Upał. Katarzyna
Wojtek i Zuzanna pobrali się dopiero dwa lata po tym, jak się poznali.
Do swojego szczęścia szli bardzo ostrożnie, niemal na palcach, ważąc każde słowo i krok. To łatwo zrozumieć. Po wcześniejszych rozczarowaniach i bólu wiedzieli, że uczucia bywają zwodnicze, a miłość nie zawsze przychodzi od razu i nie zawsze na całe życie. Starali się zrozumieć, czy ta nowa więź, zrodzona na ruinach starych przeżyć, zasługuje na ich zaufanie.
Pani Anna, matka Wojtka, również milczała. Nie chciała zapeszać przemiany syna, którego nie poznawała po latach. Wyprostowane plecy, błysk w oku na randki szykował się, jakby w każdej chwili gotów był stanąć na ślubnym kobiercu.
Wojtek przedstawił Zuzannę mamie niemal od razu. Anna z niepokojem przyglądała się potencjalnej synowej, ale nie znalazła w niej niczego, co mogłoby przypomnieć Wojtkowi o Ewie tej, z którą kiedyś połączyła go bolesna historia. Zuzanna nawet nie chciała się przeprowadzić do niego przed ślubem.
Nie, Wojtek. To niepotrzebne. Pani Teresa (opiekunka Zuzanny) by tego nie zrozumiała, a jej zdanie jest dla mnie ważne. Dużo mi pomogła i jest chora. Potrzebuje wsparcia. Po co się spieszyć? tłumaczyła.
Wojtek musiał się z tym pogodzić, ale nie przeszkodziło to w ich relacji. Przeciwnie ich narzeczeństwo nieco się przeciągnęło, ale dzięki temu lepiej się poznali.
Do domu Anny Zuzanna wprowadziła się dopiero chwilę przed ślubem i to z powodu bardzo smutnego wydarzenia.
Odeszła pani Teresa.
Długo chorowała na serce. Zuzanna prowadzała ją po lekarzach, zwolniła z domowych obowiązków, starała się, jak mogła, ale można było tylko przedłużać to, co nieuniknione. Pewnego dnia, wracając z pracy, Zuzanna zobaczyła panią Teresę siedzącą w ulubionej altance i trzymającą w ręku list od wnuka. Jeszcze nie rozumiejąc, co się stało, zawołała ją raz, potem drugi Dopiero podchodząc, zdała sobie sprawę, że pani Teresa już nie oddycha.
Pogotowie nic nie mogło zrobić.
Dzwoniła do Wojtka i do synów pani Teresy, a potem długo płakała przy wspomnieniach: wieczory na brzegu Wisły, wspólne gotowanie konfitur w małej letniej kuchni i śpiewanie piosenek. Jak pani Teresa ją przyjęła bez pytań i ciekawości, kiedy Zuzanna najbardziej potrzebowała pomocy, a nie było skąd jej wziąć.
Dziękuję… szepnęła raz po raz, wdzięczna tej, która pierwsza podała jej rękę i otworzyła serce w najtrudniejszym czasie.
Synowie Teresy przyjechali z rodzinami już następnego dnia. Starszy z nich, kiedy wszystkie formalności były już załatwione, wziął Zuzannę na stronę.
Mama chciała, żeby część domu została dla ciebie. Chciała, byś tu mieszkała i dbała o wszystko, bo żaden z nas nie zamierza się przenosić tutaj na stałe. Jest testament. Nie mamy nic przeciwko, jeśli przyjmiesz ten zapis. Gdyby nie ty, mama byłaby tu zupełnie sama. Jesteśmy ci wdzięczni.
Nie, pokręciła głową Zuzanna. To wasz dom. Jeśli trzeba się nim zająć zrobię to. Ale dziedziczyć powinniście wy z bratem. Wasza mama bardzo was kochała.
Wiem…
Zostało jak było. Zuzanna znalazła w końcu lokatorów, którzy wynajęli dom na stałe, a sama utrzymywała kontakt z rodziną Teresy, szczególnie latem, gdy przyjeżdżali odpocząć.
Właśnie jedna z synowych pani Teresy pomogła Zuzannie, kiedy ta pół roku po ślubie trafiła do szpitala.
Ciąża pozamaciczna. Proszę się w końcu zająć zdrowiem! lekarz, który operował Zuzannę, pomachał jej ostrzegawczo palcem. Dobrze, że była przy pani mama! Bo mogłoby się źle skończyć!
