Moja tajemnica
Leżało się na zimnym, twardym śniegu, który, choć popuścił poprzedniego dnia, ledwo zaczął twardnieć dzisiejszym rankiem, był prawie przyjemny w dotyku. W środku jednak paliło gorąca krew chciała się wydostać, pulsowała w skroniach, w piersi ciągnął tępy ból, policzki piekły, a usta były całkiem wysuszone.
Chwyciłem dłonią garść śniegu i powoli, niemal sparaliżowany, rozwarłem zęby, po czym wsunąłem grudkę białej wilgoci do ust. Było to przyjemne do momentu, gdy nie poczułem metalicznego smaku. Krew sączyła się z rozbitych dziąseł, zmuszała mnie do kaszlu i połykania jej. Nie miałem już siły, żeby się przewrócić i wypluć tę krew.
Śnieg przytępiał ból i byłem mu za to niezmiernie wdzięczny. Tania, naturalna anestetyka, dzięki Ci, Boże! Ale zimno nie zabijało bólu całkowicie miałem wrażenie, że przesuwa się za horyzont, tam, gdzie słońce opadało czerwonym, rozbłyskłym kręgiem. Nawet patrzenie na ten zachód bolało oczy, oślepiając blaskiem.
Zamknąłem powieki, a wielki, jasny dysk przeinaczał się w mojej głowie do czegoś bezkształtnego, żółto-szarego.
Przydałoby się odczołgać gdzieś dalej schować się w rowie przy szosie, pod wałem, w krzakach skulić się w kulkę, zwinąć, drżeć i skomleć jak zraniony pies, byle tylko się ogrzać. Nie miałem jednak już żadnych sił. Nogi leżały nieruchomo jak dwa kłody, tylko czasem przechodził przez nie mimowolny skurcz…
Spróbowałem przewalić się na bok, podeprzeć prawą ręką, ale ta zapadła się bezwładnie, w bark wbił się ostry ból jak igła.
Nic… No to spróbujmy inaczej wysyczałem przez zaciśnięte zęby. Od dźwięku własnego, ochrypłego, zdartego głosu przeszedł mnie dreszcz.
Lewa strona ciała wydawała się sprawna, więc po chwili zdołałem się podciągnąć i usiąść, choć dłoń zapadła się w śniegu, a ciało znów dotknęło lodowatego podłoża.
Umarłbym. Tu i teraz. Tak byłoby najprościej, wtedy wszystko by się skończyło. Nie było już ważne, co się ze mną stanie. Przereklamowałem swoje możliwości, zbyt śmiało sięgnąłem. Sam sobie winien. Teraz już się nie uratuję.
Nad ranem będą szukać mojego ciała obiecywali. Ale… Może wilki będą szybciej? Im też trzeba jeść… I wtedy będę śmiał się moim wrogom w twarz, im zostaną tylko kości…
Szybko zapadła ciemność. Chciało się spać zsunąłem się w czarną otchłań, dryfowałem w niej jak ryba złapana w kleszcze. To było nawet przyjemne. Potem wracał ból iskrzył się czerwonymi punktami przed oczami, rozlewał się po żyłach, ścinał mięśnie skurczami, zmuszał do zgrzytania zębami. Z tego rodziła się we mnie bezsilna wściekłość, żałosna, pustka jeszcze bardziej dzika. Tak jakby rzucić się na wroga z gołymi rękami i krzykiem słaby i bezbronny, ale wróg boi się twojego szaleństwa. Pojawiło się też pragnienie zemsty. Ale nie mogłem bić kobiet, nie umiałem. Odrzucony plan, który tylko podsycał frustrację…
Wściekłość napęcała mój mózg do pracy, powolnej, zgrzytającej, bolesnej, ale wciąż pracy.
A z głębi brzucha podnosił się strach pierwotny, zwierzęcy strach przed śmiercią. Nie pozwalał wyłączyć się na dobre.
Gdzieś z zarośli w oddali niósł się wilczy wycie. Skrzywiłem się Nie, bracia, tak łatwo nie oddam się wam! Wilki czy na dwóch, czy na czterech łapach moje kości nie będą wasze!
Trzeba się poruszyć. Gdzie? Nieważne. Jak też nieistotne. Chociażby czołgać się, byle tylko ruszyć z miejsca własnej nicości.
