Moje zasady
Nie, Krzysiu, dobrze, że przyjechałeś! Pani Irena usiadła naprzeciwko mnie, podparła głowę drobnymi piąstkami i uśmiechnęła się ciepło. Tak tęskniłam. Jedz, jedz, synku. Może dołożyć jeszcze kotlecika?
Nie, mamo, już wystarczy pokręciłem głową.
Niesmaczne? zaniepokoiła się mama, wyprostowała się i zmarszczyła brwi. Gotowałam jak zwykle, nic nie zmieniałam. Tacie też mówiłam, że nie jadasz wieprzowiny Przecież mówiłam! Może ma dziwny posmak?
Mama zaczęła się niepokoić. Czekała na mnie od dawna, przygotowała tyle jedzenia, jakby cały pułk miał przyjechać i jakby była szefową kuchni polowej. I nagle taki zgrzyt syn nie docenił jej kotletów!
Mamo, nie zaczynaj… Wszystko pyszne, naprawdę. Po prostu już więcej nie dam rady uspokajałem ją, odkładając na talerz widelczyk, o wiele za drobny jak na moją dużą, niedźwiedzią rękę. Serwetka, równie maleńka, jak chusteczka dla dziecka, też wyglądała zabawnie w porównaniu ze mną. Dziwne, że taka filigranowa Irena ma takiego drągala za syna. To po tacie, po Michale. Tata też był rosły, sam mięsień na mięśniu. Irenka przy nim zawsze wyglądała jak dziewczynka.
Wszystko znakomite, jak zawsze dodałem, wstając, podszedłem do mamy, położyłem ręce na jej ramionach; od razu zrobiło jej się spokojnie i bezpiecznie. No, co chciałaś mi powiedzieć? Pytaj, bo zaraz będę musiał jechać. Z Aliną mieliśmy jechać do sklepu, Kacprowi musimy kupić ubranie.
Alina nazywałem ją tak trochę po staropolsku, jak szlachetną damę była moją żoną, kobietą bardzo dokładną, zaradną i niezwykle urodziwą.
Jak ją pierwszy raz zobaczyłem na ulicy, zapatrzyłem się tak bardzo, że wpadłem prosto na latarnię. Rozciąłem brew, krew się lała, Alina, przestraszona dźwiękiem na pół dzielnicy, tylko wytrzeszczyła oczy i otworzyła usta. A ja stałem, speszony, trąc słup i zastanawiając się, czy go nie połamałem…
Potem razem poszliśmy na SOR. Alina była wtedy taka młodziutka, taka naiwna ciągle pytała, czy mi się nie kręci w głowie, łapała mnie pod rękę. Co mogłem odpowiedzieć? Oczywiście, że kręci się, i to jak! Bo przy niej świat nabierał rumieńców.
Pobraliśmy się. I od kilku lat rośnie nam syn, Kacper. Alinka pracuje jako logopeda, przyjmuje uczniów w domu, to bardzo wygodne, bo nie musi biegać po cudzych mieszkaniach, a ja codziennie rano jadę do pracy, wrzucam Kacpra do szkoły nie byle jakiej, Alina załatwiła miejsce w prestiżowym liceum biologicznym. Żyje się nam dobrze, spokojnie, w miłości i troskach.
Czemu Alina nie przyjechała? zapytała mama, sprzątając ze stołu. Wiedziała doskonale, że żona ma dzisiaj prywatne lekcje nawet w weekendy, ale po prostu chciała chwilę dłużej zatrzymać mnie przy sobie, zbierając się do jakiejś prośby.
Przecież mówiłem, ma dzisiaj dwóch uczniów. A Kacper, no wiesz, Roman Kacper, robi zadania. No, co się dzieje?
Wziąłem od mamy kubki, odstawiłem ostrożnie do zlewu; gdy ją obróciłem do siebie, spojrzałem jej prosto w oczy: Mamo, zaczynasz mnie martwić. Wszystko w porządku z tatą? Czemu zamknął się w pokoju? Wzięliście kredyt, zostaliście oszukani? Zastawiliście mieszkanie, nerki i inne organy? Ktoś szantażuje was? A może odnalazł się mój zaginiony w porodzie brat bliźniak?
