Kamienna kobieta

Kamienna kobieta

Grażynę Feliksównę przywieźli karetką, znaleźli ją na ulicy, upadła w ohydną, zimną chlapaninę, nie było już sił, by się podnieść. Mężczyźni wpakowali wiotką Grażynę do ambulansu, zawieźli do Izby Przyjęć.

Duża, masywna kobieta w garniturze, butach na wysokim obcasie takich kieliszkowych, z dyskretnym makijażem podkreślającym lekko wyłupiaste oczy i pełne usta, w uszach ciężkie kolczyki z bursztynem, skórzana torebka na kolanach Grażyna wjechała do izby przyjęć na wózku. Leżeć kategorycznie odmówiła; jak tylko odzyskała przytomność, zrugała ratownika, że śmierdzi papierosami, pielęgniarce zwróciła uwagę, że zbyt powolna, młodemu praktykantowi kazała nawet do siebie nie podchodzić.

I dobrze, jakoś nie paliłem się mruknął chłopak naburmuszony.

Jeszcze mi tutaj pogadaj! Panie dobrze wychowany, zobaczymy, kto do kogo się pierwszy dotknie! Grażyna Feliksówna oparła się na podłokietnikach, uładziła się wygodniej, jak zagniewana puchata sowa skuliła kark, wciągnęła torebkę jeszcze bliżej brody i zaczęła spoglądać dookoła, jak tajemnicza inspektorka. Zmarszczyła czoło, zmrużyła brwi pośrodku swojej niedbale wykutej twarzy przypominającej głaz wyrzeźbiony z granitu. Jej skóra, posiekana cieniusieńkimi żyłkami naczynek, była przykryta grubą warstwą podkładu, który teraz, pod wpływem potu, zebrał się w brzydkie zacieki, podkreślając zmarszczki.
Jedźmy dalej. Tu nie mogę czekać, z każdej strony wieje! poprosiła, wskazując zatłoczony korytarz.

Pani przy rejestracji spojrzała surowo na nową pacjentkę, zepchnęła od ratownika papiery, powiedziała, że teraz Grażyna jest już ich problemem, a ratownik z pomocnikiem mogą wracać.

Przełom nadciśnieniowy, straciła przytomność, głową nie uderzyła, ciśnienie teraz raportował chłopiec w niebieskim fartuchu.

Dobrze, Romek, idź już. Miejsca tu i tak brakuje! poklepała go siostra po ramieniu. Był bardzo do niej podobny, pewnie jej syn.

Trzeba… trzeba pomagać rodzinie, automatycznie pomyślała Grażyna.

Głowa bolała potwornie, ręce wiotczały i opadały na kolana, torebka, ciężka, na znanej marce, prawie spadała na ziemię, a Grażyna nie miała już chyba sił jej podnieść. Ani na nic innego. Nawet mówić było ciężko. Suchy, sztywny język przyklejał się do podniebienia, chciało się pić.

Podajcie mi, proszę, wodę poprosiła głośno, ale jakby do nikogo.

Nikt jej nie usłyszał. Dookoła kłębił się tłum, krewni pchali wózki z chorymi, ktoś płakał, ktoś inny próbował kogoś ocucić. Lekarze krążyli wśród przeszkód, poprawiając stetoskopy na szyjach i czytając dokumenty podkładane pod nos, gabinety otwierały się, zamykały, dobiegały pokrzykiwania. Pielęgniarki zajęte były swoimi, jakże pilnymi sprawami, z Grażyną nie miał to nic wspólnego.

Gdzie jest Baranowska? Kto to Baranowska? zapytała wreszcie jedna z tych medyczek, jak nazwała je Grażyna.

Ja tutaj, odezwała się cicho Grażyna, potem głośniej: Jestem!

Tu kubeczek, ubikacja tam, potem na pobranie krwi. I niech pani zdejmie tę czapkę! To nie Arktyka!