Mama… Żal mi jej. Ona czeka, martwi się, jak jej tam jest? Nie powiedziałem, gdzie jestem, nie dowie się, jak się wszystko skończy… Chociaż pewnie i tak się dowie. Będzie płakać. To będzie moja wina. Ojciec mnie przeklnie. Słusznie…
Od tych myśli aż mi się zrobiło niedobrze, a łzy zamarzły na policzkach, nie spadłszy nawet na podartą kurtkę…
Czołgałem się. Niezgrabnie, opierając się na zdrowej ręce, wykopując nogami ślady w śniegu, zostawiając za sobą czerwone smugi, ale jednak przesuwałem się kawałek po kawałku, oddalając się od przeraźliwego, głodnego wycia…
Potem straciłem przytomność. To było przyjemne. Nic nie czułem, nie myślałem kompletne wyzerowanie. Jeśli to piekło, to mi się podoba. Chcę tu zostać dłużej. Hej, demony, jestem wasz! Zgrzeszyłem, zabierzcie mnie, bo to ciało już mi się nie przyda…
Ale nawet w piekle byłem nikim. Prosto w twarz uderzył mnie nie do zniesienia żółty blask, a do ust wlała się piekąca, zimna woda.
No co jest? Czemu nie kaszlesz? Kasłać trzeba, przełóż gardło i wypluj to wszystko! ktoś zdzielił mnie po policzkach. Ciosy były szorstkie, aż pulsowały mi dziąsła.
Uuuu… zawyłem protestująco, odwracając się i plując czerwonym śladem na śnieg.
Żyjesz, znaczy się. No to chodźże do domu. Tu blisko mój dom. Połóż się na kożuchu, ja cię zaciągnę. No, leż! Nie możesz? Sam cię położę… O tak… czyjeś silne ręce podniosły mnie i ułożyły na ciepłym, kwaśno pachnącym baranim kożuchu. Ale cię urządzili! A ja nasłuchuję, dudni. Samochód dudni. Przez okno patrzę światła. Oni tu zawsze przyjeżdżają. To pole to dla nich cmentarzysko. Głupie ludzie… Głupie… mruczał nieznajomy, poprawiając mnie wygodniej. Nic, opatrzymy cię, a potem zobaczymy.
Mamroczyłem coś o wilkach, o wrogach, którzy zaraz wrócą, a potem zrobiło mi się ciepło i błogo, zemdliłem i straciłem kontakt.
… Jakiś ty słodki, jaki czuły! śmiała się Bogusia, pozwalając całować swoje pełne, lśniące ramiona. Cielaczek, tak? Jesteś moim cielaczkiem? Chwyciła mnie za policzki i przyssała się do moich ust, łapiąc na sobie moje gorące oddechy. Potem nagle odepchnęła mnie, zerwała się, narzuciła szlafrok i szybko zawiązała pasek. Idź już. Czas twojego wyjścia.
Boguśka… przeciągałem się rozkosznie na szeleszczącej od krochmalu pościeli. Chce mi się spać… Przecież jeszcze wcześnie, spójrz tylko na zegar! Znowu mnie wyganiasz…
Coraz częściej zostawałem na noce u Bogusi. Karmiła mnie kolacją, wysyłała do łazienki, sama w tym czasie szykowała mi czystą pościel. Zawsze ścieliła wszystko świeże i wyprasowane, gasiła światło i czekała na mnie. Noc mijała niepostrzeżenie. Ja, ledwo co wróciwszy z wojska, wygłodzony cielesnej bliskości kobiety, trafiałem prosto spod prysznica do raju. Bogusia była piękna, czuła, zdecydowanie lepsza od wszystkich tamtych podrywających mnie dziewczyn…
Patrzyłem, jak Bogusia zakłada na białe, gładkie nogi pończochy, jak za parawanem zakłada bieliznę i sukienkę.
W lustrze wszystko widziałem wyraźnie. Bogusia była w nim słoneczna, promienna, niesamowicie kobieca i kusząca.
Mówię przecież: wynocha! szepnęła. Zapnij mi suwak i spadaj. Maks, zrób to dla siebie! Daj spokój, wrócisz jutro, rozumiesz? Jutro…
Całowaliśmy się jeszcze chwilę, a potem Bogusia rzuciła mi ubranie i wyszła.
Słyszałem, jak w kuchni odpala gaz, miele kawę. Intensywny, lekko palony aromat rozchodził się po całym mieszkaniu. Jej mąż, Gerard, uwielbiał mocną kawę z odrobiną chili twierdził, że to boski smak. Boguśka zwykle siadała naprzeciwko, uśmiechała się i przytakiwała, skulona na stołku, z nogami na poprzeczce, ostrożna i uważna, by nie pomylić się w imieniu…
Jeszcze chwilę postałem, po czym wśliznąłem się do łazienki. Pluskałem wodą, śmiałem się sam do siebie, nie spiesząc się, założyłem koszulę, spodnie, podszedłem do drzwi kuchni, oparłem się o framugę. Bogusia stała tyłem do mnie, widoczna przez prześwitujący od słońca szlafrok, który podkreślał jej ponętne kształty.
