Swobodne szczęście
Darek, zaczekaj! No, zatrzymaj się choć na chwilę
Darek zwolnił trochę kroku i obejrzał się przez ramię.
Za nim przez śnieżną ścieżkę wydeptaną do dwupiętrowego domku z czerwonej cegły pognała Basia, szesnastoletnia dziewczyna w wysokich kozakach, plisowanej spódniczce, białym krótkim kożuszku i chustce przewiązanej na głowie. Spod wełnianego szaliczka uciekały ciemnokasztanowe loczki, które świetnie podkreślały zielonkawo-piwne, błyszczące oczy Basi z tym spojrzeniem, że aż chciało się ją przytulić, bronić i trzymać blisko siebie, żeby wiatr nie porwał.
Dziewczyna co rusz się poślizgiwała, ale nie zwalniała kroku.
Basia, nie biegnij! Ślisko jest! zawołał Darek z udawaną złością. Ale… W sumie, pasuje ci bieg. Policzki aż płoną! Pięknie ci tak! Takiej cię dawno nie widziałem. Zdrowiejesz!
Basia posłała mu szeroki uśmiech, podeszła bliżej. Darek wyciągnął do niej rękę, ona chwyciła ją mocno i puściła mu oczko.
To co tam chciałaś? zerknął wokół, nachylił się i cmoknął ją szybko w policzek. Przecież mama twoja zabroniła nam się spotykać, obiecała mi nawet gorzką lekcję westchnął filuternie.
Basia posmutniała lekko, wbiła wzrok w rączkę swojej torby i zaczęła ją miętosić. Ale po chwili znowu się roześmiała.
Darek, oni z tatą tylko tak gadali! Nic ci nie zrobią! Chodź dziś ze mną do kina? spytała konspiracyjnym szeptem. Mam już dwa bilety! O, patrz!
Dziewczyna zdjęła rękawiczkę, rozchyliła dłoń, na której ściskała dwa papierowe bileciki, jeszcze pachnące farbą drukarską.
Darek objął całą jej dłoń swoimi niedźwiedzim łapami, czując, że jest gorąca jak świeżo parzony barszcz, pogładził smukłe palce takie pianinowe, zgrabne.
Do kina? Hm… No nie wiem Mam w sumie sprawy… zmarszczył brwi, próbując być poważny. Basia wyrwała rękę, z powrotem schowała w rękawiczkę. Ale skoro mnie zapraszasz… To idziemy, skinął głową i, trochę narzekając, dopytał:
I na co ten film? Znowu jakaś miłostka?
Ja cię proszę! Wojenny jest! Franuś był i mówił, że żyleta! Basia aż warknęła z entuzjazmem. Ja sama się boję takich filmów. A żadne koleżanki nie chcą ze mną iść, tchórze.
Franuś? No to sobie pogadaliście Może z nim pójdź, dobry z niego kompan prychnął Darek z dumą w głosie. Skoro go słuchasz, to…
Franuś Zawadzki był kolegą z klasy Basi, takim bardzo grzecznym i wygadanym. Nie grał z chłopakami w piłkę, nie wygłupiał się, tylko się uczył, doszkalał, poprawiał, startował w konkursach, a przy okazji plątał się wokół Basi. Darek go nie lubił, ale rywalem uznać Franusia nie mógł był zdecydowanie za miękki. A Basia, córka Pani Paniny lubiła żywiołowych chłopaków takich jak Darek.
Sęk w tym, że od kiedy matka Basi zamknęła przed nim drzwi, dla Darka Paninowie stali się twierdzą nie do zdobycia a dla Franusia przeciwnie. Pani Maryla, matka Basi, zawsze do niego się uśmiecha, ciasteczkiem częstuje, koty za uszami drapie.
Nikogo nie słucham! obraziła się Basia. Jak cię zapraszam, to innych mi nie potrzeba. No to pójdziesz, czy nie?
Basia zarumieniła się, mrużąc oczy.
Darek poczuł, że robi mu się cieplej na duszy, więc skinął głową.
No dobra. Idziemy. Bo się boi… mruknął ze śmiechem udając oburzenie. A ja? Pewnie, jasne, straszcie tego swojego Darka do upadłego! A potem będę w nocy wrzeszczał, babcia się przestraszy!
Mrugnął do niej, a ona roześmiała się, machając ręką:
Co ty tam się boisz! Twardziel jesteś! Dobra, w takim razie czekam cię pod kinem o 18:50. A teraz muszę lecieć. Mama kazała szatkować kapustę, cała kuchnia w misach. To na razie!
Basia odwróciła się uważnie i potruchtała do domu.