Zażartowałem, świat wydawał się lekki i pogodny jak wiosenna niedziela.
Usiadłem z powrotem, poklepałem swój zaokrąglony brzuch, przeciągnąłem się, uderzyłem ręką o kredens. Małe to ich mieszkanie, cóż tu kryć… My z Aliną w naszej spadek po jej rodzinie mamy trzy pokoje, dużą kuchnię, loggię. Każdy ma swój kąt, a jeszcze miejsce zostaje. Rodzina Aliny zdobyła kiedyś to mieszkanie za zasługi naukowe, potem wyjechali na wieś do ludzi, zostawili je Alinie, przysyłali co jesień ziemniaki, buraki, topinambur i astry. Jakie to były astry! Gigantyczne, kolorowe, niesamowite. Wszystko przyjeżdżało z wujkiem Stachem, byłym właścicielem mieszkania. Dlaczego tak kochał Alinę, nie wiem, ale szanowałem go, pomagałem mu naprawiać samochód i śmigałem po jego pokoju w spodenkach w palmy…
Właściwie, mam do ciebie pytanie… powiedziała w końcu mama, trochę się denerwując i podsuwając mi talerzyk z pierniczkami. Pamiętasz Zofię Nowacką?
Dziwnie się poczułem, zmarszczyłem brwi.
Oczywiście, mamo! przytaknąłem. Pierniczki pachniały obłędnie miodem, ciastem, lukrem. Nie wytrzymałem, podniosłem się, nalałem jeszcze herbaty, wziąłem największy, z wytłoczeniem warszawskiego Zamku i Syrenki.
No bo… Zosia znaczy Zofia Nowacka dostała skierowanie do waszego szpitala, mają jej operować oczy. Nie znam dokładnej diagnozy, ale to coś poważnego…
Żułem piernik i słuchałem. Oczywiście że pamiętam ciocię Zosię. Była naszą sąsiadką na klatce, często pomagała mamie, opiekowała się mną, gdy rodzice pracowali. Zawsze chodziła w wielkich okrągłych okularach, przez które jej oczy wydawały się ogromne, a rzęsy trzepotały jak skrzydła motyla.
I…? zapytałem w końcu, bo mama ucichła, gniotąc serwetkę, co zawsze robi, gdy się stresuje.
No… Czy Zosia mogłaby na czas leczenia zamieszkać u was z Alinką? Wynajem kosztuje krocie, a do hotelu też drogo. Zresztą, dojeżdżać niełatwo, a wiek już nie ten… Wiem, że ciężko mieszkać z kimś obcym, ale to tylko na chwilę. Czuję się jej winna, przecież wychowywała cię jak własnego syna…
Przestałem jeść, wypiłem łyk herbaty, wytarłem usta i wzruszyłem ramionami.
No… No… mruczałem. Perspektywa zamieszkania tymczasem z ciocią Zosią była średnio kusząca. Trzeba będzie schować szorty w palmy… Alinka nie wyskoczy już do kuchni w koszuli nocnej, a wygląda w niej cudnie Ale jak trzeba, to trzeba. Oczywiście! Przecież kiedyś ona pomagała mnie, teraz ja jej! roześmiałem się i poczułem się aż szlachetnie niemal rycersko. Alina będzie ze mnie dumna, mama też. Zofia Nowacka zasługuje, by mieć opiekę na starość! powiedziałem jeszcze głośniej.
Za oknem wyszło piękne, złote słońce, zamigotało po ścianach i odbiło się w radosnych, lekko załzawionych oczach mamy. W pobliskim kościele Zadzwoniły dzwony, aż dusza się z tego ucieszyła.
Naprawdę? Ojej, Krzysiu, to jest prawdziwy UCZYNEK! Jestem dumna, że wyrósł mi taki dobry, czuły chłopak.