Była ode mnie piętnaście lat starsza, ale wcale mnie to nie krępowało. Wręcz przeciwnie byłem dumny, że taka kobieta wyróżniła mnie spośród wszystkich chłopaków.
Bogusia… Miała doświadczenie, wyrozumiałość wobec moich niezdarnych zalotów, śmiała się melodyjnie, a całowała tak, że wirowało mi w głowie. Pozwalała mi nocować w swoim bogatym mieszkaniu o wysokich sufitach, z kryształowymi żyrandolami, lśniącym parkietem i elegancką zastawą. Karmiła mnie, wiecznie głodnego, patrzyła, jak łapczywie pałaszuję placki ziemniaczane prosto z patelni, jak gniotę kotleta widelcem, jak strzelam się z kieliszkiem… Lubiła pić ze mną bruderszafta, wtedy śmiała się do rozpuku, a ja całowałem jej białą szyję.
Nie chciała, żebyśmy się przyznawali do siebie, ale uparłem się.
Kiedyś zauważyłem ją w metrze. Byłem pijany, rozluźniony, z kolegą, którego w końcu zgubiłem. Przebiłem się do Bogusi, koniecznie chciałem ją poznać, proponowałem odprowadzenie ona speszona, odmawiała, odwracała się. Mimo to odprowadziłem ją pod klatkę. Kazała mi iść sobie, udawałem, że odchodzę, ale schowałem się pod arkadą, patrząc które z okien zapali się światłem.
Parter. Jej okna wychodziły na mój widok. Nawet przez zasłony mogłem zobaczyć jej sylwetkę. Przebierała się. Byłem zachwycony, aż w końcu przegonił mnie dozorca…
Wracałem pod te okna codziennie, jakby pod wpływem uroku. Mamie mówiłem, że wychodzę na spacer, a tak naprawdę czuwałem pod oknami Bogusi.
Widziałem również jej męża. Okno kuchni też wychodziło na podwórze. Gerard chodził po domu w podkoszulku i workowatych spodniach. Był chudy, kościsty, zgarbiony, trzepotał głową. Czemu ona za niego wyszła?! dziwiłem się. Mogła pokochać?!
Gerard wolno jadł kolację, przeglądając Gazetę Wyborczą, potem Boguśka podawała mu herbatę i ciastka. Stałem pod oknem, podglądając. Kiedyś nagle się obrócił, jakby czuł moje spojrzenie, wstał, zaciągnął zasłony. Dwa cienie zlały się w jeden, zrobiło mi się mdło. Jak ona, moja Bogusia, może całować się z takim cherlakiem?!
Długo graliśmy ze sobą w podchody, aż w końcu mi się znudziło i wlazłem Bogusi przez okno prosto do sypialni. Mąż wyjechał sam widziałem jego walizki mogłem być bohaterem.
Bogusia, widząc mnie przy stole, zamarła, już prawie krzyczała, ale pobiegłem, zakryłem jej usta dłonią. Potem pocałowałem.
Boże, jak ona pachniała! Jej włosy, usta, lekki letni strój wszystko miało cudowny zapach…
Moja matka nigdy nie miała perfum. Pachniało od niej fabryką, czasem tytoniem. Dużo paliła, aż zęby miała żółte, przez co wstydziła się uśmiechać. Bogusia miała równe, białe zęby jak z pisma. Mama rzadko dobrze się ubierała. Wcześniej nie zwracałem na to uwagi, ale wtedy poczułem wstyd. Chciałem jej coś kupić, ale robiło mi się szkoda pieniędzy głupi, kupowałem kwiaty Bogusi. Jej mąż nigdy nie przynosił jej kwiatów, był w moim odczuciu nieobrotny i żałosny. Owszem, z Bogusią mieli wielkie mieszkanie, wszystko z drzewa, na ścianach obrazy, a nie wycinki z gazet. Z jej zastawy mogliby jeść królowie, biżuteria godna była cesarzowej. Ale Bogusia kiedyś wspomniała, że to wszystko po rodzinie. Mąż więc po prostu korzystał z jej majątku. Niezły cwaniak…
Ja taki nie byłem. Potrzebowałem Bogusi, tylko jej. Oczywiście, dobry obiad i świeża pościel pomagały w naszej bliskości, ale czułem, że nawet w stodole by mi wystarczyło, gdyby była ze mną.
