Moje zasady

Moje zasady

Nie, Krzyś, naprawdę dobrze, że przyjechałeś! Barbara Nowak usiadła naprzeciwko syna, podparła drobną główkę pięściami i uśmiechnęła się ciepło. Tak się stęskniłam. Jedz, jedz, kochany. A może dołożę ci jeszcze kotlecika?

Krzysztof pokręcił głową.

Niesmaczne…? zaniepokoiła się mama, odprostowała się. Jej twarz, jeszcze przed chwilą rozluźniona, nagle się wyciągnęła, brwi uniosły się do góry. Przecież robiłam wszystko jak zwykle… Mówiłam tacie, że wieprzowiny już nie jadasz Przecież mówiłam! Ma jakiś dziwny smak?

Barbara była wyraźnie zdenerwowana. Czekała na Krzysztofa od tygodni, nagotowała potraw jakby miał przyjechać pół krakowskiego wojska, a ona Barbara Nowak, szefowa kuchni polowej miała wykarmić wszystkich, przytulić, ogrzać. I tu taki kłopot kotlety nie przypadły synowi do gustu…

Mamo, bez przesady! Przepyszne wszystko, ale już nie dam rady.

Krzysztof odłożył widelczyk, malutki i filigranowy w porównaniu z jego ogromną, niedźwiedzią dłonią, poprawił maleńką serwetkę, całą jakby dla dzieci. Dziwne, że przy tak drobnej Barbarze urodził się taki rosły chłop. To wszystko po ojcu, Władysławie. On też postawny, plecy jak szafa trzydrzwiowa. Barbareczka przy nim zawsze wyglądała trochę jak gimnazjalistka.

Wszystko było genialne, jak zwykle! syn wstał, podszedł do niej i objął ramiona, jakby zarzucał na nią ciepły płaszcz. Od razu zrobiło jej się spokojnie, bezpiecznie… No, to co chciałaś omówić? Mów, bo zaraz muszę lecieć. Z Dobrosławą idziemy do galerii, trzeba kupić Mateuszowi ubrania.

Dobrosława tak staropolsko Krysiek wołał żonę, kobietę uporządkowaną, porządną i zachwycająco piękną.

Krzyś, gdy pierwszy raz zobaczył ją na ulicy, wpadł prosto w słup, tak się zapatrzył. Rozciął sobie brew, krew polała się ciurkiem. Dobrosia, słysząc uderzenie w metalową latarnię, stanęła wystraszona z szeroko otwartymi oczami. Krzyś tylko nieśmiało masował słupek, bojąc się, czy go nie złamał…

Potem razem poszli do przychodni. Dobrosia młoda, dobra, naiwna, cała dopytywała, czy mu się nie kręci w głowie, trzymała pod ramię. A co miał powiedzieć? Oczywiście, że kręci się, jeszcze jak! Bo przecież przy takim pięknie…

Pobrali się. Teraz mają syna Mateuszka. Dobrosia pracuje jako logopedka, uczniowie przychodzą do niej do domu bardzo wygodnie, bo nie trzeba latać po cudzych mieszkaniach i jest czas na domowe sprawy. Krzysztof co rano wyjeżdża do pracy, zawozi Mateusza do szkoły nie byle jakiej, bo Dobrosia „załatwiła” mu miejsce w gimnazjum dla przyszłych biologów. Jednym słowem, żyją spokojnie, w miłości, każdy zajęty swoimi troskami i szczęściem.

A czemu Dobrosia nie przyjechała? zapytała podczas sprzątania Barbara. Dobrze wiedziała, że Dobrosia prowadzi lekcje nawet w weekendy, ale korzystała z okazji, by odwlec rozmowę trochę się krępowała z prośbą.

Przecież mówiłem, dwa razy dzisiaj ma uczniów. A Mateusz Krzysiek uwielbiał mówić o synu pełnym imieniem i patronimikiem, to zawsze brzmiało poważnie i ładnie robi zadanie domowe. No, co jest?

Syn ostrożnie przejął od matki filiżanki, jakby były ze szkła weneckiego, odstawił cicho do zlewu, po czym obrócił Barbarę ku sobie i spojrzał jej w oczy. Mamuś, zaczynasz mnie niepokoić. Z ojcem coś nie tak? Czemu tak się zaszył w pokoju? Wzięliście kredyt i was oszukali? Zastawiliście mieszkanie, nerkę i resztę? Szantażują was? Czy odnalazł się mój brat bliźniak, którego ktoś ukradł ze szpitala?

