Kinga, wyobraź sobie, że jedziemy do Ciebie w odwiedziny! Już mamy bilety! tak oto zaczęła rozmowę moja rzekoma daleka krewna przez telefon. Wygląda na to, że bardzo daleka, bo za nic nie mogłem sobie przypomnieć, kim ona jest…
Wpatrywałem się w słuchawkę, starając się sobie przypomnieć, kim jest ta kobieta, po co dzwoni i czego ode mnie chce. A najważniejsze skąd ona zna moje imię?
Kto to? O jaką wizytę chodzi? zapytałem ostrożnie.
Kinguniu zachichotała kobieta jak możesz nie pamiętać? To ja, twoja ciocia Leokadia!
Mimo wysiłków, nie kojarzyłem żadnej cioci Leokadii, ale na wszelki wypadek spytałem:
Czego potrzebujesz?
No jak to co? Chcemy Cię odwiedzić! Przecież mieszkasz nad morzem, prawda? Tylko na dwa dni, tak bardzo synowi mojemu Michałowi lekarze zalecili świeże powietrze…
Po krótkiej rozmowie zorientowałem się, że Michał, syn cioci Leokadii, podobno potrzebuje klimatu z nadmorskiego miasta i lekarz coś takiego jej kazał. Przynajmniej tak mówiła. Obiecywała, że będą bezproblemowi, wszystko po sobie posprzątają i nawet pomogą. Ostatecznie zgodziłem się, choć miałem przeczucie, że nie skończy się to dobrze.
Dziękuję, Kinga! zapiszczała radośnie. W piątek będziemy.
Szybko się rozłączyła. Spojrzałem na mojego dwunastoletniego syna, Olka.
Znowu ktoś przyjeżdża? jęknął.
Jakaś ciocia Leokadia wzruszyłem ramionami.
Zadzwoń do babci, niech powie, kto to w ogóle jest! Olek nie przepadał za takimi gośćmi, bo zwykle obiecywali jedno, a wychodziło zupełnie co innego.
Ostatnio wszystkim odmawiałem odwiedzin, ale skoro chodziło o dziecko, dałem się namówić. Poza tym to tylko dwa dni…
…Dom nad morzem kupiliśmy z Olkiem trzy lata temu, po rozwodzie i podziale majątku. Przeprowadziliśmy się do Gdańska i wtedy nagle okazało się, że mam całą armię krewnych, o których wcześniej nie słyszałem.
Początkowo cieszyły mnie nowe znajomości i odwiedziny, ale szybko zorientowałem się, że większość tych rodzin przyjeżdża z nastawieniem, że wszystko mają podane na tacy i nawet nie zamierzają po sobie sprzątać. Zaczynali też komenderować: skoro to mój dom, to ja powinienem gotować, sprzątać i robić zakupy.
Takie zachowania szybko ukróciłem i jasno wszystkim powiedziałem u mnie nie ma hotelu. Kilku uparciuchów mimo to próbowało ale i tak nie wpuściłem ich za próg. Byli i normalni ludzie, którzy pomagali i naprawdę dobrze się z nimi rozmawiało takich faktycznie miło było widzieć. Niestety, należeli do mniejszości.
Zgodnie z radą Olka zadzwoniłem do mamy. Została w Krakowie, ale kilka razy w roku przyjeżdżała do nas odpocząć.
Cześć, Kinga odebrała mama.
Cześć, jak się masz? pogadaliśmy chwilę, po czym przeszedłem do tematu cioci Leokadii.
Zupełnie nie kojarzę, kto to jest przyznała zakłopotana. Może to od strony twojego taty? Dopytam, ale zdziwiłabym się, jeśli on też ją zna.
Nie dowiedziałem się niczego konkretnego i pozostało mi czekać na rodzinę.
Przyjechali po dwóch dniach, jak zapowiedzieli. Ciocia Leokadia kobieta postawna, z cwanym spojrzeniem i Michał, który okazał się nie być dzieckiem, tylko rosłym piętnastolatkiem. Dopiero później dowiedziałem się od sąsiadów, że żadne leczenie nie było potrzebne Leokadia po prostu postanowiła zrobić sobie darmowe wczasy.
A czemu nas nikt nie odebrał z dworca? to były pierwsze jej słowa. Nawet tata nie przypomniał sobie tej pani.
Mama nie musi tego robić burknął Olek, stojący obok mnie.
Leokadia udawała, że nie dosłyszała, ale rzuciła chłodnym wzrokiem w jego stronę.
Kinga, gdzie możemy rozpakować rzeczy? Gdzie nasze pokoje?
Macie jeden pokój spoważniałem. Nie mam tyle miejsca, żeby dać każdemu osobny.
Jak to? Mówili nam, że masz wielki, ładny dom nad morzem!
Nie wiem, kto Ci to powiedział. Jak coś się nie podoba i będziecie dalej wybrzydzać, to może lepiej szukać hotelu uciąłem krótko. Nie chcę zaczynać od kłótni.
Ciocia Leokadia od razu zaczęła się uśmiechać i zaraz poczęła się tłumaczyć:
Ojej, Kinga, no coś Ty! To przez zmęczenie tak wyszło. Chodźmy już do domu!
Pierwsza ruszyła do środka, Michał pokuśtykał za nią z walizkami. Olek spojrzał na mnie z niepokojem:
Mamo, zobaczysz, źle zrobiłaś mruknął.
To tylko dwa dni próbowałem uspokoić syna, a trochę też siebie.
Na szczęście reszta dnia minęła spokojnie Leokadia i Michał wcześnie poszli spać, choć narzekali, że woleliby mieć osobne pokoje. Dwie dodatkowe izby akurat remontowałem, więc nie mogłem ich zaoferować. Mogli spać w salonie, ale odmówili, więc dałem sobie spokój.