Mieszkali z Darkiem prawie po sąsiedzku dwa domy dalej. Razem się wychowywali, ganiali wróble, wdrapywali na czereśnię (mimo zakazów mamy, bo smak owoców był tego wart), a potem z Darkiem pluli pestkami na odległość, kto dalej. Chodzili razem do szkoły, tylko Darek był dwa lata starszy. Dziewczyny z klasy Basi zazdrościły jej, że taki przystojniak ją niemal na rękach nosi, a ona nie pojmowała w tym nic niezwykłego. Darek po prostu zawsze był obecny w jej życiu, więc czemu miałby nie zwracać na nią uwagi. A to, że nosił ją na rękach…
Dwie zimy temu, jeżdżąc na biegówkach, Basi nagle odebrało siły w oczach zawirowały czarne plamki, zrobiło się słabo. Upadła niefortunnie i złamała nogę. Leżąc w śniegu, zaciskała powieki z bólu, łzy same płynęły, a z każdym ruchem cała drżała. Najbardziej bolała ją jednak świadomość strachu Basia nie znosiła bólu, od dzieciństwa. Nawet żeby drzazgę wyjąć, mama musiała ją przekupować całe popołudnie.
A Darek, jak zwykle, był blisko zawsze przybiegał zaraz na odgłos jej płaczu. Basia płakała wtedy donośnie, z taką gorzką nutą, że żaden sąsiad na wsi nie miał wątpliwości, że ta od Paniny znowu jęczy.
Niosąc ją do domu, Darek czuł, jak noga coraz bardziej puchnie i robi się ciasno w bucie. Musiał but rozciąć scyzorykiem. Basia kurczowo trzymała się jego ramienia jak kot pazurami, ale Darek wytrzymał. Basia była wtedy ważniejsza niż wszystko.
Potem była karetka, szpital, gdzie lekarze stwierdzili: z nogą nic, to drobiazg, prawdziwy problem to serce. Całą kartę zdrowia zapisali niezrozumiałymi łacińskimi nazwami. Długo trzymali ją na oddziale, aż w końcu puścili do domu.
Śnieg już topniał na dworze, a Basia dopiero powoli wracała do życia.
Noga długo bolała i swędziała pod gipsem. Basia marudziła, płakała, kłóciła się z mamą o byle paproch, ale gdy przychodził Darek, od razu się rozchmurzała i tylko z nim chciała spędzać czas. Wymyślał jej różne zajęcia: raz przytargał mapę Europy i razem przesuwali papierowe łódeczki między Atlantykiem a Podhalem, innym razem budowali coś z klocków, a czasem rysowali gazetki ścienne.
Jak zdejmą ci ten gips, pojedziemy razem na jakieś wakacje. Tylko powiedz, gdzie byś chciała?
Basia wzruszała ramionami:
Ja to bym chciała na podwórko, ale mama nie pozwala. Mówi, że mi trzeba spokoju, bo serce coś tam… Już chyba nawet chodzenia zapomniałam.
Co ty! Darek machał ręką. Trzeba rozruszać, taka prawda. Mój dziadek Marian wrócił po wojnie prawie ułomny. W nodze mu coś zacięło, kuśtykał jak pingwin. Ale potem przyjechał do nich profesor z Warszawy, trochę go pogimnastykował, prawie na supeł zawiązał, ale dziadek wyzdrowiał! Nauka, Basia, to nie żarty! I dla ciebie coś się znajdzie, zobaczysz. Tylko nie płacz. Ruch to zdrowie rusz się, ślimaczku, rusz się!
Potem Darek łapał jej ukochaną lalkę i uciekał przez pokój, a Basia, stukając kulami, goniła go, narzekając, żeby ją oddał.
Basiu, a ty co, jeszcze zabawkami się bawisz w tym wieku? drażnił się Darek. Jesteś jak babcia Hania z warzywniaka, co tylko narzeka na bóle i choróbska! Głowa do góry, Basia, jeszcze potańczymy!
Basia! Wracaj do łóżka! I Darek, na litość boską, co ty robisz?! wbiegała do pokoju pani Maryla. Przecież ona nie może się denerwować! Wynocha stąd! Już, z domu!
Ciociu Marylu! machał ręką Darek. Przecież ona zaraz zipnie od nudy. Nie możecie jej przywiązać do łóżka tylko dlatego, że coś tam wykryli! Żyje, niech żyje jak reszta, normalnie, radośnie!
To nie twoja sprawa. Idź, Darku, do domu. Za chwilę przyjdzie Franek, do lekcji jej pomóc, tyle zaległości… mówiła pani Maryla z rezygnacją. Wszystko przez…
Franek? Ten chudziutki jajogłowy? No proszę… Może ja też posłucham, co czytacie? parsknął Darek, zaraz jednak dostał po ramieniu pięścią.
A gdy stał już na schodach, pani Maryla złapała go za kołnierz kurtki, przycisnęła do ściany aż mu dech zaparło.
