Moja tajemnica

Moja tajemnica

Leżenie na zimnym, ubitym śniegu, który wczoraj był rozmiękły przez odwilż, a dziś ledwie natężony mrozem, paradoksalnie wydaje się przyjemne. W środku aż kipi i pulsuje krew, wybucha w skroniach, ściska w piersi, twarz płonie gorączką, a usta wyschnięte jak wiór.

Zgarniam dłonią garść śniegu i powoli, z trudem rozchylając wargi jak sparaliżowany, wkładam śnieżną kulkę do ust. Ma chłodny, przyjemny smak, który jednak za chwilę psuje metaliczna nuta. Krew sączy się z popękanych dziąseł, każe kaszleć i połykać jej słony posmak. Nie mam dość siły, by się przewrócić na bok i wypluć to wszystko.

Śnieg łagodzi ból, za co jestem mu szczerze wdzięczny. Darmowa narkoza, niech będzie błogosławiony! Ale zimno nie zabija bólu do końca raczej odpycha go, gdzieś daleko, na horyzont, pod czerwony dysk zachodzącego słońca. Nawet patrzeć na ten zachód boli oczy łzawią od jaskrawości.

Zamykam powieki teraz słońce widzę już tylko jako zamgloną, szarożółtą plamę.

Chciałbym się odczołgać, skryć gdzieś: w rowie, w zagajniku, w jakiejś rynnie zwinąć w kłębek i trząść się, wyjąc jak pogryziony pies. Ale nie mam siły. Nogi ciężko zalegają jak dwa drewniane kloca, czasem tylko przebiega przez nie skurcz…

Próbuję przesunąć się na bok, opieram się na prawej ręce ta robi się miękka jak gąbka, igła wżyna się w bark.

Nic to… Dobrze, spróbujemy inaczej! szepczę zgrzytając zębami. Własny zachrypnięty głos budzi we mnie grozę.

Z lewej strony jeszcze czuję, więc z trudem zgarniam się do pozycji siedzącej, ale dłoń zapada się w śnieżny kopiec, a ciało znowu styka się z lodowatym podłożem.

Umarłbym. Właśnie tutaj, właśnie teraz, spokojnie mogę umrzeć, wtedy to wszystko się skończy. A co potem? Już wszystko jedno. Widać porwałem się na coś, co mnie przerosło. Sam sobie winny pomyliłem drogi. Teraz już nie mam szans się uratować.

Rano będą szukali mojego ciała. Obiecywali… Albo szybciej znajdą mnie wilki? One też muszą coś jeść Wtedy uśmiechnę się z pogardą do swoich wrogów. Dla nich zostaną same kości…

Zaczyna się gwałtownie robić ciemno. Strasznie chce mi się spać. Zapadam się w czerń, dryfuję jak ryba w szponach kraba to nawet miłe. A potem wracam w ból; rozbłyskuje czerwonymi iskrami przed oczami, rozlewa się po żyłach, powoduje skurcze mięśni, każe zaciskać zęby. To z tej rozpaczy rodzi się we mnie ślepa, okaleczona złość. Tak jak chcieć rzucić się na wroga z pustymi rękami i wrzaskiem na ustach. Jesteś bezbronne chuchro, ale wróg boi się twojej desperacji. Też bym się chciał zemścić. Ale bić kobiety nie umiem i nigdy nie będę zemsta jest niemożliwa…

Złość zmusza mój umysł do działania, choć ciężko, z bólem, skrzypiąc trybikami, ale zmusza.

A z wnętrza ciała podnosi się jeszcze strach. Pierwotny, atawistyczny. Lęk przed śmiercią. Nie pozwala mi zgasnąć.

Z lewej strony, gdzieś z podszycia, słychać wycie wilka. Skrzywiam się: Nie, bracia! Tak łatwo mnie nie dostaniecie! Wszyscy tu jesteście wilkami zarówno dwunożni, jak i czworonożni ale moich kości nie ugryziecie!

Muszę się ruszyć. Dokąd? To bez znaczenia. Jak też nieważne. Choćby na czworakach ale zmienić miejsce, porzucić tę nędzną pozycję upodlenia.