Tak, Bogusia pachniała ekskluzywnie czy to francuskie perfumy, czy włoskie nie wiedziałem, po prostu je wdychałem, z jej włosów, skóry, z dołka na szyi…
Wiecznie zachwycałem się swoją kobietą. Tak nazywałem ją moja kobieta. Zdobyłem ją, wtargnąłem do jej świata, a ona padła do moich stóp.
Bogusia wszystko robiła pięknie jadła, przebierała się, paliła wszystko miało w sobie płynność i grację, jak linie gitary, którą widziałem w jej biodrach. Bogini. Moja bogini.
Tę pierwszą noc pamiętam do końca życia. Boguśka była wtedy szczególnie czuła, prawdziwa, bez maski, bez drwiny, bez kokieterii. Rozpływała się w moich objęciach, a ja topniałem od tej siły, którą mi dawała. Rano wiedziałem już ona mnie kocha. Z tamtym, mężem, po prostu egzystuje, odbywa swój obowiązek, a ze mną oddycha, żyje, raduje się. Przy mnie w jej żyłach płynęła gorąca, radosna, odważna krew.
Czasem musiałem jednak uciekać wcześnie.
Wstawaj, kochanie, już pora całowała mnie po trzeciej nocy. On zaraz wraca z delegacji. No już, Maks… Najlepszy mój… szeptała, przesuwając palcem po mojej twarzy, po młodym, silnym ciele. Nie przychodź na razie, tydzień będzie w domu, potem znów wyjedzie.
Może by z nim pogadać? zażartowałem. Po męsku. Chcę, żebyś była tylko moja, Boguśka! Chcę być twoim mężem!
Roześmiała się, odrzucając głowę, a jej ciemne loki spływały po ramionach jak miód, jak lawa. Skoczyłem, objąłem ją, zacząłem całować.
Moja! Moja, słyszysz?! Tylko moja! szeptałem. Myślisz, że nie podołam twojemu Gerardowi?! Palcem bym go przestawił!
Co ty opowiadasz, kochany. Wymknęła się z objęć Niech zostanie jak jest, żebyś był moją tajemnicą, a ja twoją. Masz spraw, w które nie powinieneś się mieszać. Teraz idź muszę jeszcze posprzątać.
Byłem zawiedziony. Nie chce być moją żoną. Jak to?!
A jednak, zamykając za mną drzwi, Boguśka wyciągnęła się i pocałowała mnie w usta. Byłem rozbrojony. Może i nie żona, może tylko na jedną noc, ale i tak jest MOJA. Będzie myśleć o mnie, gdy zasypia, gdy szykuje śniadanie dla męża, będzie go porównywać ze mną i ja wygram. Ona moja, a ten Gerard… rogacz…
…Po wyjściu Maksa Bogusia szalała z niepokojem. Mąż zadzwonił w nocy, że wraca szybciej niż planował. Stary lis. Dżentelmen, chciał oszczędzić jej wstydu. Kobieta się spieszyła, okno szeroko otwarte, żeby Gerard nie wyczuł obcych zapachów. Ale coś poczuł. Stary lis wyczuł innego samca.
Śmierdzi tu, Boguśka! rzucił walizką o podłogę.
Czym, kochanie? zagrała rozkojarzoną i szczelniej otuliła się szlafrokiem.
Syfem. Nie grzeszysz ty tu beze mnie? popatrzył na nią spod oka, zdejmując buty. Stał się sztywny i Boguśce zabrakło powietrza, ale się uśmiechała.
No coś ty! Kurczak z piekarnika mi się przypalił, wyobraź sobie! Gerard, idź się umyj, a ja już wszystko nakryję. Kawa gotowa, mielone też są. Odgrzać ci? Kocham cię… Tęskniłam… świergotała zbyt wesoło.
Gerard szarpnął ją za włosy, przyciągnął do siebie, długo patrzył w oczy, po czym puścił, uśmiechnął się.
Mam dla ciebie prezent. Załóż! Wyciągnął z kieszeni chusteczkę, w której były kolczyki ze starym polskim granatem, ciężkie, na angielskim zapięciu, lekko przyciemnione. No, załóż! warknął na jej wahadło. Obróciła je, spojrzała nerwowo.
A co to, Gerard? zapytała. To… To…
Głupia jesteś, przewidziało ci się. Zakładaj, chodź na śniadanie!