Krzysztof się uśmiechał, rozbawiachony własnym żartem. A świat wokół pulsował radością i nadzieją, jakby to był pierwszy dzień wiosny.

Na gest matki Krzysztof usiadł, poklepał się po wystającym brzuchu, przeciągnął się, rozpostarł ramiona i… walnął ręką w kuchenną szafkę. Tak, mieszkanie malutkie, co tu ukrywać… Inaczej niż ich trzy pokoje z Dobrosią przestronne, jasne, z dużym balkonem, gdzie dla każdego znalazło się miejsce i jeszcze zostawało. Mieszkanie przeszło na nich od rodziny Dobrosławy. Dziadek Cezary, były właściciel, dostał je za zasługi naukowe, potem przeniósł się na wieś, bliżej ziemi i ludzi, a klucze oddał wnuczce. Jesienią przysyłał worki ziemniaków, buraki, słynny w rodzinie, bulwiasty topinambur i cudowne astry. O, te astry! Jakby urwane z nieba puszyste, wspaniałe, tajemnicze. Worki docierały do Krakowa przypadkiem przez wujka Eugeniusza i jego furgonetkę. Krzysiek nie wiedział, za co był tak ceniony, ale zawsze pomagał przy aucie i biegał po mieszkaniu w szortach w palmy, ciesząc się życiem.

Chciałam cię o coś poprosić… Barbara wciągnęła powietrze, sięgnęła po talerzyk z pierniczkami i przysunęła do syna. Pamiętasz jeszcze panią Marię Wiśniewską?

Krzysiek zmarszczył brwi.

Jasne, mamo! wreszcie pokiwał głową. Pierniki pachniały korzennie, czekoladą i polewą, aż nie wytrzymał dorzucił sobie czaju i sięgnął po największego, stempel z Wawelu i wieży Mariackiej.

No więc. Pani Maria dostała skierowanie do waszego, krakowskiego szpitala ma mieć operację oczu. Nie znam dokładnej diagnozy, ale jest ciężko…

Krzysztof jadł i słuchał. Pamiętał doskonale panią Marię, sąsiadkę z klatki, która zawsze pomagała jego mamie, opiekowała się małym Krzysiem, kiedy rodzice byli w pracy. Maria zawsze nosiła potężne okulary, przez co jej oczy wydawały się ogromne, a rzęsy za szkłami trzepotały jak skrzydła motyla.

I co dalej? spytał, bo mama znieruchomiała, zaczęła miętoszyć dłonie i śmigać po obrusie, zgarniając niewidoczne okruszki.

Tak myślę… może ona mogłaby u was zamieszkać na czas leczenia? Wynajem by ją zrujnował, hotel też. Tam i z powrotem za dużo nerwów. I już nie ma tej siły… Wiem, obcy w domu to komplikacje, ale to tylko chwilowo… Czuję się jej coś winna, właściwie wychowała cię przecież.

Krzysztof przestał żuć, przełknął, otarł usta chusteczką i wzruszył ramionami.

No… No… zafrasował się. Sąsiadująca chwilowo z ciocią Marią nie była w jego planach, trzeba będzie schować na bok szorty w palmy, Dobrosia już nie pobiegnie w koszulce na herbatę nocą… Ale skoro trzeba, to trzeba. Nie ma sprawy, mamo! Pomogła mi w dzieciństwie, teraz ja jej pomogę! uśmiechnął się, z miejsca poczuł się szlachetny, odpowiedzialny, po ludzku dobry. Dobrosława na pewno będzie z niego dumna. I mama też. Pani Maria zasłużyła, by ktoś się nią zajął na stare lata! dodał jeszcze bardziej dumny z siebie.

Za oknem, jakby aureola nad jego głową, zakwitło słońce, odbiło się szczęściem w oczach mamy, zatańczyło promieniami po ścianie. Na wieży pobliskiego kościółka rozbrzmiały dzwony, a ich tony aż zaśpiewały w duszy.