Mama Szkoda mi jej. Czeka, martwi się, jak ona sobie radzi? Nie powiedziałem, gdzie jestem nie dowie się, jak się to skończy Choć pewno powiedzą jej. Będzie płakać. I to moja wina. A ojciec mnie przeklnie, słusznie

Robi mi się niedobrze, łzy zamarzają na policzkach, nie spadają na postrzępioną kurtkę…

Czołgam się. Pokracznie podpieram się zdrową ręką, nogami szoruję po śniegu, zostawiam na nim czerwone smugi, ale oddalam się, sunąc dalej dalej od głuszy i wycia głodnych wilków…

A potem tracę przytomność. Tak miło, tak lekko. Nic nie czuję, o niczym nie myślę. Pełny zanik. Jeśli to piekło, to jest przyjemne. Chcę zostać tu dłużej. Hej, demony, bierzcie mnie! Zgrzeszyłem, weźcie, bo moje ciało już mi się nie przyda

Ale nawet w piekle jestem zbędny. Twarz razi mocny żółty blask, zimna, paląca woda zalewa mi usta.

No co, nie kaszlesz? Musisz zakaszleć, przepłucz gardło pogania ktoś, uderza w policzki. Ciosy są tępe, bolą w dziąsłach.

Uuu… jęczę z bólu, odwracam się i pluję na śnieg, już czerwony od krwi.

Żyjesz, znaczy! No to dawaj, do chałupy. Mam tu dom, niedaleko. Kładź się na kożuch, pociągnę cię. No! Co, nie możesz? Sam cię położę Ot tak Cudze silne ręce przenoszą mnie na ciepły, ostrym zapachem owcy kożuch. Zobacz jak cię urządzili! A ja tu słyszę w nocy jakieś auto podjeżdża, światła w polu, jak na cmentarzu. Ludzie głupi, głupi… mruczy nieznajomy, poprawiając mnie na posłaniu. Nic, połatasz się, potem pomyślimy co dalej.

Mamroczę coś o wilkach, o tym, że wrogowie wrócą, potem robi mi się ciepło i błogo, tracę świadomość…

Jakiś ty cudowny, jakiś delikatny! śmieje się Bogusia, pozwalając całować swoje pełne, zaokrąglone ramiona. Ty cielaczek, tak? Łapie mnie za policzki, jej usta przykrywają moje, zatrzymuje się, łapie żar mojego oddechu. Nagle odtrąca mnie, narzuca szlafrok, zawiązuje pasek. Idź już. Czas na ciebie.

Gusia przeciągam się błogo na krepowej pościeli. Chce mi się spać Jeszcze wcześnie, zobacz na zegarek! Znowu mnie wyganiasz…

Często zatrzymywałem się u Bogusi na noc, kolacja, potem kąpiel, ona w tym czasie szykuje czystą, pachnącą pościel. Każda noc mijała niepostrzeżenie. Świeżo z wojska, głodny kobiecego ciała, z prysznica trafiałem tu w raj. Bogusia była piękna, czuła, lepsza niż wszystkie dziewczyny, które kiedyś próbowały zwrócić na mnie uwagę…

Patrzę, jak Bogusia naciąga pończochy na gładkie, białe nogi. Jak za parawanem zakłada bieliznę, sukienkę.

W lustrze wszystko widać. Bogusia w nim jest jakby słoneczna jasna, nierealna, bajecznie piękna.

Powiedziałam: wyjdź już rzuca cicho Zapnij mi suwak i idź. Maksymilianie, to dla twojego dobra! Przyjdź jutro…

Jeszcze minutę się całujemy, potem Bogusia rzuca w moją stronę ubranie i odchodzi.

Słyszę jak w kuchni włącza palnik, miele kawę. Po mieszkaniu rozlewa się jej ostry, nieco spalenizną zalatujący aromat. Adam Tadeusz, jej mąż, lubi mocną kawę z pieprzem! Uważa, że tak jest bosko. Bogusia zwykle siedzi naprzeciwko, wdrapuje się nieforemnie na stołek, z uśmiechem kiwa głową. Jak kwoka podciąga stopy, stoi na szczeblu, musi być czujna, by przypadkiem nie zdradzić się imieniem Maksymilian

Jeszcze chwilę stoję w łazience, długo pluję, śmieję się pod nosem, wychodzę, zakładam koszulę i spodnie, zerkam w kierunku kuchni; Bogusia stoi plecami do mnie. Jej szlafroczek świeci pod blaskiem słońca, zakreślając kusząco gitarowy zarys sylwetki.

Jest ode mnie piętnaście lat starsza. Wcale mi to nie przeszkadza nawet dodaje dumy, że taka kobieta wyróżniła mnie spośród tylu chłopaków.

Bogusia Była wyrozumiała wobec moich nieporadnych zalotów, miała muzyczny śmiech i całowała tak oszałamiająco, że brakowało mi tchu. Pozwalała zostawać na noc w swym przestronnym mieszkaniu, z wysokimi sufitami i kryształowymi żyrandolami, wypielęgnowanym parkietem, stylową zastawą. Jadłem u niej, łapczywie, nieświadom dobrych manier, pożerałem placki ziemniaczane prosto z patelni, rozgniatałem sztućcem kotlety, niezdarnie piłem z kieliszka. Lubiła pić ze mną bruderszaft, potem śmiała się i pozwalała całować śnieżnobiałą szyję.