To teściowa. Ale i tak mama…
Najważniejsze, że była. Miała pani wcześniej podobne kłopoty?
Tak…
Jeżeli chcecie mieć dzieci, konieczne są badania i leczenie powodu tych problemów. Inaczej, obawiam się, zostaje tylko in vitro.
Rozumiem…
Nie płakała. Łzy zostawiła na później. Teraz liczyło się, co dalej i jak naprawić sytuację. Bardzo chciała mieć z Wojtkiem dzieci momentami stawało się to wręcz obsesją.
Powstrzymała ją Anna.
Zuzia, możemy pogadać? weszła wieczorem, gdy Wojtek był służbowo w Krakowie.
Młodzi mieszkali już wtedy osobno prawie zaraz po ślubie kupili swoje małe mieszkanie. Wojtek dobrze sobie radził, firmę prowadził z sukcesami, a Anna znów zaczęła myśleć, by szukać domku i otworzyć pensjonat.
Rodzice Zuzanny chcieli dorzucić się do mieszkania, ale Wojtek się uparł.
Zuzia, poradzimy sobie sami, dobrze? Zawsze się cieszę na wizytę twoich rodziców, ale mieszkanie dla nas chce kupić sam.
Zuzanna nie dyskutowała. Przekazała to ojcu, który z szacunkiem uścisnął zięciowi dłoń.
Szacun! Twoja mama ma powód być dumna, chłopaku.
Anna pochwaliła decyzję syna. Tak samo jak to, że nie chcieli zwlekać z dziećmi.
Ale gdy widziała smutek na czole syna i niepokój w oczach Zuzanny, biegającą od kliniki do kliniki, postanowiła przemówić dziewczynie do rozsądku martwiła się o ich szczęście.
Zuziu, nie obraź się, ale muszę zapytać: co cię gryzie? Wiem, że jest ci ciężko.
Nic nie wychodzi, mamo… A jeśli nie będę mogła mieć dzieci?! Co wtedy?! Będę musiała odejść od Wojtka! Nie dam rady patrzeć, jak przy mnie traci sens życia…
Głupstwa gadasz! Nawet nie wiesz, ile dałaś mu szczęścia! On dzięki tobie znowu żyje! Dzieci to skarb, ale to nie wszystko, uwierz mi! Nigdy o tym nie opowiadałam, ale Wojtek pojawił się u nas z mężem dopiero po latach. Też czekaliśmy, prosiliśmy niebo o dziecko i nic. Prawie się przez to rozstaliśmy! Myślałam, że mąż jest ze mną tylko dla dziedzica. Ja zwątpiłam w niego, a on nie mógł mi tego wybaczyć. Rok żyliśmy osobno. Dopiero zrozumieliśmy, że małżeństwo to coś więcej! Wojtek jest niezwykle podobny do swego ojca Wiesz, co mam na myśli?
Zdaje się, że tak…
Nie rozwalaj tego, co was łączy! Daliście sobie sens życia więc to chrońcie! Miłość wszystko zniesie jeśli jej na to pozwolicie.
Ale jak udało się pani być mamą? Zuzanna nie wytrzymała.
Gdybym ja to wiedziała! zaśmiała się przez łzy Anna. Do samego końca nie wiedziałam, że jestem w ciąży! Myślałam, że to kłopoty zdrowotne. A tu los sprawił nam taki prezent bez zapowiedzi!
Oby i mnie spotkało coś podobnego… westchnęła Zuzanna.
A może zadzwonisz do synowej pani Teresy? Jest świetnym lekarzem. Może doradzi?
Zuzanna pacnęła się w czoło.
Jak mogłam o tym zapomnieć?! Oczywiście!
Już tydzień później pojechała na leczenie do Gdańska, gdzie ją wyczekiwano.
Po roku urodziły się bliźniaki.
Szczęście na dobre wprowadziło się pod dach Zuzanny i Wojtka i nie miało zamiaru szybko się wyprowadzać.
Niedługo po bliźniakach pojawiła się jeszcze wymarzona córeczka adoptowana, bo już wiedzieli, że biologicznie to niemożliwe. Decyzja dojrzewała długo, ale przyszła nagle okazja dawna koleżanka Wojtka dowiedziała się o swojej ciężkiej chorobie.