Głaskała mnie po głowie jak za dawnych lat.
Gdyby tu była Alina, na pewno mruknęłaby coś śmiesznego pod nosem, udając teściową, ale jej nie było mogłem znów stać się na chwilę dobrym, małym chłopcem chwalonym przez najważniejszą kobietę w moim świecie.
Bezwładnie opuściłem ręce na stół.
Ale Ale powinniśmy zapytać Alinki wyszeptała nagle mama. Ja mruknąłem coś pod nosem, że Alina nie będzie miała nic przeciwko, potem przysunąłem się bliżej do jej ręki i prawie przysnąłem, bo tak mi było ciepło na sercu… Zaraz zadzwonię do Zosi, zobaczymy, co ustalicie.
Mama wybiegła do drugiego pokoju, w pokoju szeleściła gazeta to tata, a ja wybrałem numer do żony.
Alina słuchała jeszcze malując oko.
Na ile czasu? ucięła.
Dwa tygodnie chyba. Alinka, no trzeba pomóc… Po operacji musi kontrolować oczy, nie da rady tyle jeździć Ty jesteś gościnna, domowa, a Zosia bardzo porządna. Dogadacie się…
Wiesz co, nie podoba mi się to wszystko. Pamiętam ją ze ślubu. Patrzyła na mnie tak z góry, prowokująco. Nie lubi mnie, twoja ciocia Zosia.
Lubi! Bardzo! Z Kacprem ci nawet pomoże… broniłem się.
Krzyś, twój syn ma szesnaście lat. Czym mu niby pomoże Zofia Nowacka? parsknęła Alina, wargi już miała rybkę, ale nagle zawahała się, widząc własne odbicie.
We wszystkim, Alinka. Jest doświadczona, przeżyła sporo. Nie jesteś chyba przeciwko?
Alina była wyraźnie przeciw, ale nie potrafiła tego powiedzieć, żeby nie zranić mnie.
No dobrze, kiedy przyjedzie? spytała oschle.
W niedzielę.
W tę? Znaczy jutro? zakłopotana rozejrzała się po mieszkaniu. Normalny bałagan normalnej rodziny, niewskazany przy gościach!
Tylko Alina i domownicy to widzieli. Uczniów przyjmowała w salonie duży stół, światło, przestrzeń. Dalej nikt nie wchodził. Jak szykowała się na gości, całe mieszkanie lśniło od podłogi po sufit. Alina wstydziła się bałaganu, rzuconego w pośpiechu swetra, krzywo wiszącego ręcznika. Zawsze ukrywała niedoskonałości.
Teraz ciocia Zosia będzie widzieć wszystko! Pomyśli, że Alina jest złą gospodynią!
Czyste podłogi i porządek zdradzają, co masz w głowie! powtarzała matka Aliny. Ludzie zauważają bałagan na wejściu. A ty, Alinko, taka niechlujna! Dlaczego? Przecież jesteś dziewczyną!
Alina pokręciła głową, zupełnie jakby właśnie matka jej to powiedziała.
Za tydzień, poprawiłem ją.
To jeszcze chwila… odetchnęła. Pójdę powiedzieć Kacprowi…
Będę miała czas, żeby ogarnąć, wyczyścić, wyprać i wypolerować…
Kacper wiadomo przyjęcie starszej opiekunki, która niańczyła jego ojca, przyjął obojętnie. Daj spokój, mamo. Żyj normalnie, koniec tematu powiedział, widząc jak biegam ze ścierką. To nasza ekosfera my tu żyjemy, ona przybywa na chwilę. Przystosuje się, albo nie. Pomoc? To weź drugi odkurzacz i mogę pomóc, ale nie będę się wstydził przed obcymi. Zresztą, babcia Irenka i tak wszystko o tobie wie.
Alina się zmartwiła, ale za moment przyszedł jej uczeń, mały, sepleniący, pulchny Andrzejek. Przez całą lekcję oczyma obwąchiwała mieszkanie okna! Okna przecież nie umyte!