Nie chciała, byśmy się poznali, to ja się uparłem.

Poznałem ją w tramwaju. Przepychałem się przez tłum do kobiety, która mi się spodobała. Byłem wtedy pijany i nieco ordynarny. Był ze mną Grzesiek, kumpel ale potem się zgubiliśmy. Chciałem poznać Bogusię, zaoferowałem odprowadzenie, ona nieśmiało odmawiała, odsuwała się.

Odprowadziłem ją do kamienicy. Przy wejściu kazała mi odejść. Pokiwałem głową, udając, że odchodzę, po czym ukryłem się w bramie, by wypatrzyć, w którym oknie rozbłyśnie światło.

Pierwsze piętro. Okna jej mieszkania wychodziły na moją stronę podwórka. Udało mi się nawet zobaczyć jej sylwetkę za firanką. Przebierała się. Patrzyłem urzeczony, aż przegonił mnie dozorca, wymachując miotłą…

Przychodziłem tam co wieczór. Byłem opętany. Matce mówiłem, że idę na spacer, a sam stałem pod oknami Bogusi.

Widziałem i jej męża. Okno kuchenne także wychodziło na podwórze. Adam Tadeusz chodził po mieszkaniu w podkoszulku i wypchanych dresach. Chudy, kostropaty, przygarbiony, z nerwowym tikiem głowy. „Dlaczego ona za niego wyszła?!” pomyślałem wtedy „Czy mogła się zakochać?!”

Adam Tadeusz powoli jadł kolację z gazetą w ręku, potem Gusia podawała mu herbatę z ciastkami. Ja stałem i obserwowałem. Któregoś razu nagle odwrócił się, jakby poczuł mój wzrok, zaciągnął zasłony. Dwa cienie zlały się w jeden, zrobiło mi się niedobrze. Jak ona, moja Bogusia, może się całować z takim szkieletem?!

W końcu nie wytrzymałem wdrapałem się do niej przez okno do sypialni. Mąż był wtedy w delegacji, sam widziałem, jak wyjeżdżał z walizkami, więc się nie bałem. Byłem gotów na wszystko.

Bogusia zbladła, chciała krzyczeć, gdy mnie zobaczyła. Ale zasłoniłem jej usta i pocałowałem.

Jak ona pachniała! Włosy, usta, lekka sukienka każdy miał własny aromat…

Moja mama chyba nigdy nie używała perfum. Od niej zwykle czuć było fabryką, ciężkimi zapachami, papierosami. Paliła dużo, kilka paczek dziennie przez to zęby miała żółte. Nigdy się szeroko nie śmiała, wstydziła się. A Bogusia miała śnieżnobiałe, równe zęby, jak z reklamy. Moja mama nie ubierała się ładnie. Wcześniej nie zwracałem na to uwagi, ale teraz wstydziłem się za nią. Kupić jej coś ładnego? Oszczędzałem pieniądze lepiej je wydawać na kwiaty dla Bogusi. Mąż jej nigdy nie przynosił bukietów był żałosnym nieudacznikiem. Mieli przepiękne mieszkanie, meble z drzewa, obrazy, a nie wycinki z gazet jak u mnie w domu. Zastawę jej mogliby używać królowie, a biżuterię godni cesarzowej. Ale Bogusia powiedziała, że to wszystko rodzinna spuścizna jej mąż tylko korzysta z rodzinnych dóbr. Spryciarz!…

Ja nie taki. Potrzebna mi była sama Bogusia bez niczego! Oczywiście, pyszna kolacja i czyste pościele były miłe, ale byłem pewien, że nawet na sianie byłoby mi równie dobrze, byleby była przy mnie.

Tak, Bogusia pachniała czymś wyjątkowym, francuskim, może włoskim. Na jej włosach, skórze, w zagłębieniu szyi…

Zawsze zachwycałem się swoją kobietą. Tak ją myślałem: Moja kobieta. Zdobyłem ją, wtargnąłem do jej świata, padła do moich stóp.

Bogusia wszystko robiła pięknie jadła, zmieniała ubranie, paliła. Była harmonijna, jak dźwięk gitary, którą symbolizowały jej biodra. Bogini! Moja bogini!