Słuchaj mnie, młody człowieku. Nie wtrącaj się ze swoimi radami, domorosły medyku! Basia ma bardzo poważną chorobę. Nawet dzieci nie może mieć, bo nie przeżyje porodu. Tak mówią lekarze. Ja chcę żywą córkę, rozumiesz? I nie mów jej o tym! Ona marzy o rodzinie, gromadce dzieci. Teraz… Teraz…
Pani Maryla skrzywiła się, zaczęła płakać i wypchnęła Darka przez furtkę.
Darek, dopiero wracając do domu, dotarło do niego, o czym mówiła sąsiadka. Basia inwalidka, prawdziwa, jeśli aż tak serce szwankuje…
Umrze przemknęło mu przez głowę jak piorun. A może nawet dzisiaj?!
Babcia Stasia, patrząc z werandy, zobaczyła, jak wnuk ściągnął kurtkę i koszulę, po czym chlusnął sobie na plecy lodowatą wodę ze studni.
Darek! Co robisz?! Przeziębisz się! zawołała, sięgając po ręcznik.
Darek wziął głęboki oddech, potrząsnął głową. Myśli trochę się uspokoiły.
Nie, niemożliwe! Jeszcze całe życie przed nią! I szczęśliwie go przeżyje! Obiecuję wam to! tupnął nogą.
Babcia Stasia próbowała zrozumieć, co wnuk mamrocze pod nosem, ale nic nie rozpoznała.
Darek, po co ten hałas? Idź spać, czas późny, dzień był długi. Zmęczony jesteś! ziewając, mruknęła.
Już idę, babciu. Zaraz, tylko popiję herbaty. Śpij dobrze!
Mieszkali we dwójkę. O rodzicach Darek wiedział niewiele, coś tam zniknęli, zginęli babcia mówiła niechętnie, zawile. Nie chciała mu mówić, że matka go zostawiła, a ojca nikt nawet nie znał
Basię wozili regularnie do lekarzy. Pani Maryla stawiała im na stole wszystko z własnego ogródka, byle tylko powiedzieli, że można ją wyleczyć. Ale cud nie nadchodził.
Takich chorób jeszcze leczyć nie potrafimy rozkładał ręce jeden z lekarzy. Może w przyszłości nauka się rozwinie, ale na razie: pełny spokój. Żadnych emocji. No i po co płakać?! skarcił panią Marylę. Tysiące ludzi tak żyje!
Oczywiście… Spokój… przytakiwała bez przekonania pani Maryla. Franek, kolega Basi, też radzi oszczędzać się. Nauczył Basię czytać dużo, pilnuje jej trybu dnia.
Mamo! rumieniła się Basia, zawstydzona gadaniną matki.
I dobrze, kochanie! śmiał się lekarz. Dobry z niego chłopak! Doceniaj to! Z niego będzie i dobry mąż, i No, do widzenia, pani Marylo, Basiu. Do zobaczenia za trzy miesiące.
Lekarz, rozpinając sobie koszulę, patrzył przez okno, jak odchodzą, potem zadzwonił do żony, żeby przygotowała naleśniki. Naszła go ochota na masło i coś słodkiego.
I tak Basia żyła, robiąc krok z obawą, a mama pilnowała, żeby nie zmokła, nie zgrzała się, nie pobiegła, nie podskoczyła, nie…
W kinie było duszno, wszędzie pachniało popcornem i dymem z papierosów. Basia ściskała rękę Darka, potem cicho płakała, wtulona w jego ramię.
Basia, już nie płacz! Wszystko dobrze się skończy! Basiu! szeptał Darek, głaszcząc ją po głowie.
Ale już ludzie syczeli, krzywiąc się, żeby cicho byli.
Darek, źle się czuję. Możemy wyjść? poprosiła dziewczyna.
Oj, dobra! Dawaj!
Dwie czarne sylwetki zasłoniły ekran i przeszły do wyjścia. Przez chwilę w sali błysnął promień światła z foyer, potem drzwi zamknęły się i znów zapanowała ciemność.
A Basia i Darek stali, mrużąc oczy w ostrym świetle żarówek.
Usiądź. Przyniosę ci wody! zarządził chłopak.
Bileterka, stojąca z boku, pokręciła głową z dezaprobatą.
Taka młoda mruknęła. A już No, coś nie w porządku. Ślub już był? Do czego to prowadzi…
Widocznie pomyślała, że Basia jest w ciąży i stąd jej słabo.
Jeszcze nie, ale niedługo będzie! pojawił się nagle Darek obok dziewczyny.
Co? zdziwiła się Basia. W środku znów świat jej zawirował. Ty żartujesz, prawda?
Chwyciła chłopaka za rękę, odwróciła do siebie.