Tak? Naprawdę?! Ojej, Krzysiu, to kawał zachowania! To się nazywa PODEJŚCIE! Jestem bardzo szczęśliwa, że wyrosłeś na takiego wrażliwego, delikatnego chłopca.

Pogładziła syna po głowie, jak kiedyś w dzieciństwie.

Gdyby Dobrosia akurat była, skrzywiłaby się, żartując z egzaltacji teściowej. Zawsze trochę śmiała się z uwielbienia Barbary wobec Krzyśka.

Ale jej nie było, więc Krzysztof znów mógł być małym, dobrym chłopcem, którego chwali najważniejsza kobieta w jego życiu.

Spuścił ręce na stół, zrelaksowany.

Ale… Ale chyba trzeba spytać Dobrosię wyszeptała mama wystraszona. Krzysiek zamruczał coś pod nosem, że będzie okej, że Dobrosława nie będzie miała nic przeciwko, po czym przytulił się do matki i o mało nie zdrzemnął się z przyjemności, jak mu było ciepło i dobrze

No to zadzwonię do pani Marii, ustalimy

Barbara wysunęła się z kuchni, w pokoju zaszurał gazetą ojciec, a Krzysiek, żując usta, sięgnął po telefon i wybrał numer żony.

Dobrosława słuchała uważnie, malując jedno oko i celując tuszem w drugie.

I na ile to? zapytała w końcu.

No Chyba na dwa tygodnie. Dobrosiu, no trzeba tłumaczył się Krzysiek. Człowiek po operacji, mieszkania nie ma, a jeździć godzinę w jedną stronę?

Krzysiek, przecież tam są sale szpitalne, ona Dobrosia zaczęła, ale on przerwał.

Tak, jasne, ale potem i tak będzie musiała dojeżdżać na kontrole, badania. To koszmar. A ty zawsze jesteś gościnna, a pani Maria bardzo porządna, sympatyczna kobieta. Dogadacie się

Powiem ci, niezbyt mi się to podoba. Pamiętam ją ze ślubu. Patrzyła na mnie z góry, prowokacyjnie. Nie lubi mnie twoja ciocia Maria.

Dobrosiu, lubi! Bardzo cię szanuje! I Mateuszowi też pomoże, zresztą

Krzysiek, twój syn ma szesnaście lat. Czym mu pomoże Maria Wiśniewska? zaśmiała się Dobrosia, zrobiła usta w rybkę, miała już pociągnąć je szminką, ale zrezygnowała.

We wszystkim, Dobrosiu! Ma tyle doświadczenia. To życiowa kobieta. No, więc nie masz nic przeciwko?

Dobrosia była przeciwna, bardzo przeciw, ale nie miała serca sprzeciwić się mężowi.

Dobrze. Kiedy przyjedzie? zapytała twardo.

W słuchawce zaszmurgotały głosy, potem Krzysiek powiedział, że w niedzielę.

Już? Jutro? Dobrosia powiodła wzrokiem po lekkim domowym rozgardiaszu. Normalny bałagan normalnej rodziny, ale nie dla cudzych oczu!

Nikt poza nią i domownikami nie miał wglądu do tego chaosu. Uczniów Dobrosia prowadziła w kuchnio-jadalni. Tam wielki stół, dużo światła. Dalej nie wchodzili. Gdy spodziewali się gości, mieszkanie przechodziło generalne porządki od podłogi po sufit. Dobrosia, w odróżnieniu od koleżanek, zawsze wstydziła się swojego otoczenia porzucony sweter czy krzywo powieszone ręczniki były dla niej tragedią. Zawsze starała się wszystko ukrywać.

A tu ciocia Maria będzie chodzić po całym domu! I na pewno uzna, że Dobrosia to kiepska gospodyni!

Czyste podłogi i ład w mieszkaniu to ład w głowie! powtarzała jej mama. Ludzie patrzą najpierw na porządek. A ty, Dobrosiu, niechluj! To niemożliwe. Czy to takie trudne powiesić koszulę i spódnicę? Przecież jesteś dziewczyną!

Dobrosławę zabolało, pokręciła głową, jakby jej mama stała nadal obok i karciła wzrokiem.

W następną wyjaśnił w końcu Krzysiek.