Pierwszą naszą noc pamiętam na zawsze. Była wtedy szczególnie czuła i prawdziwa. Nie udawała, nie żartowała ze mnie, nie mizdrzyła się. Topniała mi w objęciach, a ja topniałem od tej mocy. Rankiem od razu wiedziałem, że mnie kocha. Z tamtym, z mężem, po prostu trwa z przyzwyczajenia, wypełnia obowiązki, a przy mnie oddycha, żyje, raduje się. Dzięki mnie w jej żyłach płynie gorąca, śmiała, rozkoszna krew.

Tak, czasem, rano, musiałem uciekać.

Wstawaj, kochanie! Wstawaj, już pora całowała mnie po naszej trzeciej nocy. On wróci niedługo, z delegacji. No już, Maks… Moja dobroci, mój najukochańszy… szeptała, wodząc palcem po moim policzku i silnym młodym ciele, które tak kochała. Przez tydzień się nie pokazuj, potem znów przyjdź.

Może byśmy tak pogadali z nim? zaśmiałem się zaczepnie. Po męsku. Chcę, żebyś była tylko moja, Gusia! Chcę być twoim mężem!

Ona śmiała się, głowę odrzuciła do tyłu. Brązowe włosy rozsypały się na ramionach jak strumień miodu. Skoczyłem, objąłem, pocałowałem.

Moja! Moja, słyszysz?! szeptałem. Myślisz, że nie poradzę sobie z Adamem? Niech spróbuje mi się postawić!

Ja nic nie myślę, kochanie uwolniła się z objęć. Chcę, żeby wszystko zostało jak jest. Chcę być twoją tajemnicą, a ty moją. Są rzeczy, w które nie musisz się zagłębiać, Maksymilianie. Idź już. Muszę jeszcze posprzątać.

Poczułem żal. Nie chce być moją żoną… Jak to…

Ale przy drzwiach Bogusia przytuliła mnie, pocałowała. To była siła. Nie żona, nie na zawsze ale zawsze MOJA. O mnie pomyśli przed snem, mnie porówna z mężem i ja wygram. Jest moja, a Adam Tadeusz rogacz…

Gdy wyszedłem, Bogusia zaczęła nerwowo sprzątać. Mąż zadzwonił w nocy, mówił, że wraca wcześniej. Świadomy, doświadczony człowiek! Nie chce sprawiać Bogusi kłopotu. Kobieta była roztrzęsiona, otworzyła okno by Adam nie wyczuł obcego zapachu. Ale on coś przeczuł. Spryciarz wytropił innego samca.

Zalatuje, Gusia! rzucił walizkę na podłogę.

Czymże? spytała, jakby zdezorientowana, zaciągnęła szczelniej szlafrok.

Czymś niedobrym, Gusia. Nie zgrzeszyłaś tu beze mnie? spojrzał na nią spod byka, zdejmując buty. Nagle się wyprostował.

Strach ścisnął ją w gardle, ale się uśmiechnęła.

Co ty! To ja kurczaka piekłam, a on chyba był zepsuty, wyobraź sobie! Adaś, idź się umyj, ja zastawię stół, kawa już gotowa, są i bitki. Podgrzać? No puść, głuptasie! Tak cię kocham… Tęskniłam… świergotała z przesadą.

Adam Tadeusz złapał ją za włosy, przyciągnął, patrzył prosto w oczy, w końcu puścił i uśmiechnął się.

Mam dla ciebie prezent. Przymierz! Wyciągnął z kieszeni coś zawiniętego w chustkę. Kolczyki ciężkie, stare, z czerwonymi kamieniami. Powiedziałem, przymierz! burknął, widząc jej zawahanie. Przyjrzała się ozdobom, niepewnie spojrzała na męża.

A co to na nich, Adaś? To… To… położyła prezent na półce, instynktownie wytarła dłonie o sukienkę.

Głupia! Wydaje ci się. Zakładaj i chodź na śniadanie! Gusia, już!

Posłusznie zdjęła stare, po matce, nałożyła nowe. Odwróciła się, Adam był zadowolony. Lubił ją stroić jak lalkę. Drogie sukienki, buty, torebki, biżuteria. Czasem zmuszał, żeby spała w ciężkich złotych łańcuchach i bransoletkach, które raniły ją, ale według niego to zabawne

Zostanę z pięć dni, potem znowu wyjeżdżam mówił, wycierając chlebem talerz. Interesy idą świetnie. A gdzie ten kurczak, Gusia? nagle prychnął.