Okna muszą być czyste, żeby wyglądały, jakby ich nie było! przypominała matka.
Kiedy wróciłem, odciągnąłem Alinę od sprzątania, opowiadałem przez całą drogę do sklepu, jak dobrą kobietą jest Zosia. Żona kiwała tylko głową.
Tato, rozumiemy, przyjedzie twoja druga mama. Zamknijmy temat, ok? rzucił Kacper.
Byłem mu wdzięczny.
Do niedzieli czas zleciał błyskawicznie. W sobotę pojechałem po Zofię, Alina odwołała zajęcia, by się przygotować.
Kacper do fryzjera, pies Drako wykąpany i wypieszczony, okna aż lśnią.
Będziemy koło trzeciej zakomunikowałem. Nie martwcie się, Zosia boi się, że przeszkodziła w życiu.
Dobrze, czekamy.
Alina postanowiła na obiad piec kurczaka z ziemniakami i sałatką… Ugościć jak należy!
Wstała o siódmej, wysłała Kacpra z Drako na spacer, sama weszła pod gorący, relaksujący prysznic, zanuciła: Znowu w życiu mi nie wyszło, otuliła się szlafrokiem i umyła zęby. Nagle huknęło zamkiem wszedł mąż, szczekał Drako, słychać było zmieszany damski głos oraz westchnienie Kacpra.
W zaparowanym lustrze zobaczyła, w jakim stanie wychodzi powitać gościa
No i jesteśmy rzuciłem, widząc żonę w szlafroku, z pastą do zębów w ręku, kiedy ciągnąłem jaskrawoczerwoną walizkę. Za mną szła Zofia Nowacka, cała w rumieńcach, zachwycona, komplementuje mieszkanie, wszystko jej się podoba, powtarza, że klasa sama w sobie. Tylko Alina wie, że jest w szlafroku, a kurczak jeszcze surowy, Drako znowu się ubłocił… Już, Alina jest złą gospodynią I czuję, jak ciocia Zosia podwija usta i patrzy, jakby szukała niedoskonałości, a żona mknie na złamanie karku, by zrobić się na bóstwo.
Tu twoja sypialnia, wskazałem. Rozgość się, zaraz zrobię coś do zjedzenia.
Zofia podziękowała, zamknęła się w pokoju.
Dlaczego tak wcześnie?! syknęła Alina z za parawanu. Nie byłam gotowa! Tak się nie robi!
Patrzyłem na jej odbicie w szafie, podziwiałem kształty jej bioder…
Słucham?
Czemu przyszliście tak wcześnie?
Zosia miała na dzisiaj wizytę, więc pojechaliśmy szybciej wzruszyłem ramionami, podszedłem, chciałem pocałować, ale Alina się nie dała.
Czemu tyle bagaży?
Nie wiem. Wy, kobiety, zawsze wszystko pakujecie. Jesteście jak przekupki, nosicie cały dom.
Znowu byłem z siebie zadowolony dobry żart.
Zjedliśmy śniadanie. Alina usmażyła jajka, Kacper, widząc jej stres, kroił kanapki.
Zofia weszła na końcu, usiadła przy Kacprze.
Smacznego wszystkim. Jak tu przytulnie. Alinka, dałam wam serwis makowy na ślub… nie? Albo to komu innemu…
Alina wzruszyła ramionami serwis rozbił się zaraz po ślubie. Zrzuciłem skrzynkę ze schodów.
Przeżułem kanapkę bez słowa.
Pewnie komuś innemu. Alina lała kawę.
Ale mnie tu wieje, Alinko jęknęła Zofia. Mogę się przesiąść na twoje miejsce?
Kacper spojrzał zdumiony, Alina bez słowa przesunęła się, a Zosia usiadła po środku.
Krzysia wychowywałam od małego zaczęła Zofia. Pampersy zmieniałam, był niejadkiem, ale potem się naprawił. Bardzo skomplikowane dziecko.
Alina zadławiła się, Kacper się uśmiechnął.