To dobrze wydusiła Pójdę, powiem Mateuszowi…

Dobrosia miała jeszcze chwilę, by opanować domową dżunglę, wysprzątać, wyprać, poprasować, wszystko ogarnąć…

Mateusz wieść o przyjeździe starszej pani niani, która opiekowała się ojcem niemal od narodzin przyjął ze spokojem. Przyjedzie, to przyjedzie, co w tym złego?

Daj spokój, mamo! Żyjmy swoim życiem, i tyle! stwierdził filozoficznie przyszły biolog, obserwując, jak matka biega po domu z odkurzaczem. To nasza ekosfera, tu rośniemy. A ona to organizm obcy, na czas adaptacji. Przetrwa dobrze, nie trudno. Ekosystemy się mieszają.

My tu nie rośniemy, Mateusz. My zarastamy! A w tygodniu nie będę miała czasu na porządki… O, co tak stoisz?! Bierz drugi odkurzacz i pomóż! Nie będę się wstydzić przed jej znajomymi! Zresztą, opowie twojej babci Basią, jak u nas syf!

Babcia Basia i tak wszystko o tobie wie i nie przejmuje się! wzruszył ramionami Mateusz i zniknął.

Dobrosia coraz bardziej się denerwowała, ale po pół godzinie przybiegł jej pierwszy uczeń, sepleniący, rumiany jak pączek Andrzejek. Andrzej uruchamiał dzielnie motorek języka, czerwienił się z wysiłku, promieniał na pochwały, ale Dobrosia nie mogła zebrać myśli cały czas spoglądała po kuchni co jeszcze schować, czego nie widać, a powinno…

Okna! pomyślała nagle przerażona. Nie myłam jeszcze okien!

Okna muszą być tak czyste, jakby w ogóle nie było szyb! znów usłyszała w głowie głos mamy. Dobre gospodynie mają nieskazitelne okna, a ty tylko smugi zostawiasz!

Krzysiek wrócił i odciągnął ją od szorowania, całą drogę do sklepu opowiadał, jak cudowna jest ciocia Maria i ile jej zawdzięczał, a Dobrosia tylko kiwała głową i wzdychała.

Tata, rozumiemy już, że przyjedzie twoja druga mama. Możemy przestać o tym gadać? nie wytrzymał Mateusz.

A Dobrosia była mu wdzięczna…

Do następnej niedzieli czas zleciał błyskawicznie, jakby ktoś wcisnął gaz i zapomniał zdjąć nogę.

W sobotę Krzysztof pojechał po panią Marię, a Dobrosia, odwoławszy lekcje, szykowała się na wizytę.

Mateusz poleciał do fryzjera, pies Gustaw został wykąpany i wyczesany, a okna lśniły jak jeszcze nigdy.

No, Dobrosiu, będziemy gdzieś koło trzeciej, nie prędzej powiedział Krzysiek. Nie wariujcie. Pani Maria bardzo się denerwuje, że zaburza wasz domowy spokój.

Dobrze, będziemy czekać z obiadem.

Na obiad Dobrosia zaplanowała pieczonego kurczaka, ziemniaki, sałatę… Trzeba gościa przyjąć jak należy.

Wstała o siódmej, wysłała Mateusza z Gustawem na spacer, sama wskoczyła pod gorący, kojący prysznic, zanuciła: Czy pamiętasz, jak to było… Stała chwilę, dokończyła piosenkę, owinęła się szlafrokiem, zabrała za mycie zębów gdy nagle w przedpokoju zatrzęsły się zamki, rozległ się głos Krzyśka. Towarzyszył mu lekki, zawstydzony głos kobiety, szczekał radośnie Gustaw, Mateusz wzdychał z rezygnacją gdzieś w tle.

Zapocone lustro pokazało Dobrosii, w jakim jest stanie, by powitać gościa…

No, jesteśmy rzucił Krzysztof, skinąwszy żonie głową. Stała z szczoteczką w ręce i w szlafroku na nagie ciało, obserwując jak mąż wnosi ogromną, czerwono-bordową walizkę, a za nim wchodzi rumiana kobieta pani Maria Wiśniewska we własnej osobie. Zaciągnięta w zachwyt, przeszła się po domu, wszystko chwaliła, każdą pierdółkę z podziwem, „szarmancko”. Ale Dobrosia pamiętała, że ona gospodyni tego „szarmanka” w szlafroku, na głowie katastrofa, kurczak nieupieczony, a Gustaw zaraz po spacerze zabłocił podłogę Wszystko! Dobrosia zła gospodyni. A pani Maria już zaciska usta, przestępuje kałuże po Gustawie, patrzy za uciekającą Dobrosią, która pędem ucieka upiększać się.