Jaki kurczak? Zadrżała jej ręka, kawa rozlała się na obrus. Adam nienawidził brudnych obrusów wyniósł z domu po matce-alkoholiczce wstręt do bałaganu. Chudy, już nie mógł przybrać na wadze, nawet kradł kiedyś jedzenie, śnił o lepszym życiu, gdzie wszystko jest piękne i pyszne. Gusię miał, bo była najlepsza. Gotów był zniszczyć każdego, kto stanął na drodze syna menelki do luksusu. Gusia miała narzeczonego, młodego fizyka. Ślub był wyznaczony. Zginął w nocy w bójce przypadkiem…

Gusia wtedy wyła z żalu, chciała ze sobą skończyć, ale Adam był tuż obok. Ujął jej matkę, wsparł pieniędzmi, starał się powoli zdobyć zaufanie. Ojca Gusi chciano wsadzić za kradzież Adam wybawił ich z opresji. I tym sposobem Gusia wylądowała u jego boku.

Teraz też się uśmiechnęła, przykrywając plamę serwetką.

Kurczak, co go piekłaś. Nie ma go w śmieciach doprecyzował Adam.

Wyniosłam na śmietnik machnęła ręką. Przecież nie będę trzymać w domu!

Mąż się uśmiechnął. Takie faktycznie nie powinny leżeć w domu. Stary lis wszystko zrozumiał…

Gdy mąż wyjechał, Gusia szybko zaprosiła mnie do siebie. Dzwoniła do mnie do pracy, na fabrykę. Gusia kochała lody zawsze przynosiłem jej ze stołówki, karmiłem własnoręcznie i całowałem słodkie usta oklejone wafelkami.

Zwolniłem się, udając niedyspozycję, przyjechałem zaraz po obiedzie. Boże, jak tęskniłem. Lgnąłem do niej, nie mogłem nasycić się jej miłością i objęciami. Byłem ogień, a dziś ona także. Znowu była moja

Od trzech dni nie spałem w domu, nie dzwoniłem do rodziców. Zniknąłem, hulałem… I co z tego! Jestem młody, potrzebuję tego.

O tym, że mama jest w szpitalu, dowiedziałem się przypadkiem rano od ojca stojącego pod zakładem. Wyschnięty, blady, bardziej cień niż człowiek.

Tato, co tu robisz? spytałem rozdrażniony.

Mamę zabrali w nocy. Znowu żołądek. Zobacz ją, co? szepnął, miętosił w rękach starą, połatana czapkę.

Do którego szpitala? spytałem zły na zawracanie głowy.

Powiedział adres. Obiecałem, że odwiedzę. Tata kiwnął. Płakał, widziałem to, ale mnie nie obchodziło. Mama bywa w szpitalu, to żadna nowina! Przesada…

Gusia z niechęcią pozwoliła mi wyjść do mamy, spakowała nawet trochę jedzenia. Moja ukochana, dobra Gusia…

Mama leżała na korytarzu, na twardej leżance, nie było dla niej miejsca w sali. Cały czas ją mdliło, salowa klęła i krzyczała, żebym zabrał ją do domu.

Dokąd? Potrzebuje leczenia! protestowałem. Zamknij się i nie waż się obrażać mojej mamy!

Mama ściskała mi dłoń, prosiła, żebym się nie złościł, ale nie umiałem. Co to za szpital, nie potrafiący się zaopiekować chorym? Po co mam się tym w ogóle przejmować?! Mam własne życie, a mama i tak zawsze ląduje w szpitalu.

Mama powoli jadła zupę od Gusi, mówiła, że smaczna. Siedziałem obok, przepychali mnie pielęgniarze, przejeżdżali wózkami, byłem jeszcze bardziej zirytowany, spoglądałem na zegarek. Za dwa tygodnie wraca Adam! Znowu będę musiał odejść od Gusi…

Mamo, zjesz sama? spytałem, zostawiając jej torbę z jedzeniem u stóp.

Spieszysz się, synku? Dobrze, poradzę sobie Maks, nie przychodź jutro, nie martw się, tata mnie odwiedzi uśmiechnęła się, głaszcząc po ręce.

Kiwnąłem, wyszedłem. Nie wiedziałem, że wszystko wyrzucą, bo mama nie może jeść, że nadal będzie leżeć na korytarzu. Nic mnie nie obchodziło, myślałem o Gusi…

Wróciłem do naszego gniazdka Bogusia siedziała na podłodze i płakała.

Co się stało? stałem w progu. O co chodzi?

Drżała, pokazywała mi błyszczące ozdoby na dywanie.

Adam dał mi kolczyki. Przywiózł ostatnio. Chciałam je wyczyścić, zczerniały, stare. A na nich… Są brudne. Maks, wynieś je z domu! Słyszysz? Wynieś! Boję się ich!

Zawinęła ozdoby w szmatkę, wepchnęła w ręce.

Idź! Wyrzuć je, Maks! Boże, co teraz będzie? szepcze, rozmazując tusz na policzkach.