Posłusznie zdjęła stare, odziedziczone po matce kółka, założyła nowe kolczyki, obróciła się w stronę męża. Przytaknął z zadowoleniem. Lubił ją stroić jak lalkę drogie sukienki, buty, torebki, biżuteria. Czasami kazał jej spać w ciężkich złotych łańcuchach. Te raniły skórę, zostawiając ślady, ale Gerard uważał, że to przezabawne…
Pobędę ze czterypięć dni, potem jadę. Na długo, oświadczył, wycierając talerz kawałkiem chleba. Interesy dobre, naprawdę. A gdzie ten kurczak, Boguśka? nagle spytał złośliwie.
Jaki kurczak? Drgnęła jej ręka, kawa rozlała się na obrus. Gerard nienawidził brudnych obrusów kojarzyły mu się z dzieciństwem, matkaalkoholiczka, stary dom, wszyscy mieli go gdzieś. Nie mógł przytyć, kradł jedzenie, marzył o wielkim życiu, sukcesach, o najlepszym i najpiękniejszym. Po to zdobył Bogusię była z najlepszych. Mógł iść po trupach, byle mieć to, co najcenniejsze. Bogusia zanim poznała Gerarda miała narzeczonego młodego fizyka. Zginął napad, rabunek. Bogusia chciała się zabić, ale zjawił się Gerard, rozkochał matkę, pomagał finansowo, osaczył Bogusię i uderzył wtedy, gdy rodzina była na dnie. Jej ojca groziło więzienie Gerard pomógł, zastąpił go kto inny, a Bogusia na ślubnym kobiercu kleiła uśmiech. Tak nakazał.
Teraz też się uśmiechnęła, chowając plamę serwetką.
Kurczak, co piekłam. W śmietniku nie ma, wytknął Gerard.
O, tam nie ma, bo wyniosłam na śmietnik. Przecież nie będę go w domu trzymać!
Mąż się uśmiechnął. Dobrze, tego nie warto trzymać. Stary lis rozumiał wszystko…
… Ledwie wyjechał mąż, Bogusia zadzwoniła do mnie. Pracowałem na lodziarni przy zakładzie, dłubałem przy agregatach uwielbiała lody śmietankowe w waflu. Zawsze jej przynosiłem, karmiłem z palców, całując słodkie, okruchowe usta.
Wymigałem się z pracy, zajechałem od razu po obiedzie. O Boże, jak tęskniłem. Nie mogłem się nasycić jej ciała, żaru. Była ogniem, a dziś wyjątkowo gorącą. Znowu była moja…
Trzy dni nie spałem w domu, nie dzwoniłem do rodziców. Zniknąłem, co z tego? Byłem młody, tak mi było trzeba.
Dopiero następnego dnia rano u bramy zakładu spotkałem ojca. Stał szary, drobny raczej cień niż człowiek.
Tata, co ty tu robisz? spytałem niechętnie.
Mama trafiła do szpitala. Znów żołądek. Przyjdź… wyszeptał, gniotąc czapkę. Pamiętam ją, wytartą, znoszoną, jak zawsze.
Który szpital? spytałem zły na to odciąganie mnie od rozkoszy.
Ojciec podał adres. Obiecałem, że zajrzę, pożegnaliśmy się. Widziałem jego łzy, ale wtedy miałem to gdzieś. Mamy stale lądowały w szpitalu, cóż w tym takiego?…
Bogusia z niechęcią puściła mnie do matki, sama spakowała coś do jedzenia. Moja kochana Boguśka, czuła, serdeczna, anioł…
Mama leżała na korytarzu, na twardej leżance, miejsca w sali brakło. Ciągle ją mdliło, salowa wrzeszczała, żebym zabierał matkę stąd.
Ale gdzie mam ją zabrać?! Potrzebuje leczenia! burzyłem się. I zamilcz wreszcie, nie warcz już na moją matkę, zrozumiano?!
Mama łapała mnie za rękę, prosiła, bym się nie złościł, a ja nie mogłem. Co to za szpital, gdzie nie dbają o ludzi?! Dlaczego ja muszę marnować czas na takie bzdury?! Mam własne życie! Matka bywa w szpitalu non stop, już się przyzwyczaić powinna.
Mama powoli jadła zupę od Bogusi, chwaliła, że dobra. Siedziałem przy niej, szturchali mnie lekarze, sunęli łóżkami, jeszcze bardziej się wściekałem, zerkając nieustannie na zegarek. Jeszcze tylko dwa tygodnie do powrotu Gerarda będę musiał odejść od Bogusi.
Mamo, sama dokończysz? wstałem nagle, ustawiając jej torbę przy nogach.
Spieszysz się, synku? Jasne, jasne! Wszystko dam radę. Maks, nie przychodź jutro, tata mnie odwiedzi uśmiechnęła się, gładząc mi rękę.