Przyjaciel Wojtka, Marek, przyniósł do nich wieść:
Biedna Monika… Zbieramy teraz pieniądze, żeby ją leczyć w Warszawie. Prawie wszyscy ze szkoły dali, ile mogli.
Jasne. Zaraz przeleję…
Wojtek przelał znaczną sumę, a już za kilka dni Monika była w stolicy. Anna pojechała z nią, bo Monika miała tylko wiekową babcię, a dzieckiem ktoś musiał się zająć.
Niestety, lekarze nie zdołali jej uratować. Ale dali jej czas, by zadbała o przyszłość córki.
Z prośbą o adopcję zwróciła się do Anny, a ona przekazała to synowej i Wojtkowi. Nie potrafili odmówić.
W ten sposób pojawiła się trzecia pociecha.
Mieszkanie jednak gwałtownie się skurczyło na potrzeby rosnącej rodziny. Dzieci dorastały, robiło się ciasno.
Znów pomogła Anna.
Wojtek, mamy oszczędności, które były na pensjonat! Kupcie z Zuzanną większe mieszkanie.
Mamo, a twoje marzenia? Nie, nie zgadzam się!
To jest moje marzenie! zaśmiała się, całując wnuczkę i patrząc na bliźniaków. Co mi tam pensjonat! Wolę być blisko was, widzieć, jak dzieci rosną, pomagać. Mieszkania szukajcie ale żeby każdy miał swój pokój!
Znaleźli takie przestronne, jasne. Dzieciaki biegały, grając w echo. Kiedy chłopcy uczyli siostrę krzyczeć heeej!, Zuzanna nie mogła się nie śmiać.
Bierzemy! zdecydował Wojtek, patrząc na rodzinę.
Jedyną drzazgą w nowym miejscu okazała się Katarzyna przewodnicząca klatki, która uznała, że takie duże rodziny muszą być pod stałą kontrolą sąsiadów i opieki społecznej.
Coś tu nie gra. Dzieci chodzą boso po klatce! Młodsza córeczka ciągle śpi na spacerach Dziwne! powtarzała sąsiadkom, choć ci radośnie słuchali opowieści chłopaków o grze w piłkę na nowym boisku.
Katarzyna, chyba trochę przesadzasz? Upalnie jest, dzieciom dobrze biegać boso. I odwiedziny przecież nie imprezują. Można wymyślić, ale i tak nikt nie wie, jak naprawdę jest za zamkniętymi drzwiami.
Jak będziecie tylko rozumieć dojdzie do tragedii! Z zewnątrz dobrze, a kto wie, co się dzieje w ich domu! Nie wierzę, żeby było aż tak dobrze! Takie rzeczy się nie zdarzają! Życie jest inne!
Sąsiadki kręciły głowami, ale Katarzyna nie ustępowała. U wychowanej przez matkę tyrana, która umiała zrobić z życia dzieci piekło, zawsze czaił się strach.
Katarzyna wychowała się w rodzinie działaczy partyjnych skrajna dyscyplina w domu i pracy. Noc na grochu za karę była normą. Na zewnątrz przykładna rodzina: rękawy zasłaniały siniaki, Katarzyna z mamą warkoczami, bo łatwiej było nią szarpać za karę.
Nikt z dzieci się nie wygadał, jak było faktycznie. Trójka, a gdy tylko mogli, zerwali wszelki kontakt z rodzicami. Ojciec nigdy nie wstawił się za nimi uważał, że matka wie lepiej, jak egzekwować dyscyplinę.
Z braćmi Katarzyna nie utrzymywała kontaktu. Każdy chciał zapomnieć piekło dzieciństwa także świadków nocnych płaczy. Własnej rodziny nie założyła próbę z partnerem przerwała natychmiast, kiedy ten podniósł kapcia, by uderzyć schorowanego kundelka. Spakowała się, zabrała psa i wróciła do mieszkania po babci.
Babcia, od strony matki, była równie dominująca i zajadła. Katarzyna wiele przeszła, opiekując się nią do śmierci. Po jej odejściu pierwszy raz odetchnęła.
Tak więc nie przywiązywała się do ludzi. Nie wierzyła, że mogą być inni, bo nikt nie zauważył, że w jej domu dzieje się krzywda. A przecież widzieli siniaki, wiedzieli o nieobecności braci w szkole.