No coś ty?! Umyję je. Twój mąż zapyta, gdzie są. Co tam na nich? Kurczę…

Wszystko rozumiem. Mąż nie ma skrupułów przynosić do domu fanty nie wiadomo skąd. Pewnie już nie pierwszy raz Czerniejące plamy wyglądają jak ślady po ranie, wielkiej, śmiertelnej…

Przełykałem ślinę, źle mi się zrobiło, czułem się jak w błocie.

Bogusia, może lepiej zgłosić sprawę na policję? To zająknąłem się, potem zrozumiałem, że gadam bzdury. Gusia nigdy nie wyda swojego męża.

Posłusznie wychodzę, wyrzucam pakunek za mur sąsiadującej z domem drukarni. Nie zauważyłem chudego faceta, który czaił się w krzakach Już od dawna śledził mnie i Bogusię

Adam Tadeusz i jego dwóch zbirów przyszli w nocy. Dopiero niedawno zasnęliśmy, byliśmy pijani, nie słyszeliśmy zamka, kroków na parkiecie.

Obudził mnie cios. W ciemności ktoś okładał mnie pięściami, Bogusia krzyczała, potem ucichła.

Próbowałem się bronić, głowa bolała, w ustach metaliczny smak, wymachiwałem rękami, ale pudłowałem za dużo wypiłem.

Światło się zapaliło. Adam siedział w fotelu i mi się przyglądał. Bogusia stała obok z zamkniętymi oczami.

Przepraszam za kłopot powiedział spokojnie mąż. Ale muszę zabrać swoje. Bogusiu, kochana, pocałuj męża, wrócił!

Szarpnął ją za rękę, zgięła się, a jego usta wpiły się w jej policzek.

Adaś… Zrozum, on… Bogusia wskazała na mnie.

Nie chcę pokręcił głową. Dał znak, znowu dostałem. Próbowałem się bronić, ale nie miałem już sił

Bogusiu, złotko, przygotuj mi swoje świecidełka. Potrzebuję ich, kochanie.

Adam podszedł do mnie. Oczy już mi puchły, trudno oddychać, chyba żebra połamane.

Ty, robaczku, na kolanka i człap! rzucił do mnie.

Adaś… krzątała się przy komodzie żona. Nie ruszaj go. Przecież sam pozwoliłeś na Przecież się zgodziłeś szeptała, okrywając się szlafrokiem, który wciąż się rozchylał. Tak się umawialiśmy Po co krzywdzisz tego chłopaka?..

Dlatego, że sięgnął po zakazany owoc. Nie lubię go, Bogusia. Rozumiesz? Nie lubię Jego matka w szpitalu, kona, a on śpi tu, na naszych prześcieradłach! kopnął mnie z całej siły. Matkę trzeba czcić. Swojej nienawidzę, a pochowałem jak królową. A ten gówniarz uciekł od swojej.

Skąd ty…? wychrypiałem, zakasłałem.

Stąd. Tutaj wszyscy chodzą na moje rozkazy, Maksymilianie. Całe miasto. Zdziwiony? Gusia nie uprzedziła, z kim się zadajesz? No, pograła sobie biedna ze wszystkimi, ale z tym nie zagram!

Podnoszę głowę, patrzę na Bogusię. Plączą mi się w głowie: mama, szpitalny korytarz, mężczyzna czekający na końcu, cienki zapach rosołu, szpitalna sprzątaczka, nasza z Gusią noc, jej pieszczoty, jej niewinne igraszki… A potem wszystko przesłaniają jasnoniebieskie oczy Adama. Pochyla się nade mną i śmieje prosto w twarz.

Szkoda, że uciekłeś od matki. Teraz już się nie zobaczycie! szepcze. Zaciskam zęby, robi mi się przerażająco. Jestem niczym, nikczemny człowiek, zaraz umrę…

Adaś, co mam mu powiedzieć? Bogusia nagle się opanowuje, pakuje jakieś błyskotki do torby. Przyszedł sam, nie wołałam go. Jest odpowiedzialny za siebie, ja nie mam z tym nic wspólnego. Proszę, kochanie, tutaj masz wszystko podaje mężowi torbę.

Zerkając do środka, Adam kiwnął głową.

Teraz załóż te kolczyki, co ostatnio ci przyniosłem wydał rozkaz.

Nie pasują do szlafroka, Adaś! Później, później! zaczęła się do niego łasić Bogusia. Zamarłem.

Mówiłem: zakładaj! wydarł się, wystrzelił w moją stronę. Kula wbiła się w parkiet, prawie urwała mi palec.

Bogusia przez chwilę udawała, że czegoś szuka grzebała w szufladach, przeszukiwała bieliznę.