O, tu twoja izba uchylił drzwi Krzysiek. Rozgość się. Ja zorganizuje coś do jedzenia. Przebiorę się tylko.

Pani Maria podziękowała, zamknęła drzwi.

… Co wy tak wcześnie?! wysyczała Dobrosia, wychylając się zza parawanu. Nie spodziewałam się! Nie jestem gotowa! Tak się nie robi, Krzyś, kompromitujesz mnie!

Krzysztof siedząc na łóżku zerkał z zachwytem na odbicie żony w lustrze szafy, na jej krągłości, birchowe ramiona

Hm? rozmarzył się.

Pytam, czemu tak wcześnie? już zapięta w sukience Dobrosia układała włosy. Zapnij zamek.

A, ciocia Maria ma dziś jakieś badania, zapomniałem. Postanowiliśmy jechać wcześniej machnął ręką, podszedł, chciał pocałować, ale Dobrosia odsunęła się.

Czemu tyle tych toreb? spytała podejrzliwie.

No… Kobiety nigdy nie potrafią spasować z ilością bagażu! Jesteście rodem z jarmarku niewytrzymany żart Krzyśka.

Usiedli do śniadania. Dobrosia usmażyła jajecznicę, Mateusz, widząc stan mamy, skroił kanapki.

Ostatnia weszła pani Maria, rozglądnęła się. Zostawiono jej miejsce koło Mateusza.

Smacznego. Bardzo tu przytulnie. Ale pamiętam, że na ślub dałam wam serwis porcelanowy w makowe wzory… Nie? To nie wy?

Dobrosia wzruszyła ramionami. Serwis rozbił się dzień po ślubie. Krzysiek zrzucił go ze schodów. Poszło wszystko…

Krzysiek żuł skupiony, o makach i porcelanie nie miał pojęcia.

Pewnie komu innemu… Dobrosia nalewała kawy.

Ale tu mi wieje nagle kapryśnie żaliła się pani Maria. Mogę zamienić się z tobą miejscem?

Mateusz spojrzał zaskoczony na matkę, ta bezradnie wzruszyła ramionami.

Krzysiek prężył się jak obrońca. Dobrze, Dobrosiu, zamień się. Pani Marii przewieje, będzie chora przed operacją! podniósł żonę jak taboret, przesunął bliżej siebie, a gościa posadził w przeciągu.

Krzysia wychowywałam od maleńkości zaczęła pani Maria. Pieluchy zmieniałam, niejadek był, ale potem się poprawiło. Bardzo trudny chłopiec.

Dobrosia się zakrztusiła, Mateusz z ironią się uśmiechnął.

A ty, młodzieńcze, od lekcji się nie wymiguj. Krzysiek zawsze robił lekcje z rana, lepiej zostawały w głowie Maria wstała, zabrała talerz Mateusza, spojrzała na gospodynię. Ta znowu speszona zamilkła.

Mateusz dopił herbatę na stojąco i wyszedł ze swoim fochem do siebie.

Maria Wiśniewska podziękowała za śniadanie, zniknęła w pokoju, przesuwając coś, potem zawołała Krzyśka, żeby poustawiał telewizor.

Macie tu mało książek skomentowała w przedpokoju, odprowadzając syna na futbol. Mateusz powinien czytać klasykę, np. Sienkiewicza. Przywiozłam kilka tomów. Wieczorem usiądziemy, sprawdzimy, co syn umie, czego nie wie, Krzyśku.

Jasne, ciociu Mariu. Bo tylko ta piłka i piłka, głowa pusta. Poklepał syna, wciskając mu torbę.

Wiedział dobrze, że ciocia zawsze nosi książkę Sienkiewicza pod pachą, pokazuje się z nią na mieście, grzeje przy łóżku. Choć pewnie nigdy nie zajrzała. Ale z Sienkiewiczem wygląda na osobę z klasą i do szpitala też go zabierze, by pielęgniarki wiedziały, że tu nie byle kto leży.