Grażyna zapomniała już o futrzanej, kudłatej czapce, a to przez nią spływały po czole strużki potu i tak piekło ją na głowie.

Niechętnie ściągnęła nakrycie głowy i próbowała wcisnąć je do przepełnionej już torebki, pełnej akt i papierów. Grażyna nie zamierzała tu zalegać, poczuje się lepiej, każą wyjść. Przecież jest dyrektorką dużej firmy, tu nie ma czego szukać okna, terminy, umowy, pracy po szyję!

Młoda siostra położyła kubeczek na kolanach Grażyny.

Grażyna Feliksówna Baranowska. Kobieta, której nie sposób nie zauważyć. Zawsze była taka duży noworodek, duże dziecko, duża nastolatka, dorosła kobieta. Oj, jaka wasza…, rozczulały się pielęgniarki wobec matki Grażyny z zawiniątkiem. Oj, a stopę to pani ma! kręciły głową sprzedawczynie, gdy Grażyna wyrastała z dziecięcych bucików

Przy niej matka wydawała się wręcz Calineczką. Takie geny ojciec, silny niczym Janosik, zmarł na raka, kiedy Grażyna miała 8 lat.

Grażyna zawsze siebie wstydziła. Chodziła po przedszkolu jak wielkoludka, inne dzieci jej unikały. W sporcie czysty przypadek, mama krótko spotykała się z trenerem. Grażynę zapisano na rzut dyskiem, pchnięcie kulą. Tam znalazła dla siebie miejsce, czasem doznała kontuzji, ale była szczęśliwa, bo dawała sobie radę. Potem serce poparzone przez męskie ciekawości, nieudane miłości, potem doroślejsza, matka pochowana, samodzielność nabrała kształtu wielkiej kobiety, za którą wszyscy tylko się oglądają bez słowa.

Pracę zaczynała w administracji mieszkaniowej, dowodziła majstrami, remontami, potem reforma, wolność, firmy, firmiki, szmery, bajery. Grażyna z ekipą pracowała na budowach, brano ją za mężczyznę, potem rozumiano i już żartowano, ale była „swoja”. Szczera, zdecydowana, nie lubiła plotek, nie przyjmowała skarg.

Grażyna została „Kamienną Babą”, bez uśmiechu. W firmie „Okna na Świat”, własnej, zdobyła szacunek za solidność.

Była oschła, nie piła z podwładnymi herbaty, nie była Snieżynką na wigilię to przecież niedorzeczne, przy takich gabarytach. Zbierała wszystkie życiowe informacje jak grzyby po deszczu: który pracownik jest chory, która sekretarka w ciąży, kto ma skandal w domu, komu przyjechała rodzina ze Skierniewic, komu trzeba pomóc, zamówić jedzenie, szukać szkoły.

Nie miała przyjaciółek. Tak było łatwiej. Bo nikt nie powie ci za plecami nasza długaja….

Kamienna kobieta nie popełniała błędów, nie użalała się nad sobą, wszystko robiła wprost z celem na przyszłość. Jeśli musiała kogoś zwolnić, to dawała mu inne opcje. Odchodzili nieliczni bo kto by chciał odchodzić z pracy u kamiennego muru, gdy wszędzie wokół konkurencja i młodzi, sprytni. Miała swój żelazny korpus. Teraz mogła na nim polegać, modliła się, by nie zaniedbał kontraktów.

Co to jest?! Nie pójdę nigdzie! rzuciła kubek z analizami na podłogę. Mam kryzys nadciśnieniowy! Muszę się położyć. Umiecie czytać?

Nie warcz, kochanieńka! ożywił się siedzący obok mężczyzna w zawoju, wyglądający na bezdomnego. Podniósł kubeczek, przekręcił w palcach. Chcesz, mogę za ciebie, co? Hahaha! Ale daj czapkę, bo na darmo się nie ruszam. Lubię takie duże kobiety!