Coś wymyśli! Na pewno coś wymyśli! Uratowalibyśmy się, moja kochana, czuła Gusia!

Nie Adaś, ich nie ma! Tutaj schowałam, a teraz pustka! rozłożyła ręce, spojrzała na mnie tym swoim jadowitym wzrokiem. To ty! kopnęła mnie boleśnie, przewróciłem się na bok. Ukradłeś! Jak mogłeś?! Trzęsła się z wściekłości. Dla twojej biednej matki gotowałam rosół, a ty mnie okradłeś?! Adam, wyrzuć z domu tego drańa! Boże, nie ma też złotego zegarka po prababce! Maks, ty padlino Myślałam, że jesteś czysty, a jesteś zgniły…

Zegarek oddała lekarzowi w zamian za aborcję. Mogłaby mieć ze mną dziecko, ale nie chciała. Adam chciałby ale nie mógł mieć dzieci. Nie pozwoliłby jej przerwać. A ona zapłaciła zegarkiem za tajemnicę. Ale wszystko zwaliła na mnie…

Adam kazał mnie podnieść, postawić na nogi. Dalej pamiętam jak przez mgłę. W głowie tylko obraz Bogusi, pięknej, namiętnej, stojącej za plecami męża, a on rozkłada mnie na kawałki

Nie cierpię złodziejstwa, Maks powiedział, już gdy leżałem na śniegu. Rozumiem miłość, rozumiem zdradę, nawet wybaczyć mogę cudzołóstwo. Myślisz, że sam nie zdradzam? Mam takich Bogusiek po całym mieście. Ale kradzieży nie zniosę. To moje, rozumiesz

Leżę na zimnym śniegu, sercem wrzącym i głupim, słysząc wyjeżdżającą furę, zawodzenie wiatru i uderzenia lodowatego śniegu w twarz. Potem zostaje tylko dudnienie w skroniach. I myśl, że mnie zdradziła najukochańsza kobieta Serce moje się schłodziło. Oczyściło.

Co było dalej, wiecie…

Leżałem w chatce tego myśliwego przez wiele dni. Przyprowadził do mnie jakiegoś znachora, razem grzebali przy moich połamanych żebrach, nogach (na szczęście kości nie pękły, dziękuję Adamowi i jego ludziom). Dwaj obcy mężczyźni łatają mnie, ja tylko przez zęby dziękuję. Oni się śmieją.

Będzie dobrze, bracie. Zagoją się biegać będziesz! mówił myśliwy.

Na własnych nogach wychodzę z chaty dopiero po trzech tygodniach. Omdlewam z powodu jaskrawości świata. Pole zalane słońcem, jak patelnia z jajecznicą, jak rozgrzana stal, wszystko pulsuje światłem. Śnieg odbija promienie, wypala oczy. Myśliwy zakłada mi ciemne okulary.

A teraz idź, czas się wynosić rozkazuje. I nie bierz już nic cudzego, młody. Bo następnym razem może się nie udać

Zanim wyszedłem, próbując założyć buty, słyszę jak ci dwaj śmieją się: Ciekawe, ile Adam zapłacił za ratunek temu młodemu?

Zamieram, opieram się plecami o ścianę.

Co powiedzieliście?

Nic. Adam Tadeusz jest wielce dobroduszny. Chciwy, ale szybko mu przechodzi. A jego żonka jeszcze większa żmija. Sprzedaje jego fanty, myśli, że kiedyś odejdzie. A jak ją łapie daje na pożarcie kolejnych chłopców jak ty. Nie pierwszyś i nie ostatni u nas. Bogaci mają swoje fanaberie, nie przejmuj się. Po prostu miej na oku, co możesz połknąć. Idź już, Maks. Twój czas

Dotarłem do miasta pod wieczór. Od razu do szpitala może zdążę do mamy?

Nie mamy takiego pacjenta, przepraszam zamyka okienko rejestratorka. Musiałem ją wystraszyć wyglądem.

Proszę, niech pani sprawdzi! jeszcze łomoczę. W końcu odchodzę.

Znów jest czerwony zachód słońca jak tam, na polu. Ogarnia mnie strach.

W naszych oknach pali się światło. Oddycham z ulgą i ciągnę nogę do klatki. Długo dzwonię, aż w drzwiach staje mama, malutka, chuda. Patrzy przestraszona. Rzucam się na nią, widzę ojca, płaczę

Martwiliśmy się o ciebie, synku mama dokłada mi smażonych ziemniaków. Potem zadzwonił Adam Tadeusz, powiedział, że miałeś kłopoty, ale niedługo dojdziesz do siebie, lepiej się nie pokazuj w mieście, bo mogą cię zamknąć

Adam Tadeusz? opuszczam widelec.