Mateusz odszedł, Krzysiek zniknął za nim.

A kiedy Pani wychodzi? spytała Dobrosia.

O, tak, do pierwszej muszę być gotowa. Dobrosiu, czy Mateusz ma już dziewczynę? Twój Krzysiek, już od szóstej klasy miał… I była taka Rita. Ugodowa była, jak plastelina. Co się jej powie, to zrobi. Prawda, że dobre dziewczyny są takie? Ale ty byś lepiej przeniosła pieska! Wpadła znów do pokoju, larum robiąc o Gustawie na kanapie. I tą szafkę na buty przesunąć, wpada się na nią. No właśnie! Maria niezdarnie zahaczyła nogą. Spadły buty, kapcie, Dobrosia przestraszona nie wiedziała, co powiedzieć. Takie buty są szkodliwe… No, idę. Dobrosiu, dziękuję za gościnę!

Pani Maria pogłaskała ją po ramieniu i zwiała do windy.

Dobrosia stała chwilę, potem zatrzasnęła drzwi…

Mamo, czemu ona tutaj wszystkimi rządzi? Gustawa też wygoniła z kanapy! Przecież może leżeć! oburzał się Mateusz po treningu, głaszcząc psa, który zrezygnowany popiskiwał.

No taka jest… Zawsze wychowuje. Ale to chwilowe, Mateuszu. Wytrzymamy

Dobrosia wstydziła się przed synem, przed Gustawem, że nagle przestała być gospodynią we własnym domu. Ale nie umiała się sprzeciwić starszej pani, która tyle lat temu przewijała jej męża…

Wieczorem pani Maria zrobiła zbiorową akcję przygotowywania gołąbków każdy był w coś zaangażowany, a Krzysiek nadskakiwał, niemal na rękach ją nosił.

Potem było już tylko ciekawiej. W poniedziałek ciocia Maria ustawiła budzik, pobudziła wszystkich do gimnastyki.

I kiedy operacja? zapytała Dobrosia, zlapywana z oddechem po ćwiczeniach, które prowadziła pani Maria z pełną energią: czterdzieści sekund pompki, dziesięć odpoczynek. Pocił się głównie Krzysiek.

Mateusz rzucił zdrowy tryb życia i czmychnął do szkoły, ale Krzysiek ćwiczył wytrwale.

Jeszcze trochę, Dobrosiu, dasz radę! zachęcał.

… Więc kiedy? spytała raz jeszcze.

Jutro mnie przyjmują. Potem już prosto na stół. Krzysiu, będziesz mnie odwiedzać? zapytała Maria smutno.

Ależ przecież tylko dwa dni! Nic poważnego! zdziwił się Krzysiek, ale kiwnął głową…

Poniedziałek był pełen napięcia. Lekcje Dobrosławy jedna po drugiej się rozsypywały dzieci chore, ktoś na działkę, ktoś nie chce przyjechać, ktoś inny do siebie nie zaprasza.

Dzwonił telefon, czarne kruki piały za oknem, a pani Maria w swoim pokoju słuchała piosenek Czesława Niemena. „Dziwny jest ten świat” rozbrzmiewało przez szklane drzwi, była nawet taneczna, wywijała nogą. Dobrosia westchnęła patrząc na tańce…

Ona się stresuje tłumaczył Krzysiek. Zawsze jak się boi, słucha Niemena. On ją uspakaja.

Wieczorem Maria chciała poczytać z Mateuszem Sienkiewicza, ale młody odmówił. Popatrzyła na niego zdziwiona, wysłuchała, co sądzi o Sienkiewiczu (dawno przeczytanym), i o jej gościnie w ich domu. Gdy Mateusz trzasnął drzwiami, zawołała Dobrosię. Ta przez telefon na ucho mówiła: „Tak, przyjadę zaraz.” Miała ruszyć na osiedle na lekcję do sepleniącego Andrzejka.

Nie! Maria Wiśniewska wyrwała jej telefon z ręki. Krzyknęła do słuchawki: Nie, i jeszcze raz nie! Jeśli chcecie, żeby wasz syn miał lekcje u najlepszej specjalistki, to tu go dostarczcie natychmiast! Jeśli nie, na wasza odpowiedzialność! Za 20 minut nie będzie usuwam z grafiku! Kim jestem? Sekretarką Dobrosławy Nowak. Do widzenia!