Dopiero teraz próbowała coś zmienić na lepsze. Rodzina Zuzanny i Wojtka stała się jej okazją. W bloku nie było innych dużych rodzin.
Pewnego dnia Zuzanna, siedząc z synami przed blokiem, spojrzała na zegarek i aż jęknęła zaraz miała obudzić się córeczka, chłopcy musieli się zbierać na zajęcia. Przedszkole dopiero kończyli budować, więc dzieci chodziły na zajęcia do domu kultury i piłkę nożną.
Przy wejściu czekała Katarzyna.
Znowu twoje dzieci biegały boso?! Nie stać was na buty? wybuchnęła.
Zuzanna uśmiechnęła się w duchu. Męskie buty jej synów były droższe niż najlepsze adidasy Wojtka, bo mąż zawsze powtarzał: na dobrej sportowej u dzieci nie oszczędzamy, bo ich pasja jest najważniejsza.
I co w tym śmiesznego?! piekliła się Katarzyna. Przecież trzeba dbać o dzieci! Karmić, ubierać, pielęgnować! A ty?!
Rozgrzała się cała do białości. Tymczasem bliźniaki wyciągnęły butelkę, którą mama kupiła w sklepie:
Mamo, daj cioci Kasi wody!
I wtedy Katarzynie zrobiło się słabo. Zaczęło szumieć w uszach, świat zachwiał się i upadłaby, gdyby Zuzanna jej nie podtrzymała.
Pogotowie było szybko. Katarzynę zabrano do szpitala. Gdy się obudziła, przy łóżku czuwała Zuzanna. Dzieci zostały z Anną, którą sprowadziła w trybie pilnym.
Co się stało? jęknęła Katarzyna, ale język odmawiał posłuszeństwa, a ona naprawdę się przestraszyła.
Spokojnie! Miała pani udar. Lekarze zadziałali bardzo szybko. To przez upał, proszę się nie martwić, zostanę z panią.
Obietnicę dotrzymała. Opiekowała się Katarzyną wiedziała od sąsiadów, że starsza pani jest tak samotna, jak tylko można być, jeśli nie ma się żadnych bliskich i nikogo nie obchodzi.
Dlaczego? zapytała Katarzyna, powoli odzyskując mowę.
Bo tak trzeba. Źle być samemu. Dobrze to wiem.
Skąd?
Dobrze poznałam samotność. Zła sprawa. Ale pani już nie grozi. Ma pani nas.
Jak to?
Myśli pani, że teraz panią zostawię? Nie ma szans! Pani pilnowała mnie, teraz moja kolej!
Zuzanna udawała, że nie widzi łez Katarzyny. Teraz była to po prostu starsza, samotna sąsiadka taka jak matka czy teściowa. I naprawdę, żal jej było do łez. Bo Katarzyna mogła mieć rodzinę, dzieci, wnuki a została jej tylko władza przewodniczącej klatki i grządka róż przed oknem. A człowiek, który potrafi wyhodować takie róże, nie może mieć czarnego serca to Zuzanna wiedziała na pewno.
Dwa lata później.
Zuziu! Jak ty z nimi dajesz radę?! Twoja córa spokojna jak aniołek, a chłopaki to huragan! Katarzyna siedziała na ławce i pilnowała ulubionej wnuczki Zuzanny i Wojtka.
Ciociu Kasiu, to jeszcze nic! Ich tylko dwóch. U Marka już czwórka! A jak wszyscy razem, to mam ochotę uciekać z domu. Jego żona modli się, by piąte nie było chłopcem.
Wiecie już, kto będzie?
Jeszcze nie. Ukrywa się maluch! zaśmiała się Zuzanna. Marek mówi, że przetrwa wszystko.
Ale dziś upał! Katarzyna ocieniła oczy dłonią i spojrzała na Zuzannę. Powiedz mi szczerze, jesteś szczęśliwa?
Zuzanna się zamyśliła.
Czego człowiek potrzebuje do szczęścia? Bliskich wokół siebie? Ma. Zdrowie? Jest. Dzieci szczęśliwe? Chyba im się udaje z Wojtkiem je tak wychować. Czyli… jest absolutnie, bez cienia wątpliwości szczęśliwa.
Tak.
Uśmiechnęła się, a Katarzyna znów podziwiała, jak ten uśmiech wszystko wokół rozświetla.
Nawet lipcowy upał jakby zelżał, jakby latem zawiał powiew świeżości.