Tak, ktoś z ministerstwa zdrowia. Odwiedził mnie w szpitalu, załatwił oddzielną salę. Maksymilianie, dziękujemy ci, że poprosiłeś go o pomoc! mama szlocha. Bez niego bym nie przeżyła

Mówi, płacze, głaszcze mnie po głowie, tata patrzy uważnie nie mogę znieść jego wzroku, odwracam się…

Po latach, z żoną Marysią szliśmy po targu, szukając świątecznej choinki. Nowy Rok tużtuż, Marusia kocha żywe drzewka, ich żywiczną woń, igły na podłodze. Było mnóstwo bazarów objechaliśmy prawie wszystkie, wszędzie nie tego szukaliśmy.

Może jeszcze tu? zaproponowała Marysia, wskazując na ogrodzony plandeką kącik. Blady blask lamp ukazywał szkielety choinek, jakieś gałęzie rzucone w kącie.

Kiwnąłem głową. Weszliśmy. Marusia zaczęła obmacywać gałęzie, gdy z cienia wychylił się ktoś z zachrypłym, przepalonym głosem:

Kupuj, jak chcesz macać! Ręce precz!

Wyszła na światło. Kobieta w kufajce, walonkach, z wełnianą chustą na głowie. Twarz, bez grama makijażu posępna, w oczach żółć.

Rozpoznałem ją. To była moja Bogusia. Moja pierwsza, szalona miłość. Kobieta, której blizny noszę do dziś. Marusia pyta czasem, skąd są te ślady wymyślałem różne historie, bo kocham tylko ją i nie chcę jej ranić. Marysia jest prawdziwa, dobra i mocna moim oparciem, moją opoką. Z mojego żebra, dana mi przez Boga. Nie chcę, by cierpiała.

Bogusia patrzy, spluwa. Rozpoznała mnie

Adam kazał jej marznąć tutaj z choinkami, sam siedzi w restauracji przy szampanie. Nie bije jej, nie wyzywa. Po prostu znowu wyszedł na swoje. A ona straciła wszystko. Kolejny chłopiec nie ocalił jej. Z czasem piękno uleciało, nie było już za co łapać młodych…

Chodźmy stąd, Marysiu delikatnie ująłem żonę za rękę. Tu są złe drzewa. Zawieziemy cię na plantację, sam zetnę ci najładniejszą choinkę.

Marusia uśmiecha się ufnie. Ona mnie naprawdę kocha. A ja wciąż nie mogę uwierzyć, że zasłużyłem na to…

I czy za to szczęście powinienem dziękować Adamowi Tadeuszowi? Za to, że nie kazał swoim ludziom zabić mnie wtedy? Chudy, przygarbiony Adam pokonał mnie, zrobił swoim dłużnikiem na zawsze. Tak mi trzebaPatrzę na ciemne oczy Bogusi nie ma w nich już ani ciepła, ani dumy. Nawet nienawiść zgasła. Jest tylko pustka, zgrubiałe dłonie i za ciasny szal. Przez chwilę jej spojrzenie przenika mnie na wskroś jak kiedyś, gdy przyciągała mnie palcami ku swoim ustom. Wtedy skóra pachniała perfumami, dziś tylko żywicą i dymem.

Idziemy dalej, za nami roznosi się woń palonego igliwia. Marysia przytula się do mnie, czule obejmuje za ramię i całuje w policzek. Światło latarni drży na jej szaliku. W tym blasku wszystko jest inne: mrozy nie są tak dotkliwe, noc mniej straszna. Dziękuję w myślach, nie Adamowi, nie Bogusi, nawet nie losowi dziękuję tym wszystkim porażkom, upadkom, zdradom, bo dzięki nim nauczyłem się rozpoznawać, co jest prawdziwe.

Kiedy do domu wniesiemy pierwszy świerkowy zapach, a Marysia rozsypie igły na podłodze, będę już pewien: nie wracam myślą tam, gdzie zimny śnieg i cudze pościele raniły ciało i duszę. Wszystkich tajemnic już nie było, rozpuszczone jak ślady na śniegu. Zostaje tylko to, co trwa czyjaś cicha miłość i zwykłe, dobre życie.

A czasem, gdy noc zerwie się do wycia, odwrócę się do Marysi, schowam twarz w jej cieple, a dawny ból zostawię za sobą wśród żółtych lamp bazaru, w oczach jednej kobiety bez przyszłości. Bo najważniejsze tajemnice nie są tymi, które się ukrywa, lecz tymi, które komuś się powierza.

Tym razem wybrałem dobrze.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

20 − cztery =

Moja tajemnica