Szłam przez mglisty korytarz pełen skrzypiących drzwi. Wszystko wydawało się nieco zamglone i nierealne, ale wiedziałam, że to dom, w którym mieszkam z mężem, Krzysztofem. Nagle pojawiła się tam jego siostra, Dorota, która przyjechała z wakacji w Zakopanem podczas gdy my od miesięcy tapetowaliśmy, malowaliśmy i wdychaliśmy zapach świeżego kleju.
Na początku zaproponowałam, żebyśmy razem z Dorotą dołożyli się do remontu starego domu po babci Krzysztofa. Ale Dorota od razu odparła, że nie chce, że jej ten dom niepotrzebny. A teraz nagle puk, puk prosi, żeby zamieszkać z nami, bo jej połowa domu cieknie i nie ma ciepłej wody. Sama jest sobie winna!
Dom stał w małej wsi pod Warszawą, miał dwie wejścia i można go było spokojnie podzielić na dwa światy. Ogród i sad za domem były wspólne. Pokojów w obu połówkach było tyle samo dziwnie symetryczne, jak w śnie, gdzie wszystko się dubluje.
Podział spadku odbył się, gdy już byliśmy po ślubie. Zebraliśmy całą rodzinę przy stole obitym ceratą w drobne maki. Teściowa od razu zrezygnowała z własności miasto ją rozpieściło. Powiedziała dzieciom: róbcie, co chcecie.
Krzysztof z mężem Doroty połatali dach, fundamenty. Chcieliśmy remontować dalej, ale Dorota krzyczała, że nie zainwestuje ani złotówki w ten „domek na kurzej łapce”. Jej mąż spuścił głowę i wyszedł, bo nie śmiał się sprzeciwiać.
My wymarzyliśmy sobie prawdziwy dom. Prowincja, własny samochód wszystko miało być łatwe, choć oddychało się kurzem i pyłem. W mieszkaniu na Ursynowie dusiliśmy się jak sardynki. Dom od zera kosztowałby fortunę, więc wzięliśmy ten rodzinny.
Dla Doroty to była willa na lato. Mogła tu wpadać podczas upałów, robić ogniska i grillować kiełbaski, popijać kompot z truskawek. Ostrzegała tylko: Nie liczcie na mnie.
Przez cztery lata, kupując farby na raty i biorąc kredyt złotówkowy, wyremontowaliśmy całą naszą połowę. Zrobiliśmy łazienkę, zamontowaliśmy ogrzewanie, wymieniliśmy kable i okna, odmalowaliśmy balkon. Czuliśmy się, jakby dzień bez pracy był nierealny dom śnił się nam nawet po nocach.
Dorota miała czas na wszystko, tylko nie na dom. Jeździła po Europie, wrzucała zdjęcia znad morza. Później urodziła dziecko, został jej tylko urlop macierzyński i coraz mniejsze oszczędności. Wtedy sobie przypomniała o domu dla dziecka to raj: bieganie boso w trawie, zabawa pod starą czereśnią.
Gdy my już na dobre zamieszkaliśmy u siebie, a mieszkanie w Warszawie wynajmowaliśmy, połowa Doroty gnije i cuchnie. Ona przyjeżdża z walizką, prosi, żeby przenocować tydzień, bo u niej zimno i nie ma łazienki. Wpuściłam ją nie miałam sumienia odmówić.
Jej synek, Mikołaj, rozrzucał zabawki, krzyczał, a Dorota zachowywała się jak na własnych włościach, nie zważając na nic. Ja pracuję zdalnie hałas był nie do wytrzymania, więc na chwilę uciekłam do koleżanki, Magdy, która wtedy wyjechała i potrzebowała kogoś, kto dopilnuje jej kota.
Miesiąc później wróciłam i zastałam Dorotę na kanapie z herbatą i nogami na stole. Zapytałam, kiedy wyjedzie.
A gdzie mam pójść? Z małym dzieckiem mi tu dobrze powiedziała spokojnie.
Jutro cię wieziemy do Warszawy odpowiedziałam.
Nie chcę wracać.
Nawet nie sprzątnęłaś po sobie ani razu. To nie hotel, wracaj do siebie!
Jakim prawem mnie wyrzucasz? To też mój dom!
Twój dom jest po drugiej stronie ściany. Idź tam.
Podburzała męża przeciwko mnie, ale i on w końcu się zbuntował. Dorota się obraziła, zabrała plecak i wyszła, trzaskając drzwiami aż zadrżały wszystkie ściany.
Chwilę później odebrałam telefon od teściowej.
Nie miałaś prawa jej wyrzucać, to jej własność! syknęła przez słuchawkę.
Może być u siebie, tam jest panią odparł Krzysztof.
I jak tam zamieszkać z dzieckiem? Brak ogrzewania, kibelek na zewnątrz! Powinniście zająć się siostrą żaliła się teściowa.
Krzysztof zagotował się:
Proponowaliśmy jej wspólny remont, byłby tańszy, wszystko byśmy zrobili! Odmówiła. Czemu wszyscy teraz mają pretensje do nas?
Zaproponowaliśmy Dorocie, żeby oddała swój kawałek mojej mamie może ona go wykupi? Dorota zażyczyła sobie cenę, za którą można by postawić nowy, luksusowy dom pod Warszawą. Nie przystaliśmy na to to był absurd.
Teraz kłócimy się bez końca. Teściowa wiecznie rozżalona, Dorota kąśliwa jak osa. Odwiedzają rzadko, ale jak przyjadą, robią awantury, niszczą meble w ogrodzie i urządzają schadzki.
Zaczęliśmy budować płot taki prawdziwy, z metalowych sztachet, przez który nie przejdzie nawet wiatr. Nie było już miejsca na kompromisy. To Dorota sprowadziła nas do tego absurdu w tym domu, który śni się tylko w najdziwniejszych snach.