Pomóż najpierw sobie! warknęła Grażyna, odepchnęła się nogami, wózek stuknął o ścianę, zostawił w tynku dwie wklęsłości.

Pani! Co pani wyprawia! Dopiero co skończyliśmy remont, nie niszczcie tu! jęknęła jakaś kobieta z plakietką. To do kogo należy? Gdzie z nią?

Nikogo nie mam. Swoja jestem. Wychodzę. Jaki tu jest adres? podnosząc się ciężko zapytała Grażyna. Muszę zamówić taxi. Gdzie komórka…?

I dokąd się wybierasz? Taksówkę ci się zachciało! Poczekaj, zaraz lekarz przyjdzie, poleżysz, wypoczniesz odezwała się inna.

A chora już dzwoniła.

Sławek? Janka, proszę mi dać Sławka! mówiła do słuchawki z surowością. Tak, wiem, ale to ważne. Jestem w szpitalu, jutro mam ważne spotkania. Muszę porozmawiać ze Sławkiem.

Nie rozkazywała, choć potrafiłaby krzyczeć, aż ludziom trzęsłyby się nogi. Ale nie chciała. Zawsze rzeczowo przedstawiała sprawę tak, by rozmówca od razu wiedział, że wszystko jest poważne, potem mówiła, co trzeba zrobić.

Janka, synowa Grażyny, chodziła z komórką do łazienki, zapukała. Mąż wyłączył prysznic, zawołał: Co się stało?

Twoja mama dzwoni. W szpitalu jest.

Co, Janka, nie rozumiem. Zaczekaj, za dziesięć minut wyjdę! zamknął Sławek drzwi, puścił wodę.

Słyszał? Pewnie. Ale jak mama dzwoni, to znaczy żyje i panuje nad sytuacją. Może poczekać. Tak to już było. Czekał na matkę od rana do nocy, aż wróci z pracy, przecież ona robiła wszystko najpierw praca, potem już „biznes”. Grażyna zamontowała okna w Sławkowej szkole jako darowiznę, po pracy załatwiała wszystko każdemu ze znajomych, kto chciał odnowić domek. Ręce miała wszędzie budowlańcy, ekip remontowe, kucharzy, nawet ogrodników. A ten jeden, malutki Sławek o imieniu jak zwierz „Słowik”, ciągle był w innym stawie.

Nie biła, nie krzyczała. Wracała wieczorem, sprawdzała lekcje, kiwała głową, a jak coś nie tak, sama poprawiała i kazała przepisać. „Do ideału” mówiła. Wyjaśniała, że trzeba się starać. O miłości nie mówiła. Nie tuliła, nie całowała, nie szeptała, że syn jest najważniejszy, dobry i kochany, po prostu nie mówiła nic przemilczała.

Więc nie kocha mnie uznał Sławek w wieku dziewiętnastu lat. Egzaminy? Matka załatwiła, pomogła. Fakt. Ale czy to nie jej obowiązek? On nie prosił, by się urodzić; skoro już jest, niech matka robi co trzeba. A szpital? Phi!

Grażyna usłyszała w słuchawce, że Sławek oddzwoni za dziesięć minut.

Grażyno Feliksówno, co się dzieje? zapytała Janka. Mogę pomóc?

Nie odpowiedziała, rozłączyła się. Na pytanie czyja jesteś? może stanowczo powiedzieć: Niczya. Własna. Syn zadzwoni, gdy uzna za stosowne, synowa pewnie boi się, że teściowa nagle stanie się niepełnosprawna i przyklei ją do swego cielska. Niczya. Tak lepiej.

Zerwała się, oparła o ścianę. Wózek odjechał spod nóg, ciało runęło jak worek, potoczył się po płytkach przesławny kubeczek, rozlała się zawartość torebki, futrzana czapka opadła pod policzek, chroniąc twarz swą miękkością.

