobą tęskni. Widać, że żałuje. Może byś mu wybaczyła? prosiła często Zosia.
-No, mamo. Daj sobie z nim szansę. Przecież go kochasz. wtórował siostrze Wojtek.
-Nie ma mowy. Nie proście już więcej. Nie umiałabym z nim żyć po tym wszystkim. Cały czas bym pamiętała, jak mnie zdradził.
Tak Ela żyła. Pracowała, ogarniała dom, zajmowała się dziećmi i wnukami. Wszystko bez Andrzeja.

A Andrzej rozstał się ze swoją nową, tą, z którą go niby tyle łączyło. Zamieszkał u swojej starej mamy. Tęsknił za Elą, żałował swoich decyzji, wspominał lata, które spędzili razem. Ale na naprawę wydawało się za późno. Musiał z tym żyć…

Aż pewnego dnia podjął decyzję. Podejdzie pod dom Eli, padnie jej do stóp, będzie błagał o przebaczenie. Może się zlituje, może zechce dać kolejną szansę. A jak nie przynajmniej ją zobaczy.

Ubrał się porządnie i ruszył w drogę. Dojechał do miejscowości, zapukał do drzwi. Nikt nie otwierał. Ela była wtedy na nocnej zmianie. Puknął jeszcze raz, potem usiadł na ławce na werandzie z zamiarem poczekania. Po chwili zasnął jak dziecko pierwszy raz od dawna taki mocny sen. Może to powrót do rodzinnych ścian go tak uspokoił, a może zwyczajnie był wykończony.

Nad ranem Ela wróciła do domu. I zaskoczenie na ławce leżał Andrzej. Wyglądało, jakby przestał oddychać, twarz miał w blasku księżyca strasznie blada. Szturchnęła go ręką zero reakcji. Potrząsnęła nadal nic. W końcu zaczęła go mocniej szarpać.

-O mój Boże, o Boże kochany… Andrzeju, kochany mój, na kogoś ty mnie zostawił, jak ja mam teraz żyć… jęknęła Ela, rzucając się mu na pierś…
I nagle on chwycił ją za ramiona i zaczął całować.
-A więc jednak kochasz… Ja ciebie też kocham, Eluniu. Wybacz mi, żono. Bez ciebie nie potrafię. padł przed nią na kolana, skrywając twarz w dłoniach…
-A ty łotrze! Bez wstydu! Ela zaczęła go okładać po plecach Naprawdę myślałam, że umarłeś. Że wróciłeś tu się pożegnać. Wyhasałeś się, co? No to teraz cię dopadłam…
…I tak pogodzili się Ela z Andrzejem i zaczęli żyć na nowo lepiej niż wcześniej. Pokochali się na nowo, mocniej i dojrzalej. Bo zrozumieli, jak to jest naprawdę stracić bliskiego człowieka. I jeszcze, że czasem warto wybaczać. Duma nie zawsze pomaga. Nawet jeśli ktoś zawinił bardzo, można w sercu znaleźć dla niego małe miejsce. I, co ważniejsze doceniać i pielęgnować to, co mamy dziś, nie rozpamiętywać utraconego szczęścia. Taka to historia z dobrym zakończeniem.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

20 − jeden =

Zgubić człowieka