Kiwnąłem głową i wyszedłem. Ja nie wiedziałem, że wszystkie jedzenie potem wyrzucą, mama nie mogła nic przełknąć, leżała dalej na korytarzu, owiewana przeciągiem, wyklinana przez salową… Wtedy nie obchodziło mnie nic, tylko Bogusia…
Wróciłem do naszego gniazdka i zobaczyłem Bogusię zapłakaną na podłodze.
Co się stało? stanąłem jak wryty w progu.
Trzęsła się, pokazywała na błyszczące ozdoby na dywanie.
Gerard przywiózł mi te kolczyki. Ostatnim razem. Chciałam je wyczyścić, bo zczerniały, stare są. A na nich… To… znów się rozdygotała To brudne. Brudne. Maks! Zabierz to z domu, słyszysz? Zabierz stąd! Nie mogą tu być! Boję się ich!
Owinęła klejnoty jakąś szmatą i wcisnęła mi do ręki.
Idź! Idź na zewnątrz, wyrzuć! Maks, ja się boję! Co teraz będzie?! szeptała, rozmazując tusz po twarzy.
Daj spokój! Umyję. Przecież Gerard spyta, gdzie są! Co tam niby na nich? No żeby cię…
Zrozumiałem natychmiast. Mąż nie bał się przynosić do domu biżuterii zdobytej nieuczciwie. Tak bywało pewnie nie raz teraz przeszedł samego siebie… Czarne, łuszczące się plamy przypominały ślady pozostające po ranie. Wielkiej ranie. Śmiertelnej…
Przełknąłem ślinę, zrobiło mi się ohydnie, jakby ubabrał mnie gnój.
Bogusia! Może trzeba to zgłosić na policję? Przecież to… wybełkotałem, ale po chwili wiedziałem, że bredzę. Ona nigdy nie zdradzi męża.
Posłusznie wyszedłem z pakunkiem i wyrzuciłem go za mur drukarni pod jej domem. Nie zauważyłem wtedy mężczyzny w krzakach, chudego i zgarbionego. A powinienem był… Od dawna nas śledził…
… Gerard i jeszcze dwóch bandziorów przyszli nocą. Dopiero co zasnęliśmy, spici i nie słyszeliśmy jak klucz szczęknął w zamku, trzy pary ciężkich butów stuknęły po parkiecie.
Obudziłem się od ciosu. W zupełnej ciemności ktoś obijał mnie pięściami, Bogusia wrzeszczała, potem ucichła.
Próbowałem się bronić, głowa bolała paskudnie, smakowałem żelazo w ustach, machałem rękoma na ślepo. Za dużo wypiłem wcześniej.
Nagle zapaliło się światło. Gerard siedział w fotelu i patrzył na mnie. Bogusia stała obok niego, z zamkniętymi oczami.
Przepraszam za kłopot powiedział jej mąż ale muszę coś odebrać. Boguśka, kochanie, pocałuj mnie, bo wrócił twój mąż!
Szarpnął ją za rękę, zgięła się, jego usta złapały jej twarz.
Gerard, on… Boguśka pokazała na mnie.
Nie chcę pokręcił głową Gerard, dał znak i znów zostałem kopnięty. Próbowałem się uchylić, odpowiedzieć, ale nie miałem już siły zużyłem ją zanim, na wino i jej czułość…
Boguśka, kochanie, a zbierz mi swoje świecidełka. Bardzo mi potrzeba.
Wstał, podszedł do mnie. Oczy już mam sine, ciężko oddychać, chyba mam złamane żebra.
A ty, robaku, na kolanka i czołgaj się, śliczny! powiedział.
Gerard… szperała przy komodzie żona. Nie ruszaj go. Sam przychodził. Dorosły jest, to nie ja… szepnęła, zasłaniając się szlafrokiem, który i tak się rozchylał. Przecież się umawialiśmy…
Bo sięgnął po zakazany owoc. Nie podoba mi się, Boguśka. Rozumiesz? Nie podoba… Jego matka w szpitalu kona, on tutaj rozkoszuje się na naszych prześcieradłach! kopnął z rozmachem. Matkę trzeba szanować. Swojej nienawidziłem, ale pochowałem ją jak królową. A ten smarkacz matkę zostawił.
Skąd ty… wychrypiałem, zakasłałem.
Skąd trzeba… Tu wszyscy pod moją podeszwą, Maksymilku. Całe miasto. Zaskoczony? Bogusia nie uprzedziła cię, kim jestem? O, dziewczyno, jednemu więcej życie złamałaś… pokręcił głową. Długo już wyrozumiały byłem, ale tego nie zniosę!