Takimi rzeczami nie rzuca się na wiatr! odpowiedział poważnie Darek. Miałem powiedzieć później, ale… idę do wojska. A po powrocie oświadczam się. Obiecałem ci, że pokażę świat? No, niech nie od razu cały, ale pingwiny zobaczysz na pewno. Obiecałem?
Kiwnęła głową ze łzami w oczach.
To dotrzymam słowa. Nie słuchaj tego, co mówią! Wystarczy bardzo chcieć. Ja chcę. Znajdziemy lekarzy, najlepszych. Zbadają i powiedzą, co można zrobić. I wtedy urodzisz nam dzidziusia! mówił z ogniem. Bardzo chciał pocałować Basię tu i teraz, ale bileterka patrzyła tak uważnie, jakby czytała z ruchu ust. I się nie odważył.
Wypij wodę i chodźmy na powietrze zarządził, ale Basia delikatnie wysunęła się z jego objęć.
Czy ja naprawdę nie mogę mieć dzieci? Tak całkiem? spojrzała mu prosto w oczy.
Darek się zmieszał. Pani Maryla prosiła, by nie mówił Basi…
Teraz… Po co teraz o tym? Zobaczymy. Po prostu trzeba na siebie uważać. Chodź na spacer!
Basia słuchała w milczeniu, pozwoliła Darkowi wziąć płaszcz i wyjść na świeże powietrze. Potem odwróciła się, zacisnęła usta, przygryzła wargę. W głowie kotłowały się myśli: niepełna kobieta, nie mogę mieć rodziny. Jak dalej żyć?
A Darek miał sposób na smutki. Zaprowadził ją do Kostka Borowskiego, który dał się przejechać na motorze. Nałożyli jej ogromny kask, wsadzili przed Darka, kazali nie szaleć.
Motor jechał spokojnie, Basia czuła, jak Darek delikatnie obejmuje ją w pasie, jak jego dłoń układa się na jej talii. Zrobiło jej się ciepło i duszno, głowa aż się zakręciła. Słowa o dzieciach rozmyły się. Była tylko ta droga, Darek, jego oddech i szum silnika
Nocą wezwano do Basi lekarza, zrobił zastrzyk.
Nie dbacie o córkę! powiedział w sieni, wzdychając. I tak zaraz matura, a tu ona rozmęczona!
Basia się tłumaczyła, że to tylko film, że wszystko minie, że…
Byłaś z Darkiem? spytała ostro matka, gdy lekarz wyszedł.
Tak. Darek zawsze mówi mi prawdę! O wszystkim! O tym, że dzieci nie będę mogła… Basia znów się rozpłakała.
No, ja mu nogi z du… zacisnął pięści Tadeusz, ojciec Basi.
Nie waż się go ruszyć! On jest najlepszy! Najlepszy! Wasz Franek do niego nie ma podjazdu!
Spać! wrzasnął Tadeusz, zgasił światło i pociągnął żonę do sypialni. Darkowi przyszło powołanie, zaraz będziemy mieć święty spokój!
Od tamtej pory pani Maryla nie wpuszczała Darka za próg, obwiniała go o wszystko.
A ja i tak będę z nią! I szczęście jej dam! I ją wyleczę! Co ją trzymacie pod kluczem?! Przecież zwiędnie wam jak suchar! Dajcie jej być młodą! Przed samym wyjazdem Darek znowu próbował się pożegnać, ale pani Maryla nie puściła. To aż się do bójki prawie posunęło tak twardo chciał zobaczyć swoją dziewczynę. Wpuszczajcie, bo włazem przez okno!
Na schody wyszedł Tadeusz. Darek zobaczył, że trzyma dubeltówkę.
Będziesz strzelał, panie Tadku? No, śmiało! Jednego mniej, wielka strata! Nikomu nie jestem potrzebny, poza babcią Stasią, co? Więc mogę zniknąć. Basi powiecie, że wyjechałem. Nie będzie płakać.
Darek stanął twarzą w twarz z ojcem Basi, uniósł głowę. Lufa dotykała jego piersi. Pani Maryla złapała się za usta, zbladła.
Tadeusz popatrzył chwilę srogo, po czym opuścił broń.
Jesteś głupi, Darek. Może wojsko cię czegoś nauczy. Idź. Basia śpi, nie dam ci jej budzić. Dla babci swojej odejdź warknął przez zęby.
Wtedy i pani Maryla, i Tadeusz, choć nie umówili się, domyślili się, że wszystkie kłopoty przez Darka. To on ją wyciągnął wtedy na spacer, to on nauczył jeździć na nartach, to przez niego! Lepiej, żeby zniknął…
Nie przejmuj się, Maryla. Może polubi wojsko, zostanie tam. O Basi zapomni machnął ręką Tadeusz. Sprawdź tylko, czy Basia nie słyszała.