Cholera jasna… rzucił mężczyzna, rzucił się podnosić Grażynę, przy okazji schował jej portfel i zdjął z palca bursztynowy pierścionek.

Ktoś ci przypomina, kobieto, ale… nie do rozpoznania…

Nie czuła nic. Oddychała chrapliwie, głowa opadała, a gdzieś w uszach powtarzało się monotonnie: „Trzymaj się prawej strony, trzymaj się prawej strony…”

Grażyna przyzwyczajona była jeździć do biura samochodem. Sama nie prowadziła nie lubiła skupiać się na znakach, woli czytać umowy, patrzeć za okno. Miała szofera Romana Gałkowskiego. Codziennie o 7:30 czekał pod blokiem, otwierał drzwi, poprawiał płaszcz, grał Chopina i odjeżdżał w trasę. Tak było latami.

Roman nie narzekał miał korzyści. Leki dla chorej żony, wczasy, produkty, premie, więcej pensji, niż zapisane w umowie. Owszem, zdarzało się, że w środku nocy dzwoniła, bo pilnie musiała lecieć do Rzeszowa czy Gdyni, gdzie zgłoszono reklamację na okna. I Roman jechał, bo tak zapisano w umowie, tak należało… Grażyna przepraszała, on kiwał głową.

A dziś utknął na parkingu śmieciarka wgniecieła mu zderzak.

Grażyno Feliksówno, wezwijmy taksówkę! Ale się wpakowaliśmy! załamywał ręce Roman.

Nie trzeba. Pojadę metrem odparła Grażyna, choć od rana było jej niedobrze. Przeraziła się po stłuczce? Może. Ale była kamienna, opanowana, miała przecież pieniądze, które każde zmartwienie mogą zamienić w kłopot do rozwiązania.

I powlokła się do metra szaro-brązową chmurą. Przechodnie schodzili jej z drogi przygniatała ich własną masą i powagą. Zagrałaby w filmie giganta i wyszłoby prześwietnie…

W metrze było duszno, tłumy przepływały w obie strony, zatrzymywali się, potem znowu płynęli. „Trzymaj się prawej strony…” usłyszała Grażyna, wchodząc w podziemia przy Polach Mokotowskich. I wszyscy się trzymali. Grażyna też się trzymała, bo w przeciwnym razie studenty podeptałyby ją na drobne…

A teraz dzień się kończył, po wszelkich zamieszaniach, pomiarach, zastrzykach, czujnikach znalazła się w łóżku szpitalnym, przykryta prześcieradłem, słuchała tej myśli: Trzymaj się… Trzymaj…

W sali ciemno, pachnie perfumami, lekami, ale też dziwnie gryką i waniliowymi sucharkami. Grażyna je lubiła, lecz jadała rzadko.

Trzeci piętro, za oknem nie widać ruchliwego, świecącego całą gamą kolorów Mokotowskiego.

Oj, Grażyna pamiętała, jak kupowała tamtą kolorową girlandę ledową w „Smyku”. Po malucha przyszła do przedszkola Sławek siedział sam w szatni, pani przedszkolanka już zakładała płaszcz.

No, Sławku, przyszła mama! A bałeś się! powiedziała jej podniesionym głosem.

Chłopiec szybko otarł łzy rękawem, zakładał czerwony kombinezon w srebrne pasy. Lubił go, choć udawał obojętność, by tylko zrobić na złość matce. Chciał się zemścić… Za wszystko. Bo inni mają ojców, jego nie ma. Mają mamy ciepłe, spokojne, w wełnianych spódnicach i rozdeptanych butach, które przytulają, uśmiechają się do wszystkich, poprawiają guziczki, prowadzą dzieci do domu.

Jego matka stoi nad nim jak głaz, spokojnie czeka.

Co masz w pudełku? zapytał Sławek w drodze.

