Z urlopu Igor nie wrócił — Czemu twój nie pisze, nie dzwoni? — Nie, Wera, ani na dziewiąty, ani …

Z urlopu Janusz nie wrócił

Co, twój się nie odzywa, nie dzwoni?
Nie, Weroniko, ani na dziewiąty dzień, ani na czterdziesty żaden znak życia, żartowała Krystyna, poprawiając służbowy fartuch na szerokich biodrach.
To może się zabawił albo coś się stało… współczująco kiwała głową sąsiadka. No czekaj, czekaj. Policja też nic nie mówi?
Wszyscy milczą, Weroniczko, jak ryby w Wiśle.
Ot, taki los.
Ten temat był Krystynie bardzo niewygodny. Wzięła miotłę do drugiej ręki i zaczęła zamiatać opadłe liście przed swoim domem. Trwała uporczywa, szara jesień 1988 roku. Świeżo zamieciona ścieżka błyskawicznie pokrywała się nowymi liśćmi, Krystyna odwracała się na pięcie i zamiatała je dalej.

Trzy lata temu przeszła na emeryturę Krystyna Górska i cieszyła się spokojem należnym za lata pracy. Ale w zeszłym miesiącu musiała podjąć się pracy jako dozorczyni w miejscowej spółdzielni mieszkaniowej pieniędzy zaczęło brakować, a innej pracy szybko nie znalazła.
Żyli jak zwykła polska rodzina. Bez szału, bez tragedii jak u wszystkich. Pracowali, wychowywali syna. Mąż Krystyny nie pił na umór, raczej tylko od święta, w pracy go szanowano solidny był, przykładał się. Do kobiet się nie oglądał. Sama całe życie przepracowała w szpitalu jako pielęgniarka, nawet nagrody miała na koncie.

Mąż pojechał na wypoczynek nad Bałtyk i nie wrócił. Krystyna nie od razu się zaniepokoiła nie dzwoni? To pewnie dobrze się bawi, odpoczywa. Ale gdy w ustalony dzień nie zajechał do domu, zaczęła szukać po szpitalach, zadzwoniła na policję, nawet do prosektorium się doprosiła.
Synowi do jednostki wojskowej najpierw wysłała depeszę, że ojciec zaginął, później się dodzwoniła. Wspólnym wysiłkiem ustalili z hotelu się wymeldował, ale do pociągu nie wsiadł. Zaginął. I znów od początku: szpitale, kostnice.
W pracy męża tylko rozkładali ręce: naszym zadaniem było dać dobremu pracownikowi wczasy, to zrobiliśmy, a w rodzinne sprawy się nie mieszamy. Nie stawi się do pracy, to zwolnimy za nieobecność.

Matka rwała się jechać na miejsce osobiście, ale syn przekonał ją:
Gdzie ty go będziesz tam szukać? Ja mam niedługo wolny tydzień, jak dadzą przepustkę, pojadę. W mundurze, będzie mi łatwiej jako wojskowemu.
Krystyna trochę się uspokoiła, próbowała ciągle mieć coś do roboty, by nie dopuszczać złych myśli. Na policji bywała już jak w pracy, ale spokojniej teraz, bez nerwów; żadnych wieści. Zresztą, i do zamiatania poszła przez ten zamęt. Póki się zamiata i obraca wśród ludzi, łatwiej znieść cały ciężar bólu. Wieczorami ryczała w poduszkę. Winiła siebie i los za to, że na starość dostała takie doświadczenie do przeżycia. Najgorsza była niepewność.

