Nie ma już nadziei

Nadziei już nie ma

Nie chcę waszych pieniędzy! wykrzyknęła z żalem Zuzanna i cisnęła zgniecione banknoty na podłogę.

To przecież pana pieniądze, odpowiedziała właścicielka mieszkania A za to, co się stało, naprawdę nie odpowiadam. I proszę nie robić awantury, bo obudzi pani sąsiadów.

Zuzanna przepaliła kobietę wzrokiem, odwróciła się na pięcie i ruszyła w stronę schodów.

Kiedy wyszła z klatki schodowej, zrobiło jej się ciemno przed oczami. Usiedła na ławce przed blokiem z twarzą ukrytą w dłoniach i zaczęła płakać. Cicho, prawie bezgłośnie. W duchu karciła się za to, co zrobiła:

„Gdybym tylko wiedziała, że tak się to wszystko skończy, nigdy nie pojechałabym na ten ślub…”

*****

Zuza, wychodzę za mąż! trąbiła przez telefon przyjaciółka Celina. Ślub za miesiąc, a potem jeszcze wesele. Przyjedziesz?

Gratulacje z całego serca, bardzo się cieszę, Celino. Tylko… Zuzanna westchnęła ciężko.

No mów, co jest?

Przepraszam, chyba nie dam rady przyjechać. Naprawdę bym chciała, ale…

Że jak? autentyczne zdziwienie w głosie Celiny Przez tyle lat razem, od podstawówki, a ty teraz powiesz, że nie przyjedziesz na mój ślub? Chcesz mnie zranić?

Celina, nawet przez myśl mi to nie przeszło. Ale ślub i wesele to nie jeden dzień…

No tak… trzy dni. Myślę, że bez problemu dostaniesz wolne w pracy.

To nie o pracę chodzi. Mam kota. Nie mam go z kim zostawić, a nie mogę go zabrać ze sobą… Przepraszam.

No ale Zuza! Poproś kogoś, może są jakieś hotele dla zwierząt? Nagłowi się trochę, co? Gdybyś miała problem, pomogę ci znaleźć rozwiązanie.

Nie wiem, Celino…

Słuchaj, masz miesiąc, przyjaciółko. Nie zawiedź mnie. Potrzebuję cię wtedy.

Po rozmowie Zuzanna zadumała się. Z jednej strony nie chciała zawieść przyjaciółki, z drugiej kompletnie nie wiedziała, co zrobić z Rudym.

Nie zostawi go w mieszkaniu samego, nawet z zapasem karmy i wody na tydzień.

Rudek był towarzyski, samotność znosił fatalnie. Po wielu rozważaniach Zuzanna podjęła decyzję pojedzie na ślub. Rudka zaś oddała pod opiekę miłej, poleconej kobiecie.

Przynajmniej tak myślała że pani Olga Malinowska, którą znalazła przez internet, jest uczciwa i odpowiedzialna.

Pani Olga ogłaszała się jako tymczasowy opiekun kotów już od kilku lat, gwarantując pełne bezpieczeństwo i troskę.

Przeczytała mnóstwo opinii, wszystkie były pozytywne. Niektórzy korzystali z jej usług po kilka razy. Co ważne pani Olga niegdyś pracowała w lecznicy weterynaryjnej, więc wiedziała, jak zareagować w razie awarii zdrowotnych.

W końcu Zuzanna zadzwoniła. Ustaliły szczegóły.

Mieszkanie pani Olgi było duże, trzypokojowe, z jedną przestronną salą przeznaczoną wyłącznie dla kotów. Uporządkowane, czyste, dobrze wyposażone. Koty nie były tam samotne, było ich kilka Rudek miał mieć towarzystwo.

Kochany, będzie mnie tylko trzy dni. Dasz radę? przytuliła kota.

Młody Rudy otarł się o jej nogę i spojrzał jej w oczy. Wiedziała, co miał na myśli chciał, by go wzięła na ręce. Ale czas naglił.

Proszę się nie martwić, zapewniła pani Olga z uśmiechem. Wszystko będzie dobrze.

Naprawdę na to liczę. Oto pieniądze powiedziała, przekazując dwa banknoty po dwieście złotych Gdyby cokolwiek, proszę dzwonić.

Oczywiście, proszę się nie martwić.

*****

Trzy dni minęły błyskawicznie.

Celina była przeszczęśliwa, że Zuzanna przyjechała. Zuzanna cieszyła się szczęściem przyjaciółki, jej mąż od razu wzbudził sympatię.

Każdego dnia dzwoniła do pani Olgi:

Jak tam mój Rudy? Wszystko w porządku? Nie sprawia kłopotów?

Witam, pani Zuzanno odpowiadała kobieta. Wszystko dobrze. Rudy je z apetytem, załatwia się bez problemu. A pani wraca za trzy dni, tak?

Tak… Dlaczego?

Ach, tak tylko pytam. Bywa, że właściciele zwierząt niespodziewanie muszą się przedłużyć. Ja potem mam problem, bo już mam umówionych kolejnych podopiecznych…

Nie, wszystko po staremu. Nie wytrzymałabym bez niego dłużej. Bardzo tęsknię.