Ach, to cudo, synku. Girlanda! Powiesimy na choince, pięknie będzie! odezwała się matka z zapałem i Sławek się zdziwił, że tak potrafi.

W drodze wyobrażał sobie, jak choinka zamigocze, jak odbije się światło w szklanych bombkach. Chciał się pochwalić kolegom z przedszkola!

Ale po powrocie girlanda nie zapaliła się. Matka szybko ją spakowała.

Chodź na kolację, muszę prasować rzuciła tylko.

Po dwóch dniach przyniosła naprawioną girlandę, od facetów z pracy. Ale Sławek był już chory, nie miał się komu pochwalić…

… A teraz ktoś, kogo nie znała, rozciągał nad miastem girlandę, podpinał do ludzkich serc, i światła błyskały, a żarówka Grażyny chyba się właśnie przepaliła, trzeba by naprawić…

Drzwi skrzypnęły, przy Grażynie stanęła maleńka pielęgniarka w różowym kitlu.

Nie otwieraj oczu, zmyję ci tusz. Będzie szczypać, nie mrugaj. Ja wszystko.

Delikatna dłoń z mokrym wacikiem muskała policzki Grażyny.

Przyjemnie… Boże, jak przyjemnie! Zimny wacik, miękka ręka, pielęgniarka coś cicho mruczy…

Grażyna przypomniała sobie matkę. Dawno już jej nie było, złożona pod brzozą na cmentarzu. Grażyna wysyłała mężczyzn, by pomalowali ogrodzenie grobu, wyprostowali krzyż. I posiała niezapominajki może za późno? Rozsypała je niedbale, potem dodała kilka złotówek za zasługi. Wiosną pewnie nic nie wykiełkuje, ale do wiosny trzeba jeszcze dożyć…

Mama, gdy Grażyna była chora, przecierała jej policzki wilgotnym, pachnącym mrozem ręcznikiem.

Nie trzeba. Po co? odwróciła się Grażyna. Sama się ogarnę. Nie warto.

Cicho już. Odpocznij, zbierz siły. Otwórz oczy… O, włosy też poprawimy…

Siostra podniosła ogromną głowę, rozplątywała fryzurę.

Zapłacę Grażyna wyciągnęła się po torebkę. Portfel… nie mam… nie znajdę…

Szlochnęła.

To drugi raz, kiedy ją okradziono. Pierwszy, lata temu w metrze, ktoś rozciął torebkę, zabrał portfel i ze zdjęciem Sławka, i centem, i listą zakupów.

Usiadła wówczas na ławce i płakała. Taka góra, taki kamień, a łzy jak u dziecka.

Szkoda… szepnęła, ocierając. Tak bardzo szkoda…

Nie pieniędzy tej jednej torebki było żal. Dopiero kupiła taką piękną, modną, dumna szła przez biuro… Teraz trzeba zszyć, zostanie blizna. Na skórze i duszy.

Teraz znowu szkoda. To może był ten sam mężczyzna z Izby Przyjęć.

Nie trzeba. Proszę leżeć, przyniosę ciśnieniomierz.

Pielęgniarka zniknęła, wróciła. Oplotła ramię mankietem, zrobiło się ciasno, inni pojękiwali, Grażyna zasypiała jak w rozpuszczonym lukrze.

Sławek wyszedł z łazienki i zapomniał o matce. Janka przypominała, dzwoniła, ale Grażyna Feliksówna nie odbierała.

Coś się dzieje, Sławek. Trzeba szukać. Zadzwoń do firmy, Janka usiadła naprzeciw.

U mamy wszystko pod kontrolą, nawet respirator ma zarezerwowany. Nie zawracaj głowy, Janka.

Odwrócił się do telewizora na wielkim, migotliwym ekranie był mecz. Biegał razem z piłkarzami pod stołem szurał nogą jakby gonił piłkę.

Taki telewizor matka podarowała! klasnął Sławek, upił piwa, wrzucił orzeszki do ust.