A pan, młody człowieku, lepiej niech idzie odrobić lekcje. Krzysia zawsze robił rano, żeby lepiej mu siedziało w głowie, Zofia zdjęła ze stołu talerz Kacpra i spojrzała na Alinę. Ta znów speszona, nie oponowała.
Kacper wyszedł mrucząc. Zofia poszła się rozpakować, poprosiła mnie o przestawienie telewizora.
Macie tu mało książek rzuciła po chwili, odprowadzając Kacpra na piłkę. Kacper niech czyta klasykę. Przywiozłam swój zestaw. Wieczorem sprawdzę, co twój syn wie, a czego nie.
Pewnie, ciociu Zosiu, a to cały czas tylko piłka… Będzie z niego gamoń! odpowiedziałem, puściłem oko do syna i wręczyłem mu strój.
Wiedziałem, że Zofia zawsze nosiła ze sobą Prusa, Sienkiewicza czy Zbrodnię i karę Dla wizerunku nigdy chyba tego nawet nie czytała, ale tak wyglądała mądrze. Pewnie do szpitala weźmie Dziady, żeby lekarze wiedzieli, jaka to światła pacjentka.
Odprawiliśmy Kacpra, ja też wyszedłem.
O której pani wychodzi? spytała Alina.
Ja? O trzynastej. A swoją drogą, Kacper już ma dziewczynę? Krzysiu zawsze miał dziewczyny już od szóstej klasy. Była taka Rita, ugodowa, jak plastelina, wszystko zrobi, co się powie. Fajnie, prawda? A i lepiej, byście schowali psa. I szafkę z butami przestawili. Idę zaraz się przewrócę… No i przewróciłam! Zofia przewróciła się, pogubiła buty i kapcie. Takich butów to się nie powinno nosić… No nic, idę. Alinko, dziękuję za przyjęcie!
Zofia poklepała Alinę po ramieniu i zniknęła w windzie.
Alina zamknęła drzwi.
Mamo, czemu ona tu rządzi? Nawet Drako się boi, każe mu schodzić z kanapy! A mu wolno, to nasz pies! mruczał Kacper, głaszcząc czworonoga.
Ona już taka jest Wychowywała przez całe życie. Ale to chwilowe, synku. Wytrzymaj…
Było mi głupio przed rodziną i czworonogiem nie byłam już panią w swoim domu. Ale nie potrafiłam się postawić. No jak nie dopuścić do siebie kobiety, która przewijała twojego męża?
Wieczorem Zofia urządziła produkcję gołąbków każdy musiał coś robić, a ja tylko się starałem być miły.
Następnego ranka Zofia wystawiła budzik, rozruszała całą rodzinę na gimnastykę.
No i co powiedzieli? Kiedy operacja? dopytywała zasapana Alina. Zofia ustawiła tryb czterdzieści-ciężko, dziesięć-relaks. Rzeczywiście, ćwiczył głównie Krzysiu. Kacper się wymigał, wyszedł do szkoły.
Daj spokój, Alinku! Jeszcze kilka! dopingowałem żonę.
…To kiedy ta operacja? dopytywała.
Jutro. Kładą mnie na oddział. Potem zobaczymy… Krzysiu, będziesz mnie odwiedzał? popatrzyła smutno.
Przecież jesteś tylko dwa dni na oddziale! zdziwiłem się, ale kiwnąłem głową.
Poniedziałek był trudny. Alinie wysypały się zajęcia: choroby, wyjazdy, dzieciaki nie chciały przychodzić. Telefon dzwonił bez przerwy, Zofia w swoim pokoju słuchała Zbigniewa Wodeckiego, wtórowała do Lubię wracać tam, gdzie byłem. Przez matowe drzwi widać było, jak tańczy.
Alina przystanęła na chwilę w korytarzu, patrzyła i westchnęła
Po prostu się denerwuje wyjaśniłem. Jak się denerwuje, zawsze śpiewa Wodeckiego.