Pani Maryla po cichu podeszła pod drzwi pokoju córki. Tam było spokojnie, cisza jak makiem zasiał. Ale nie widziała, że Basia zeskoczyła z łóżka, boso patrzyła przez okno na plecy Darka.
Odwróć się… Odwróć się, proszę… krzyczała w myślach.
I odwrócił się, niby poprawiał czapkę, ale naprawdę tylko pomachał jej dyskretnie. I ona wszystko zrozumiała
Darek wrócił po czterech latach. Basia nie wiedziała, nie mówili jej wysłali go do Afganistanu, tam zaginął w akcji. Babcia Stasia umarła, nie doczekawszy się wnuka. Basię na pogrzeb nie puścili, kazali uczyć się do matury.
Listy, które wysyłała pod wojskowy adres, gdzieś przepadały.
Nie odpisuje ci, Basiu? pytała ze współczuciem pani Ania, listonoszka, gdy Basia przychodziła na pocztę. Może ma inne kłopoty? Albo… już nie chce? Ej, o, patrz Franuś idzie! Taki przystojny, aż jak profesor! Basiu, on cię szuka! Leć!
Wrócił jesienią. Dom ciemny, bez światła, powitał go zapachem wilgoci ze starych szmat. Dach przeciekał, ściany pokryły się żółtymi plamami od deszczu. Na kanapie został jeszcze szalik babci Stasi, którym zawsze grzała plecy. W kącie na szafce przy łóżku ikonki ciemne, ledwo widać obrazki.
Darek siadł do stołu, zamknął oczy. Wszystko jakby to samo, a jednak zupełnie inne. Czy to on, Darek, się tak zmienił?
Po całej nieprzespanej nocy ubrał się i poszedł do domu Basi. Przed domem rozwieszała pranie pani Maryla.
Ciociu Marylo! zawołał, rzucając papierosa. Nic się pani nie zmieniła!
Darek miał wrażenie, że minęły wieki od jego wyjazdu.
Kto tam? zmrużyła oczy, nie poznając go od razu.
To ja, Darek. Mogę wejść?
Nie czekając na pozwolenie, wszedł przez furtkę. Szukał wzrokiem okna do pokoju Basi, ale było zasłonięte, nie było tam już kwiatków.
Ona wyjechała, Darku. A ty… Żyjesz? poprawiając chustkę, powiedziała z mieszanką żalu i obojętności pani Maryla. Wróciłeś, widzisz… Ale czasy ciężkie…
Gdzie pojechała? spytał Darek, sięgając po papierosa, ale schował go z powrotem.
Do Gdańska. Franuś się dostał na uczelnię, więc wyjechali razem.
A co ma Franuś do tego?
Co ma? Mazem jest, razem są. Basia tu nie chciała zostać, powiedzieli jej, że zginąłeś. Postanowiła pojechać. Franuś miał tam rodzinę. Przyszło niedawno pismo, że się urządzili, że Basia studiuje. Franuś jej pomagał przez ten czas, kiedy… no… czekała na ciebie. Po śmierci twojej babci całkiem przygasła, musieliśmy wzywać lekarzy… Ale Franuś był przy niej. I, wiesz co, Darek pani Maryla podeszła, pogładziła go po ramieniu. Bardzo się postarzała. Darek widział, jak jej twarz stała się pomarszczona, smutna. Nie szukaj ich więcej. Daj im spróbować być szczęśliwymi.
Spojrzała na niego błagalnie, wzruszyła ramionami.
Basia nigdy nie kochała tego jajogłowego! Darek się roześmiał.
To dawno temu było. Jak cię zabrakło, zmieniła się. Przy nim jest bezpieczna. Ja cię proszę, nie wracaj do jej życia.
Nie odpowiedział nic, odwrócił się na pięcie i odszedł. Pani Maryla westchnęła ciężko i wróciła do domu. Jej mąż czytał gazetę Franuś i jego zaraził czytaniem…
Darek posiedział jeszcze jeden dzień w pustym domu, zebrał kilka rzeczy w plecak, zabarykadował okna, zawiesił kłódkę na furtce. Potem, z marsową miną, poszedł na cmentarz. Postał przy grobie babci Stasi, słuchał ptaków i zdjął krzyżyk z szyi, kładąc na mogile.
Przepraszam, babciu…
I odszedł
Darek przez kolejne lata zrobił się uparty, wręcz ryzykowny, słowo nie nie istniało w jego słowniku. Obstawiał swoje interesy, nie zawsze do końca czyste, obracał niemałymi pieniędzmi z początku prowadził warsztat z częściami samochodowymi, potem handlował antykami, później prowadził sklepy spożywcze, w końcu zajął się zaopatrzeniem w surowce dla różnych firm. Szukał.
Nie, odnaleźć Basię było w sumie łatwo Gdańsk, uczelnia, Franuś mózgowiec oni nigdy nie giną w tłumie. Ale nie szukał Basi. Szukał szansy.