Noc była spokojna, ale nad ranem hałas obudził mnie z głębokiego snu. Była szósta zdecydowanie za wcześnie na moje sowy przyzwyczajenia. Olek zawsze wstawał cicho i wychodził do sąsiadów bawić się z kolegami, zostawiając mi kartkę. A tym razem…
Co tu się dzieje? ziewnąłem przeciągle, wychodząc do salonu.
Nic, Kinga, tylko szukam kostiumu kąpielowego… Gdzieś się zapodział Leokadia wywlekała ubrania na podłogę i rozrzucała na wszystkie strony.
Nie mogłaś tego robić w swoim pokoju? Trochę ciszej?
Nie ma miejsca, poza tym starałam się być cicha.
Okazało się, że największy hałas wytwarzał Michał walił w metalowe wiadro na podwórku. Tak po swojemu czekał na mamę.
Powiedz mu, żeby przestał, bo sąsiedzi mnie zlinczują… warknąłem do Leokadii.
Niechętnie krzyknęła na syna i ten przesiadł się na ławkę pod jabłonką.
Wiedziałem, że nie zasnę, więc skierowałem się do kuchni.
Gdzie idziesz?
Na kawę odburknąłem.
Kawa to świetny pomysł. Kinga, zrób mi dużą, z mlekiem i trzy łyżki cukru!
Stanąłem jak wryty, słuchając jej rozkazującego tonu.
Pani Leokadio, nie pamiętam nawet Pani drugiego imienia, ale już narobiła Pani zamieszania, obudziła mnie, a teraz jeszcze żąda kawy w rozkazujący sposób?
Przecież już nie jest wcześnie odpowiedziała spokojnie. Leokadia Stanisławowna, tak przy okazji. To co z kawą?
Obsługa samoobsługowa!
Już od rana zepsuła mi humor. Usiedliśmy z Olkiem poklepał mnie pocieszająco po ramieniu.
Mówiłem, mamo. Widać od razu, że bezczelni jak kierownik na państwowym westchnął.
Jeszcze tylko jeden dzień odpowiedziałem, chcąc uspokoić i siebie, i jego.
Dopiero poranek… mruknął Olek. Obudzili nawet mnie.
Po chwili do kuchni weszła Leokadia z niezadowoloną miną.
Kawy nie zrobiłeś?
Mama nie musi! Zrób sobie sama! oburzył się Olek.
Kinga, nie nauczyłaś syna szacunku do starszych?
Proszę mojego syna nie pouczać! z trudem panowałem nad głosem.
Nie jestem dzieckiem… upomniał się Olek.
Leokadia w końcu sama zrobiła sobie kawę i nagle znowu była uśmiechnięta.
Kinga, może zaprowadzisz nas dziś nad morze? Pokażesz drogę?
Idziecie ścieżką prosto do lasu, potem skręt w prawo i jesteście na miejscu.
Skoro ona przeszła na ty, postanowiłem nie bawić się w grzeczności.
A wy nie idziecie?
Olek spojrzał na mnie wymownie miał dość towarzystwa tej rodziny.
Może po obiedzie. Teraz nie idziemy.
A co dziś na obiad?
Zazwyczaj gotowałem dla siebie i Olka, czasem dla gości pod warunkiem, że dorzucali się do zakupów. Nigdy nie pozwalałem sobie na utrzymywanie wszystkich za własne pieniądze.
My z Olkiem jemy u siebie, wy możecie zjeść w pobliskim barze.
Mogłabyś dla nas coś ugotować? Nie znoszę jedzenia na mieście wodziła za mną oczami.
Mogę, za odpowiednią opłatą. Sam mam ograniczony budżet.
Leokadia wzruszyła ramionami:
No to pójdziemy do baru, tam pewnie lepiej gotują!
Olek tylko przewrócił oczami.
Tak upłynęły pełne spięć dwa dni. A wtedy okazało się, że Leokadia nie zamierza wyjeżdżać. Na moją uwagę, że był ustalony termin, wzruszyła ramionami:
Kinga, nie bądź sztywny! Przecież nas nie wyrzucisz? Zostajemy jeszcze tydzień, mamy urlop! Przeżyjesz!
Bolało mnie to psychicznie i fizycznie. Te dwa dni wyssały ze mnie energię. Dosyć. Szczególnie, że Leokadia była nieznośna. Michał, choć już dorosły, też potrafił dokuczyć Olkowi i narobić bałaganu. Nawet sąsiedzi zaczęli się skarżyć.
Tak, wyrzucę. To mój dom i za dwa dni mają przyjechać moi przyjaciele. Mieliście być dwa dni. Te minęły. Jutro rano wyjeżdżacie.
Powiedziałem spokojnie, stanowczo. Leokadia była wyraźnie zaskoczona.
Jak możesz, Kinga? Rodzinę wyrzucasz?! Gdzie pójdziemy? Co my teraz zrobimy?!
Michał stał cicho, widocznie mu się to nie podobało.
Nikt z mojej rodziny was nie pamięta. Macie czas do rana. Jeśli spróbujecie coś ukraść czy zniszczyć, dzwonię po policję.
Wyszedłem z ich pokoju, szczęśliwy i dumny. Rano rzeczywiście się wyprowadzili narzekali i złorzeczyli, ale musieli odejść. Po tym doświadczeniu obiecałem sobie żadnych rodzinnych gości, nawet na dwa dni.
Z tego wszystkiego nauczyłem się, że własny dom to świętość, a granice trzeba umieć stawiać. I że rodzina to nie tylko krew, ale też szacunek i wzajemność.