Wieczorem, zmęczona, Zofia chciała czytać z Kacprem Lalkę, ale syn odmówił. Popatrzyła na niego ze zdumieniem, wysłuchała tyrady o niekończącej się gościnie, potem zaprosiła Alinę:
Muszę jechać do Białołęki do Andrzejka, bo nie przyjedzie.
Nie! nagle przejęła telefon i wrzasnęła do słuchawki: Jeśli chce pani, by syn mówił bez jąkania, proszę go przywieźć natychmiast! Inaczej wykreślam z listy. Kto mówi? Sekretarka pani Aliny! Do widzenia.
Oddała jej telefon.
Alina stała w miejscu, coraz bardziej się gotując. Kacper zajrzał ciekawie.
Proszę pani, Zofio! Proszę nie mieszać mi się w życie! I nie do mojej pracy! I nie chcę gołąbków w mojej kuchni! I nieważne, ile pieluch Krzyś zmieniał pani na ręku! Koniec rządów. Moja praca, mój dom, moje zasady. Życzę udanej operacji i mam nadzieję, że szybko wróci pani do siebie.
Kacper klasnął, Drako zawył, a Zofia uśmiechnęła się. Alina aż zaniemówiła.
No i dobrze! Nigdy, słyszysz, nigdy się nie daj! Mów stanowcze nie, to upraszcza życie i sprawia, że masz pokój w środku. Nie bój się, nie jesteś jednolitą plasteliną pokazuj charakter. Jak nie chcesz, od razu powiedz. Przepraszam, poniosło mnie. Taki mam typ Krzysiu wie… Bardzo się boję operacji… Ot, musiałam się wyżyć. Drako, miły piesku! pogłaskała psa. Może ktoś chce marmoladki? Mam jabłkową z domu. Kacper, spróbujesz?
Syn przewrócił oczami, kobiety zawsze go zadziwiały…
Zapukała matka Andrzejka. Przeprosiła za zamieszanie, zapytała, czy ma dzwonić do sekretarki.
Nie, wszystko w porządku. Twój syn jest świetny.
Alina mrugnęła do Zofii.
Wieczorem, gdy Krzysiu z Kacprem poszli grać na konsoli, Zofia Dawno Nowacka, rozsiadłszy się wygodnie, opowiadała, jak Krzysiu wyrywał tapety, jak omal się nie utopił biegnąc po kruchym lodzie, jak uratowała go, leżąc na brzuchu… Opowieściom nie było końca.
A ta Rita mi się nigdy nie podobała, mówiła taka miękka, niewyraźna… A serwisu z makami mi nie żal. Rozbił się na szczęście, to się dobrze dogadujecie. Krzysiu mnie kocha, wszystko mi wybacza… Ty też mi wybacz, Alinko. Jesteś cudowna… Dziękuję za przyjęcie…
Marmolada topniała na talerzyku, za oknem gasły resztki dnia, pojawiała się pomarańczowa łuna.
Czas… wyszeptała Zofia. O ósmej muszę być w szpitalu…
Osadziłem ją w aucie, zawiozłem przez opustoszałe ulice. Alina pojechała z nami, siedziała przy Zofii, czuła jak kobieta drży.
Zadzwonię wieczorem, poprawiła jej płaszczyk. I żadnych sprzeciwów. Potem wracasz do nas.
Zofia skinęła głową. Miło mieszkać z młodymi. Szczególnie interesował ją Kacper. Zupełnie niepodobny do ojca z charakterem. Jak sam mówi, to jego własne środowisko, nie da się zmienić, ale obserwować bardzo chce.
Człowiek dorasta, gdy uczy się mówić nie. Nawet stojąc przed wielkim szacunkiem dla starszych czy wdzięcznością, warto pamiętać, że każdy dom i życie mają swoje zasady. Umiem być pomocny, ale ważne, by umieć także dbać o siebie i własny spokój. To była lekcja dla mnie i moich bliskich jak ustalać granice, szanować się nawzajem i być otwartym, ale i wytrwałym w swoich zasadach.