Po ośmiu latach w tym biznesie, Darek nawiązał współpracę z firmami medycznymi i trafił do najlepszych specjalistów w kraju i za granicą.
Co cię tak kręci na punkcie układu krążenia? zagadnął Romanek, kardiolog z Warszawy. Mamy świetnych lekarzy, możesz śmiało pytać. Co takiego się stało?
Nic. Chcę pomóc komuś bliskiemu. Chodzi o to, by żyła. poprawił się Darek, żyła szczęśliwie.
Konkret? Kto to? Rodzina?
Nie, znajoma. Młodsza ode mnie o dwa lata. Choruje od szesnastki… Nie znam dokładnie jej diagnozy.
Musisz się dowiedzieć, bo w ciemno się nie da! Są rzeczy nieuleczalne, są takie, na które mamy sposoby… Romanek dorzucił kolejną historię pacjenta na stosik, oparł się wygodnie. Za to twój sprzęt czekam już od zeszłego miesiąca!
Celnik się czepia. Będzie sprzęt, spokojna głowa. A więc akta muszę zdobyć? Całą dokumentację? Załatwię. Jak przyniosę, powiesz mi, jakie mamy dziś możliwości? poprawił pasek w modnych jeansach i wstał.
Załatwię co trzeba. Ale aktualne badania, EKG sprzed dekady nie wystarczy, łapiesz?
Darek kiwnął, zabrał aktówkę i wyszedł, cicho zamykając za sobą drzwi.
Gdzie ty znów lecisz? spytała Iza, poprawiając pasek szlafroka i marznąc trochę przy uchylonym oknie. Darek stale potrzebował świeżego powietrza. Piąta rano, znowu cię nie będzie?
Mężczyzna odwrócił się, wzruszył ramionami z miną winowajcy.
Przepraszam, nie chciałem cię budzić. Muszę załatwić pewne sprawy. Dwa, trzy dni, nie dłużej. Nie nudź się tu sama, choć w sumie tęsknij! objął ją, pocałował. Jeśli ktoś zadzwoni, nic nie wiesz. Zresztą to prawda. No, już, wypuszczaj, mój samolot za chwilę. Tylko nikogo nie sprowadzaj!
Iza podniosła ręce w geście kapitulanckim, posłała mu buziaka.
Rozkaz, panie majorze. Zjadasz chociaż śniadanie?
Nie mam czasu, wybacz.
Cicho zamknął drzwi. Iza słyszała jeszcze, jak stukają mu buty na schodach.
Wiedziała, że jej nie kocha. Nigdy nie udawał czułości. Ale mimo to było im ze sobą dobrze, byli partnerami, a w świecie pełnym chaosu co jeszcze trzeba?
Panie Dariuszu, bardzo dziękujemy za propozycję sprzęt medyczny zawsze się przyda, ale jeśli chodzi o dossier pacjentów i karty medyczne, to już zupełnie inny temat! w restauracji naprzeciw Darka siedział chudy, nerwowy doktor. Dłonie ogryzał, choć potem się pilnował. Prowokacja, tak? Pan z jakiej instytucji? Nie, nie, ja nie wydam… Ewelina… nie, Elżbieta Ivanovna… nie, nie kojarzę. Dostawy do dyrekcji, do szefa…
Mężczyzna robił się coraz bardziej nerwowy, zalewał się potem.
No już, panie doktorze, spokojnie! zaśmiał się Darek. Jestem tutaj prywatnie. Ile pan chce za dokumenty? Proszę się nie wstydzić, ja nie żałuję. Widzisz, Basia jest moją przyjaciółką z dzieciństwa… A jej mąż zamknął ją w domu, nafaszerował lekami i tylko ją pilnuje, jakby była z porcelany. Niby pozwala pracować, bo co ludzie powiedzą… ale poza tym tylko zakazy. Wakacje w domu, teatry, kino nie ma mowy, bo „za duże emocje”. Ale jak tak żyć? Powiedz, panie doktorze? Po to tu przyjechałem, zobaczyć co z nią, a ona cień, ledwo cień. Jej mąż korzysta, ma większe mieszkanie, auto… Basia jeździ autobusem, bo „samochodem jej nie wolno”. Wywalczył dla niej przysługę na mleko i sam je wypija, z kawą, co bardzo lubi. Mają syna. Urodziła, chociaż nie powinna. Teraz ten Franek katuje syna nauką. Chłopak zdrowy, ale wygląda jak roślina. A Franuś rozpromieniony, zdrowiutki! I wszystko przez Basię…
Darek mówił wolno, cedząc słowa, choć chciał wrzeszczeć, walić pięścią w stół. Ale byli w szanującej się restauracji, tu nie wypadało podnosić tonu.