Kiedy w końcu wróciła do Krakowa, od razu pojechała odebrać Rudka. Uprzedziła panią Olgę przez telefon.

Dobrze… będę czekać, westchnęła kobieta.

Całą drogę w taksówce miała w głowie to westchnienie. Coś w nim ją zaniepokoiło. „Nie wariuj, co mogło się stać? Przecież mówiła, że z Rudym wszystko dobrze…” tłumaczyła sobie. Ale napięcie rosło.

Pani kot uciekł… usłyszała zamiast powitania.

CO?! Jak to?!

Sąsiedzi z góry robili remont, taki hałas, że koty się wystraszyły. Poszłam prosić o ciszę i jak otworzyłam drzwi, Rudy zwiał na klatkę. Nie zdążyłam go złapać.

Dlaczego mnie pani od razu nie poinformowała?! krzyczała Zuzanna. Dlaczego mnie pani okłamała?!

Myślałam, że uda mi się złapać go samodzielnie. Czasem koty uciekają, a ja zawsze je odnajdywałam. Ale Rudej znaleźć się nie dało… Dałam ogłoszenie w internecie, ale na razie nic. Ale proszę nie tracić nadziei, jeszcze można go znaleźć.

Nie tracić nadziei?! Jak mogła do tego dopuścić? Obiecała pani, że wszystko będzie dobrze…

Jeśli chce pani, oddam pieniądze.

Nie chcę waszych pieniędzy! powtórzyła Zuzanna, rzucając banknoty na podłogę.

To są pani pieniądze, odrzekła spokojnie właścicielka A ja naprawdę nie jestem winna.

Zuzanna spojrzała na nią ze złością, odwróciła się i zeszła po schodach.

Gdy wyszła z klatki, świat jej zawirował, ledwo dotarła do ławki. Nie mogła uwierzyć, co się stało. „Po co pojechałam na ten ślub? Czemu zostawiłam Rudka?”

Wracała myślami do dnia, gdy spotkała go pierwszy raz ten mały rudy kłębuszek wybiegł spod krzaka, gdy szła ulicą. Podrzucił się do jej nóg, wdrapał na jej dżinsy, zawinął w dłoniach.

Zabrała go do domu, spędziła z nim sylwestra, ferie, pokochała całym sercem. Mama żartowała:

Dziecko, zamiast znaleźć chłopaka, ty koty przygarniasz z ulicy.

Najpierw kot, później ewentualnie facet, śmiała się Zuzanna.

W pracy opowiedziała koleżankom:

Wiecie dziewczyny, koty wybierają zawsze najgorszą pogodę, żeby się ktoś nimi zaopiekował… Patrzą potem tymi smutnymi oczami i nie potrafisz odmówić…

Zuzka, ty powinnaś książki pisać śmiały się.

Widzieli, że ją zmienił ale nie rozumieli jej miłości do kotów.

Odkąd Rudy zamieszkał u Zuzanny, w jej życiu pojawiło się więcej sierści, ale też ciepła i miłości. Codziennie czekał na nią wieczorem, miauczał z radości, ocierał się o jej kolana.

Najbardziej lubił spać na jej kolanach albo tulić się do niej w nocy, mrucząc głośno jak stara ciężarówka.

A teraz… nikt jej nie witał, nikt nie mruczał. Nie było już Rudka.

A może jeszcze był tylko nie wiedziała gdzie.

Dość! powiedziała wreszcie podnosząc się z ławki. Nie będę siedzieć bezczynnie. Muszę go znaleźć.

*****

Halo! Znalazła go pani?! Zuzanna omal nie krzyknęła do telefonu, gdy dzwonił jeden z wolontariuszy pomagających w poszukiwaniach Rudka.

Możliwe… Skontaktowała się ze mną pani, która podobno przygarnęła rudego kota odpowiadającego opisowi. Czeka na panią dzisiaj. SMS-em wyślę adres.

Dziękuję!

Była wdzięczna wszystkim ludziom, którzy włączyli się w jej poszukiwania. Od chwili ucieczki kota z mieszkania pani Olgi minęło półtora miesiąca.

To były najgorsze tygodnie w życiu Zuzanny. Oklejała klatki ogłoszeniami, przeczesywała w internecie fora o zaginionych zwierzętach. Ale nigdzie nie było jej Rudka.

Najgorsze, że zdjęcia miała tylko z okresu, gdy był jeszcze małym kociakiem. Kot rósł, zmieniał się. Chyba dlatego nie potrafiła go znaleźć.

Wysiadła z taksówki i zadzwoniła domofonem.

Kto tam?

Zuzanna w sprawie rudego kota. Wolontariusz podał mi adres.

Proszę wejść.

Po dziesięciu minutach Zuzanna stała na podwórku i rozglądała się, szukając ławki, żeby się wypłakać. Niestety, kot, którego znalazła kobieta, nie był jej Rudkiem. Tak samo rudy, ale inny.