Oddała telefon Dobrosi, patrzyła w okno. Dobrosia zamilkła, potem wybuchła. Nawet Mateusz przyszedł posłuchać.

Wie pani co, pani Mario?! Nie wtrącajcie się w nasze życie! I w moją pracę! I gołąbki róbcie sobie w swojej kuchni. I nieważne, ile pieluch zmieniliście mojemu mężowi! Koniec! Nie będę tanczyć, jak pani zagra. Czytajcie sobie Sienkiewicza, ćwiczcie, co chcecie ale nie w moim domu! Gustaw będzie spał, gdzie ja pozwolę, i tak samo z konserwami kupuję je, choć pani mówi, że szkodliwe. Ja tu rządzę, to mój dom, moi uczniowie, moje życie! Mam nadzieję, że operacja pójdzie dobrze i szybko wróci pani do siebie. Bardzo na to liczę!

Mateusz bił brawo, Gustaw piszczał przy kolanach, a pani Maria, w końcu odwróciwszy się od okna, uśmiechała się szeroko.

Dobrosia aż oniemiała. Myślała, że zaraz będzie reprymenda Ale…

I dobrze, Dobrosiu. Nigdy się nie ugina, nie lękaj! Mów swoje „nie” oczywiście poza życiowymi dramatami. Bardzo mi się podobasz. Bałam się, że jesteś taka miękka, zależna od opinii innych Ale nie rób tego. Niech myślą, co chcą, idź swoją drogą. Nie chcesz mnie powiedz wprost. Tak lepiej, ucisza od środka, łatwiej się żyje. Odwagi, Dobrosiu, żyj jak chcesz. Wybacz starej, zdarzało mi się przeginać… Krzysiek wie… Nie patrz tak na mnie! Strasznie się boję przed zabiegiem! Dlatego ta cała akcja. Gustaw, ty to masz szczęście! pogłaskała psa. Chcecie marmolady? Mam cudowną jabłkową, domową. Mateusz, spróbujesz?

Chłopak przewrócił oczami. Widział nie raz, że kobiety są dziwne, ale aż tak…

Ktoś zadzwonił. Przywieziono Andrzejka. Po lekcji i on dostał kawałek marmolady. Jego mama przeprosiła Dobrosię za zamieszanie i cicha zapytała: Czy powinnam zgłosić się do sekretarki?

Nie trzeba. Spokojnie, wasz chłopak daje radę.

Dobrosia mrugnęła do „sekretarki”…

Wieczorem, gdy Krzysiek i Mateusz poszli grać na konsolę, pani Maria rozsiadła się w fotelu i wyciągała stare historie o tym jak Krzysiek zdzierał tapety jej w mieszkaniu, jak prawie się utopił na lodzie, a ona rzucała się na brzuchu, by go ratować, potem poiła herbatą z miodem…

A ta Rita to mi się wcale nie podobała dodała pani Maria. Zero charakteru I nie szkoda mi serwisu z makami! Rozbity, na szczęście. Teraz żyjecie sobie w zgodzie, bo Krzysiek jest wyrozumiały… Przebacz mi, Dobrosiu. Dziękuję za przyjęcie. Jesteś wielką kobietą…

Marmolada topniała na talerzyku, wieczór za oknem ciemniał, a na wschodzie rozbłysła pomarańczowo-czerwona smuga.

Czas szepnęła Maria. O ósmej muszę tam być…

Krzysztof posadził ją w samochodzie, wyjechał na puste ulice. Dobrosia pojechała razem z nimi, siedziała obok cioci Marii, czując jej drżenie.

Wieczorem zadzwonię poprawiając płaszczyk powiedziała ciepło Dobrosia. Bez dyskusji! Potem znów do nas.

Maria kiwnęła głową. Dobrze mieszka się z młodymi, wesoło. Szczególnie Mateusz ją fascynował. Taki zbuntowany, niepodobny do ojca. Albo, jak sam mówi, to jego własna biocenoza niezmienialna, ale do badania gotów…

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dwa × 5 =

Moje zasady