Janka, pocierając ramię, wybrała numer teściowej.

Nie do końca rozumiały się z Grażyną. Nie kłóciły, ale ciepła nie było. Grażyna nie miała czasu, nie umiała inaczej. Kochała czynami: nowe okna, remont, samochód dla syna, karta do fitness klubu dla Janki, produkty BIO, dobre tkaniny. Nie narzucała się, po prostu dzwoniła, brała do sklepu i wybierały razem z najlepszych.

Janka była w szoku, potem zrozumiała, że tak musi być, a spłaci się może kiedyś.

Grażyna tak kochała, nie inaczej, po swojemu. Sławka też: zabawki, sekcje, meble do pokoju, rolki, magnetofon, wakacje nad morzem (w kolonii, nie z mamą, odwiedzała tylko czasami). Przedszkolu zepsuło się ogrzewanie Grażyna osobiście sprowadziła ekipę, wyprosiła materiały, sama próbowała spawać. Szkoła potrzebowała basenu załatwiła trenera, dzieci nauczyły się pływać. Wszystko dla Sławka, by miał to, co jej kiedyś zabrakło.

Kiedy syn obwieścił, że się żeni, Grażyna lekko się zachwiała. Niedawno jeszcze kupowała samochodziki! Wesele w dobrym lokalu (bo syn nie uzbierałby), suknia taka, jaka Janka chciała fason, długość, detale, ale tylko z dobrego sklepu.

Janka próbowała się zbliżyć, ale Grażyna była „Kamienna Baba”, nigdy nie dająca przystępu. Praca, terminy, profile, zamówienia, sprawy, pretensje, sądy Grażyna zaprząc się umiała, nie potrafiła zwolnić.

…Janka zadzwoniła raz jeszcze. Odebrała jakaś kobieta. Spisała wszystko. Miała przyjść rano, z ubiorem, bo w salach chłodno…

Sławek grał na laptopie, Janka poruszała obrączką na palcu, jeszcze nie powie o rozwodzie niech Grażyna się nie martwi…

Nocą Grażyna leżała do ściany, łzy kapały nie wiadomo czy z bólu, czy z żalu.

Następnego dnia zwrócono jej portfel i pierścień.

Ukradł je ten mężczyzna z izby przyjęć. Oddajemy wręczyli jej rzeczy.

Co z nim? spytała Grażyna.

Nic. Już nie żyje. Zawał. Roman Bronicz, powiedzieli bez sensu.

Grażyna skinęła głową. Teraz rozpoznała. Najlepszy sportowiec w sekcji, mistrz za pięć minut. Gładził ją po plecach, przysięgał, że najpiękniejsza na świecie. Kłamał. Ona wierzyła. Umrzeć potrafił. Ona musi żyć.

Nie jest kamienna. Żywa, tylko dawno nie potrafi już oddychać lekko i swobodnie.

Ale wszystko się zmieni. Jest Kaśka, jest Zina, jest Janka, głupia dziewczyna, naiwna, ale przez to kochana, jest praca, wiosna i niezapominajki do posiania. Jest tysiące spraw, których nikt inny nie załatwi. I jest wnuczek, jeszcze malutki, kropeczka na zdjęciu z USG.

Tylko wiesz, Janku, nigdy niczego nie oczekuj od dziecka. Kochaj i mów mu to. Ja nie mówiłam, wstydziłam się, teraz cierpię, mówiła Grażyna. Kobieta musi kogoś kochać, bo inaczej kamienieje.

Janka kiwnęła głową. Nie, Grażyna Feliksówna nie jest kamienna. Jest bardzo czuła, krucha. Wielka, dostojna, szeroka, a jednak bardzo w środku słaba Grażyna Baranowska, która kiedyś się urodziła i najpierw wrzasnęła, witając świat…

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

osiemnaście − 10 =

Kamienna kobieta