To chyba go sobie zostawię kobieta przytuliła kota. Pani życzę szczęścia. Znajdzie go pani, musi pani wierzyć. Najważniejsze to nie tracić nadziei.

Pierwszy raz w życiu Zuzanna naprawdę zazdrościła drugiemu człowiekowi. Odeszła od razu nie chciała obarczać tej dobrej kobiety własnym smutkiem.

Przez kolejne miesiące kilkakrotnie wzywano ją na „wizje lokalne”, ale każdy kot okazywał się nie tym.

To było jak kara za każdym razem troczyła się z nadzieją, a po wejściu na próg rzeczywistość była brutalna.

Córeczko, rozumiem cię. Ale musisz żyć dalej. Zawsze możesz znaleźć nowego rudego kota mówiła mama przez telefon. Albo przyjedź do nas na wieś, u sąsiadki kociaki, pewnie zaraz znajdziesz rudego.

Dziękuję, mamo. Ale ja już żadnego innego nie chcę…

Minęło pół roku. Rudy nie znalazł się.

Jedyna modlitwa Zuzanny? Żeby Rudy był gdzieś żywy, nawet jeśli nie z nią, to może szczęśliwy wśród innych kotów.

*****

Jak dalej żyć nie wiedziała.

Wina ją zżerała. Po co był jej ten ślub? Gdyby nie pojechała, Rudy wciąż by z nią był. Teraz… nie wiedziała nic. A niewiedza była gorsza niż śmierć.

W weekendy wychodziła z domu, by nie siedzieć w czterech ścianach. Przemierzała osiedla, zaglądała na śmietniki.

Nawet już nie łudziła się, że znajdzie swojego kota. Ale wciąż chodziła.

Któregoś dnia znalazła się niemal na obrzeżach Krakowa, gdzie był schronisko dla zwierząt. Może mama ma rację, może potrzebuję nowego kota? przemknęło jej przez myśl.

Ale zaraz ją odrzuciła. „Bo co, jak Rudy kiedyś się znajdzie? Uzna, że go zdradziłam…”

Już miała odchodzić, gdy z drzwi wyjrzała pracowniczka schroniska.

Dziewczyno, przyszłaś do nas?

Zuzanna odruchowo się odwróciła.

Może chcesz się rozejrzeć, może któryś z naszych ogonów przypadnie pani do gustu. Nie zobowiązuje! Ale czasem coś się zdarza…

Nie bardzo chciała, ale nie umiała odmówić.

To Simon. Tam dalej Wacek. Ładne, prawda? zapytała pracownica.

Piękne, bardzo.

Zuzanna sama nie wiedziała dlaczego, ale przy zwierzętach nagle zrobiło jej się lżej na sercu. Kocie i psie oczy patrzyły z nadzieją, jakby leczyły ją z dystansu. Nawet nie chciała stąd wychodzić.

A tam dalej ktoś mieszka? spytała, wskazując najodleglejszy wybieg.

Och, tam jest nasz samotnik. Żyje tu już od pół roku. Na początku był w fatalnym stanie. Ledwie udało się go wyprowadzić na prostą. Nikogo do siebie nie dopuszcza.

Zuzannie coś ścisnęło w sercu.

Czy mogłabym go zobaczyć?

Oczywiście, proszę za mną.

Na dźwięk kroków rudy kot demonstracyjnie odwrócił się plecami do odwiedzających.

To on. Zawsze się odwraca, nie pozwala się zbliżyć.

Zuzanna prawie nie słuchała patrzyła tylko. I…

nie, to nie mógł być przypadek.

Rudy? szepnęła, wstrzymując oddech. Rudy, to ty?

Kot powoli obrócił pysk… spojrzał. „Nie, to niemożliwe…”

Rudy! krzyknęła już pełna nadziei. Boże, żyjesz! Podejdź, kochanie, poznajesz mnie?

Kot jeszcze raz spojrzał, zamyślił się przez chwilę. „Moja pani?!”

Tak, rozpoznał jej głos, oczy, zapach. Ale nie spieszył się z podejściem.

„Zostawiła mnie! A może jednak nie? Co mi podpowiada koci instynkt…”

Ciekawość zwyciężyła. W końcu ruszył. Pracownica zdążyła tylko uchylić drzwi, a Rudy i Zuzanna już byli w swoich objęciach.

Patrzył na nich cały świat opiekunka, inne zwierzęta, chmury, nawet słońce się uśmiechało.

Potem Zuzanna zabrała go do domu, obiecując pomagać schronisku. W końcu uratowali jej kota.

*****

W drodze do domu Rudy mruczał głośno jak diesel, co chwilę miaucząc, jakby opowiadał o tamtym dniu: „Przestraszyłem się. Tak hałasowali, a ciebie nie było… Więc uciekłem cię szukać. A potem wpadłem pod samochód. Jakże się cieszę, że mnie znalazłaś. Już mnie nie zostawisz?”

Zuzanna spojrzała mu w oczy.

Nigdy już cię nie zostawię, Rudy. Nigdy.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

8 + dziesięć =

Nie ma już nadziei