Janusz pojawił się przed Krystyną nagle, tak samo jak zniknął.
Stał w tym samym, granatowym garniturze, w którym wyjeżdżał nad morze. Bez torby, bez walizki. Stał, z podniesionym kołnierzem marynarki, ręce w kieszeniach spodni i patrzył, jak Krystyna usilnie zamiata podwórko.
Początkowo nawet go nie zauważyła i nie wiedziała ile tam stoi, dopóki syn jej nie zawołał.
Janusz, Piotrek… Krystyna rzuciła miotłę i pobiegła.
Rozłożyła ręce jak ptak wracający do gniazda i z rozpędu wpadła mężowi w ramiona, objęła mocno.
Janusz nie od razu, ale objął ją także.
Chodźcie do domu, a oni się tu ściskają syn był wyraźnie nie w humorze. Matka usłyszała to w jego głosie, w surowym kroku.
Piotruś, daj się uściskać, od wiosny cię nie widziałam matka dogoniła syna.
No hej, hej, chodźmy, zimno jest.
Czemu nie zadzwoniłeś, mogłabym posprzątać, coś ugotować.
Mamo, przecież nie na schabowego przyjechałem. Obiecałem i jestem.
Żona spojrzała na męża, potem na syna. Przeżyła przez te miesiące tyle, że czuła się jak we mgle. Żywy, cały. Marzyła tylko o tym, by nie wypytywać i nie żądać wyjaśnień, tylko nakarmić, napoić i dać im odpocząć. Janusz siedział cicho.
Mamo, usiądź na chwilę.
Ale Krystyna krzątała się w kuchni, hałasowała talerzami i filiżankami.
Mamo, znalazłem tatę u innej kobiety.
Krystyna odwróciła się do syna i spojrzała na męża. Ten siedział przy stole, ręce złożone na kolanach, głowa spuszczona. Wyglądał jak przyłapany na gorącym uczynku dzieciak, chudy i ponury, nie chcący przyznać się do winy.
U jakiej innej? O co tu chodzi, Janusz?
Wszystko, co sobie Krystyna wyobrażała, to że spotkała męża jakaś bieda: okradli, nie ma na bilet, może pobity, błąka się po miastach, szuka kąta, jedzenia.
Nie wrócił do domu, tylko został u Zofii Zawadzkiej, w jej domku nad morzem. Nie chciał wracać.
Krystyna patrzyła na męża i mrugała ze zdumienia.
Jak to nie chciał?
Po prostu nie chciałem. Zrozumiałem, że źle żyję, zaczął mąż podnosząc głos. Zrozumiałem, że nie dostaję od życia tego, czego bym chciał. Praca dom praca dom. Ogródek w weekendy. A wolności nie ma.
No tak, wolności mu się zachciało! Krystyna aż poczerwieniała z gniewu.
I po co go tu przyprowadziłeś, synu? rzuciła przez zęby. Chciałeś mnie upokorzyć? Lepiej by było, gdybyś powiedział, że jest w prosektorium, byłoby uczciwiej. Ja tu oczy wypłakałam, a on sobie w domku nad morzem…
Wiesz, Krystyno… Może chciałem zacząć nowe życie.
Nie, Janusz, nie nowe życie, tylko słońce ci już tak przygrzało, że zostawiłeś wszystko i jak ostatni tchórz schowałeś się u innej baby. Porządny facet by wrócił, rozwiódł się, a dopiero potem szukał nowego początku. W pierwszej kolejności byłby uczciwy wobec innych, a potem ze sobą. Nie chcę cię widzieć, wyjdź!
Janusz wstał i przeszedł przez przedpokój do pokoju.
Nie, odejdź tak, jak stałeś! Jakby cię tu nie było! Nie mogę, nie chcę! krzyczała Krystyna, cała gotowa wpaść w histerię.
Tata, idź już Piotrek pojawił się w korytarzu.
Znowu Krystyna zobaczyła Janusza po dwóch tygodniach.
Ruchami z przyzwyczajenia zamiatała ścieżkę, zgarniała wodę po deszczu na jezdnię. Stał przy rogu domu, w jakimś znoszonym płaszczu i śmiesznej czapce.
Krystyna zawołał, a potem powtórzył głośniej.
Podniosła głowę, spojrzała na niego bez życia. On jakby połamał jej ręce i nogi, a jednak czuła, że mogłaby mu wybaczyć, choć już nie podejdzie, nie obejmie.
Janusz sam zbliżył się do niej.
Zostałem, znowu się zatrudniłem w fabryce. Brygadzistą mnie nie chcieli, ale przyjęli na zwykłego robotnika. Wpuścisz mnie do domu?
Oparła się na miotle i spojrzała na niego:
A wpuszczę! Trzeba szybko składać papiery na rozwód.
Nie wybaczyłaś? Rozumiem.
Skoro rozumiesz, to po co przyszedłeś?
Jak wyjeżdżałem, Zofia powiedziała mi, że jeśli wsiądziesz do pociągu, to nie wpuszczę cię z powrotem. No i wróciłem, Krystyno.
Ha, ha, ha. Ani tam, ani tu nie jesteś nikomu potrzebny, Janusz. To syn cię zmusił do powrotu i tylko dlatego się zjawiłeś. Zrób, co chcesz. Ja mam tu robotę. Przestań deptać chodnik, i Krystyna kilka razy przeszła miotłą po jego butach.
Odwróciła się i z całą złością zaczęła zamiatać ścieżkę dalej. Po kilku minutach spojrzała przez ramię. Janusza już nie było. Nawet odetchnęła z ulgą, jakby ciężar jej spadł z barków. Bała się, że zostanie, a ona mu wybaczy… Często właśnie tych, co ranią najbardziej, najbardziej się potem broni.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

9 + szesnaście =

Z urlopu Igor nie wrócił — Czemu twój nie pisze, nie dzwoni? — Nie, Wera, ani na dziewiąty, ani …