Jest pan niebezpieczny, panie Dariuszu! szepnął lekarz, kuląc się jeszcze bardziej, grożąc mu wyciągniętym palcem. Pan się pcha w cudze życie! Chce pan rozwalić harmonijny świat innych ludzi!
Przestępstwem to jest żenić się z chorą, by się nachapać jej kosztem! rzucił Darek. Goście szeptali, kelnerzy wymieniali znaczące spojrzenia. Nie obchodzą mnie ich światy! Szkoda mi tylko Basi i jej syna! Więc… Daj mi te dokumenty, a już więcej nie zawracam głowy. Sprzęt dotrze na czas, nie martw się! Gdyby ktoś pytał nic nie wiesz. Zapłacę. Ty lubisz pieniądze, a ja mam ich sporo. Umowa stoi. Ty ratujesz człowieka i własną rodzinę. Syn idzie na studia, ubezpiecz siebie! Wyjdźmy na dwór, pogadamy.
Wyszli. Smarkaty, deszczowy wiatr targał czapki, plątał szaliki.
Ile? spytał lekarz.
Darek podał sumę. Lekarz skinął głową, wyciągnął wcześniej przygotowane papiery z torby. Grał tylko na czas, Darek doskonale to widział i wręczył mu kopertę z gotówką.
Dzięki. Sprzęt już czeka na transport. Za tydzień będzie.
Darek poklepał go po plecach i odszedł.
Basia szła powoli wąską uliczką. Za dużo o niczym nie myślała. Ot, szła i patrzyła wokół. Jutro ma iść do przychodni, Franek już ją zapisał, ale godzina nie pasuje, musiała się zwalniać z pracy. Wieczorem w szkole zebranie u syna, Franek nie przyjdzie… Za tydzień wizyta teściów, trzeba przygotować pokój… Dużo spraw. Ale teraz wystarczy iść i oddychać. To zdrowe.
Obok przemyknął motor, na nim czepiała się chłopaka dziewczyna. Basia się uśmiechnęła, przypomniały jej się przejażdżki z Darkiem ciapki błota, trzepot skrzydeł, przewijające się domki sąsiadów…
Basia! usłyszała znajomy głos i aż zamarła. Basia, dzień dobry!
Obejrzała się. Darek
Muszę z tobą porozmawiać. To bardzo pilne i ważne poprowadził ją do ławki w bocznej alejce. Usiądźmy gdzieś.
Darek… Daruś… szeptała i głaskała go niepewnie po ramieniu, po piersi, dotykając twarzy. A babcia Stasia mi nie wierzyła…
Basia zapłakała, a Darek objął ją najmocniej, jak potrafił, choć bardzo delikatnie.
To może pójdziemy do kawiarni? zaproponował.
Po co? Chodź do nas! Franek z synem już są. Nasz synek ma na imię Witek, poznasz go. uśmiechnęła się niepewnie.
Nie mogę u ciebie. Muszę z tobą pogadać to poważna sprawa.
No to… może tam jest bar mleczny, chodźmy…
Usiedli w kącie. Darek zwlekał z rozmową, wreszcie zaczął:
Basiu, musisz pojechać ze mną. Tylko trzeba załatwić papiery, zgody itp
Gdzie? spytała zdezorientowana.
Znalazłem (właściwie znajomy lekarz znalazł) szpital zagraniczny, gdzie leczą twoją chorobę. Trzeba ci operacji, potem będziesz mogła zacząć normalne życie! I już Franek nie będzie cię zamykał w domu!
On mnie nie zamyka. Po prostu się martwi pokręciła głową Basia. Myślisz źle…
Wiem, to wyłącznie fakt. I że jeździ twoim autem, wiem. Basia, wszystko już zapłacone. Jedźmy. Tam są rewelacyjni lekarze. Romanek…
Zaczekaj, Darek. Opowiedz, co u ciebie. Jesteś żonaty? Co robisz? Zupełnie cię nie poznaję… Ale wygląda na to, że wyszło ci na dobre…
Serio? ochrypłym głosem spytał Darek.
Tak… Taki trochę tajemniczy, nie do zdobycia. Trochę straszny. Ale nie jesteś bandziorem? Basia uśmiechnęła się nieśmiało.
Bywało różnie. Zaczynałem od samego dna. Ale już wyszedłem na prostą teraz tylko zaopatrzeniowiec. Tylko kursy, studia, języki… Angielski nawet złapałem.
Witek też się uczy, Franek załatwił mu korepetytora. Dwa razy w tygodniu przychodzi. Byłeś w domu? Co tam teraz?
Nie wiem. Nie o to chodzi! Basia, wszystko gotowe. Tylko twoje dokumenty i wyjazd. Proszę!
Darek coś czuł, że czasu niewiele.