Podniosłem z trudem głowę, spojrzałem na Bogusię. W głowie mieszało się: mama, korytarz szpitalny, cień siedzącego mężczyzny na jego końcu, zapach bulionu, którym karmiła matka, wrzaski salowej, nasza z Boguśką noc, jej czułość, niewinne przyjemności, jak zwykła je nazywać… W końcu wszystko zniknęło przed lodowato niebieskimi oczami Gerarda. Pochylił się i uśmiechnął prosto w twarz.
Za późno na powrót do mamy. Nie spotkacie się już! szepnął. Zaniemówiłem ze strachu. Byłem niczym, potworem i wiedziałem, że umrę…
Gerard, no i co mam mu powiedzieć? oto otrząsnęła się Bogusia, zaczęła pakować do torby świecidełka. Przyszedł sam, nie wołałam. Dorosły już, ja nie mam z tym nic wspólnego. Tu wszystko, kochanie podała torbę mężowi.
Ten zajrzał do środka, przytaknął.
Załóż teraz te kolczyki, co ostatnio ci przyniosłem rozkazał.
O, nie pasują mi do szlafroka, Gerard! Później… próbowała się łasić Boguśka. Zamarłem.
Mówiłem: załóż! wrzasnął i pstryknął w moją stronę. Kula wbiła się w parkiet, niemal urywając mi palec.
Boguśka udawała, że szuka kolczyków, grzebała w szufladzie i bieliźnie.
Wymyśli coś! Musi! waliło mi w głowie. Ona nas uratuje, moja ukochana Boguśka!
Nie… Gerard, nie ma ich! Spójrz, tu schowałam, a teraz nie ma, pusto! rozłożyła ręce i spojrzała na mnie. To ty! nagle kopnęła mnie boleśnie, przewróciłem się na bok. Ukradłeś! Jak mogłeś?! dusiła się ze złości. Dla twojej biednej matki gotowałam bulion, a ty mnie okradłeś?! Gerard, weź tego człowieka z domu! Boże, nie ma też zegarka! Złoty, po prababci. Nie ma! Maks… pokręciła głową. Zgnilizna jesteś, a myślałam, że czysty… Gerard…
Ten zegarek Bogusia oddała lekarzowi, który robił jej aborcję. Mogłaby mieć dziecko z Maksem, ale nie chciała. Gerard bardzo chciał, ale nie mógł mieć dzieci. Nie pozwoliłby na przerwanie ciąży, nawet wiedząc, że dziecko nie jego… Zapłaciła zegarkiem za sekret, a teraz winę rzuciła na Maksa…
Gerard kazał mnie podnieść i postawić na nogi. Zapamiętałem już słabo. W głowie pozostał tylko obraz Bogusi, pięknej, namiętnej kobiety, stojącej za plecami męża, kiedy on łamał mnie na kawałki…
Nie cierpię złodziejstwa, Maksiu, powiedział mi już tam, na śniegu. Wszystko rozumiem miłość, zuchwałość, zdradzoną żonę też zrozumiem, wybaczę. Myślisz, że jej nie zdradzam? Zaśmiał się. Mam takich Bogusiek pełno. Ale nie wybaczę kradzieży. Moje to moje…
Położyłem się na zimnym śniegu, swoje gorące, głupie serce słuchało, jak odjeżdża samochód, zawodzi wiatr, śnieg siecze mi twarz. Potem został tylko stukot w skroniach. I myśl, że najukochańsza kobieta życia mnie zdradziła… Moje serce ostygło. Wyzdrowiało.
Co było dalej, już wiecie.
Leżałem u myśliwego wiele dni. Przyprowadził lekarza, opatrywali mi żebra, nogi szczęśliwie kości były całe, dzięki Gerardowym siepaczom. Ci dwaj, zupełnie obcy ludzie, połatały mnie, zszyły, dziękowałem przez zęby, tylko się uśmiechali.
Nic, bracie. Wyzdrowiejesz, jeszcze pójdziesz z życiem! powiedział myśliwy.
Po trzech tygodniach wyszedłem na dwór o własnych siłach. Oślepiło mnie pole zalane było słońcem, jakby roztopiona stal lała się blaskiem. Śnieg odbijał promienie i palił oczy. Myśliwy założył mi ciemne okulary.
A teraz idź powiedział. I pamiętaj: nie bierz, co nie twoje. Bo drugi raz możesz nie przeżyć…
Wiążąc buty, usłyszałem, jak dyskutują, ile im Gerard zapłacił za moje uratowanie. Zamarłem, spadł mi z rąk but, oparłem się o ścianę.
Co powiedzieliście? spytałem cicho.
Nic wzruszyli ramionami. Gerard to dobry człowiek. Skąpy, ale serce ma. A jego żona to dopiero żmija. Zawsze podbiera biżuterię i sprzedaje na lewo. Marzy, że kiedyś od niego odejdzie. Jak ją przyłapie, oddaje mu takich samych chłopaczków na pożarcie. Nie jesteś pierwszy ani ostatni. Bogaci tak mają. Weź teraz dla siebie taki kawałek, który możesz przełknąć. Idź, Maks. Czas ci…
Do miasta dotarłem wieczorem. Zaraz poszedłem do szpitala. Może jeszcze zdążę do mamy…
Takiego tu nie mamy. Przepraszam zamknęła mi przed nosem okienko pani w rejestracji. Może przestraszyła się mojego wyglądu.
Proszę pani! Sprawdźcie dokładnie, błagam! waliłem i waliłem w okienko, potem odwróciłem się i poszedłem do domu.
Zachód był znów czerwony, jak tam, na polu. Przestraszyłem się.
W naszym mieszkaniu paliło się światło. Oddech z ulgą, pobiegłem do klatki, kuśtykając. Długo dzwoniłem do drzwi, w końcu stanęła w progu mama, taka drobna, wychudzona. Patrzyła przerażona. Rzuciłem się jej w ramiona, zobaczyłem ojca, zapłakałem…
Bardzo się o ciebie martwiliśmy, synku mówiła mama, nakładając mi na talerz gorące ziemniaki. Ale potem zadzwonił Gerard. Powiedział, że miałeś kłopoty, ale wrócisz, tylko narazie trzymaj się z dala od miasta, bo mogą cię wsadzić…
Gerard?! upuściłem widelec.
Tak. To ktoś z ministerstwa zdrowia. Był u mnie w szpitalu, załatwił jedynkę. Maks, dziękuję, że poprosiłeś go o pomoc! Bez niego nie przeżyłabym…
Mówiła coś jeszcze, płakała, głaskała mnie po głowie, a ojciec przyglądał się badawczo. Nie wytrzymałem tego wzroku, odwróciłem się…
Po wielu latach z żoną Marią chodziliśmy po targach, szukając porządnej choinki. Zbliżał się Nowy Rok, Moja Marysia kochała żywe drzewka i ich leśny zapach, sypiące się igły, błyszczące smoliste soki.
Bazary ze świerkami były wszędzie, objechaliśmy prawie wszystkie, ale nie znajdowaliśmy tej najlepszej.
Chodźmy jeszcze tu zaproponowała Marysia, wskazując kąt ogrodzony juty. Ciemne światło podkreślało kikuty choinek, zalegające w rogu gałęzie.
Skinąłem głową. Weszliśmy. Marysia dotykała gałązek, aż z mroku odezwał się ochrypły, przepalony głos:
Najpierw kup, potem macać. Ręce przy sobie!
Z cienia wyszła kobieta w kufajce, filcowych butach, z chustą na głowie. Twarz szara, bez śladu makijażu, w oczach żal i gniew.
Poznałem ją. To była moja Bogusia. Moja pierwsza wielka miłość. Kobieta, która zostawiła na mnie blizny. Maria czasem pytała o pochodzenie blizn na moim ciele, wymyślałem głupstwa. Kłamałem, bo kochałem tylko ją i nie chciałem jej martwić. Maria była prawdziwa, dobra, uczciwa, skała, wsparcie. Stworzona z mojego żebra i zesłana przez Boga. Nie chciałem jej zranić.
Bogusia popatrzyła na mnie, splunęła. Poznała mnie…
Gerard zmusił ją, by marzła, sprzedając choinki, a sam pił szampana w restauracji. Nie bije jej, nie przeklina. Po prostu okazał się sprytniejszy. Ona straciła wszystko, kolejnych chłopców nie było czar przeminął…
Chodźmy, Marysiu ująłem delikatnie żonę za rękę. Tu są kiepskie drzewka. Pojedziemy do lasu, sami zetniemy sobie najładniejszą.
Marysia uśmiechnęła się. Ufała mi. Kochała naprawdę, a ja wciąż nie mogłem uwierzyć, że na to zasługuję…
I czy za to szczęśliwe życie mam być wdzięczny Gerardowi? Za to, że nie kazał mnie wtedy zabić? Chudy, zgarbiony Gerard mnie zwyciężył uczynił swoim dłużnikiem na zawsze. Słusznie mi tak.