Basia? Witek czeka, kolacja gotowa, a ty w barze mlecznym? obok pojawił się Franek. Spóźniłem się w pracy, wyszedłem, a tu… Darek? No proszę…
Twarz Franusia stężała, pociągnął żonę za rękę.
Zaczekaj, Franek. Darek chce mi coś zaproponować…
Basia czuła, że za chwilę się coś stanie, krew odpłynęła jej z twarzy.
Chodź na powietrze! Basia, połknij tabletkę! Franek był z nią na chodniku, Darek ruszył za nimi.
W domu pachniało zupą. Witek spojrzał zainteresowany na gościa.
Darek wyciągnął rękę.
Chłopiec ścisnął ją, spojrzał pytająco na ojca.
Witek, jedz u siebie. Mamy z panem Darkiem do pogadania zarządził Franek.
Basia zaniosła synowi jedzenie, pocałowała go w czoło i wróciła do kuchni.
A więc co u pana? Czym się pan zajmuje? Franek był panem domu, chodził po kuchni z pewnością siebie, a potem rozsiadł się tak, żeby Darek miał niewygodnie.
Basi nałóż kotleta, a sobie cebulkę. Żonaty jesteś? zapytał, przegryzając szczypior.
Nie. Znalazłem dla Basi klinikę za granicą. Tam mogą zrobić operację serca. Takich zabiegów w Polsce jeszcze nie robią, ale polscy lekarze tam będą pomagać. Łóżko, opieka wszystko gotowe! Znów będzie mogła żyć jak dawniej. Basia! No coś powiedz! oczy Darka błyszczały.
Basiu, zaniesiesz Witkowi herbatę?
Franio poczekał, aż żona zniknie, po czym mówi cicho, ale ostro:
A co ona ma powiedzieć? Przylazłeś, nie wiadomo skąd, pociągniesz ją za granicę, narazisz na ryzyko. A co jak umrze? Ja mam zostać sam z dzieckiem? U nas wszystko dobrze! Nie potrzeba nam ratunku! Ty sobie pomóż, jasne? szeptał Franek. Nie pchaj się, gdzie cię nie proszą. Biznesy robiłeś? Chodziłeś z bronią? My tu żyliśmy, ledwo wiążąc koniec z końcem. Kto wyprowadzał kaczkę z Basi w szpitalu, jak rodziła Witka? Kto został sam z noworodkiem, gdy ona dochodziła do siebie? To moja żona. Tylko moja. Ja najlepiej wiem, co dla niej dobre…
A ty…? Wypominasz swoje zasługi? Darek poderwał się, górując nad nim. Ona nie rzecz! Trzeba jej szansy na życie! Dobrze ci, jak jeździsz jej autem? A ona sama chce prowadzić! Wstydź się! Po pojedzie i zmieni się nie do poznania…
Darek, ja nie pojadę. Ja się boję! A jak nie przeżyję… Witek za mały, przeżyje to. Jest mi dobrze tutaj, naprawdę.
Basia objęła Darka, położyła głowę na jego plecach.
Chodźcie pić herbatę. Mam sernik i krówki! roześmiała się. A potem, Darku, wrócisz do siebie. Dobrze?
Nie został na herbatę, tylko chwycił kurtkę i wyszedł, nawet się nie żegnając.
Idąc przez miasto i roztrącając ramieniem przechodniów, Darek nie mógł pojąć, jak można odrzucić lepsze życie? Wszystko już zrobił sprzedał pół interesu. Na nic.
Tyle razy łaził do szpitali, przekonywał, organizował na darmo.
Pewnie tylko chciałeś pokazać Frankowi, że jesteś lepszy, że Basia i tak wybierze ciebie. A tu zawodziłeś. Przegrałeś. błysnęło mu w głowie, a potem ogarnęła go tylko czarna złość…
W domu czekała na niego Iza, nie spała.
Cześć powiedziała cicho, stojąc w tym samym flanelowym szlafroku. Ugotowałam zupę… Spróbujesz? Chyba mi się udała…
Podeszła do niego, schowała się w jego objęcia, przytuliła.
Co się dzieje? zapytał zaskoczony Darek.
Bałam się, że nie wrócisz. Że zostaniesz u niej…
Iza szlochała cicho, mocniej się do niego tuliła.
Skarbie! Jak ja bym bez ciebie żył? Głupoty! Darek poczuł, jakby zrzucił z pleców tonę ciężaru. Nikomu nic nie jest winien, nic już nie musi. Może po prostu być. Kochać Izę, ożenić się, mieć dzieci… I to będzie ich życie, ich rodzina. A inni niech żyją jak chcą.
I to takie proste pozwolić sobie na szczęście!
Iza patrzyła, jak Darek ze smakiem je jej zupę. Patrzyła i uśmiechała się, bo wiedziała: w ich domu mieszka od teraz mała, własna rodzina. I była tego pewna.



