Zgubić człowieka

Haniu, wychodzę powiedział Wiktor, odchrząknąwszy, jakby obcym, pozbawionym barwy głosem.
Do garażu, tak? odburknęła mechanicznie Hanna, rzucając przelotne spojrzenie mężowi.
Nie. Haniu, odchodzę Do innej kobiety.
Niedokończone ziemniaki wysunęły się jej z rąk i odbijając się, potoczyły się pod stół. Hanna przez chwilę śledziła ich ucieczkę, próbując strawić usłyszane słowa, potem nagle odwróciła się, patrząc na Wiktora wprost. Dopiero teraz dotarł do niej sens jego wypowiedzi. Z zewnątrz mogło się wydawać, że jest spokojna jak samotna skała na środku jeziora. W rzeczywistości w jej wnętrzu rozszalała się lawina uczuć. Spadły na nią z całej siły, grzebiąc pod sobą wszystko miłość, radość i niespełnione nadzieje

Kim jest ta kobieta? spytała Hanna, tłumiąc w sobie chęć krzyku i nie rzucając się na męża z pięściami.
Nie znasz jej, Haniu Ale ona jest jest U nas wszystko jest prawdziwe, rozumiesz? Rozumiemy się bez słów i mamy ze sobą wiele wspólnego. Naprawdę wiele! powiedział oczarowany, a Hanna wyobrażała sobie, jak z satysfakcją dźga go obieraczką do warzyw.
No cóż Widać znalazłeś wreszcie swoje szczęście, gratuluję rzuciła, chowając ręce i obieraczkę pod kran, kończąc robotę. Nie muszę znać szczegółów, jesteś wolny. Idź. Na kolację nie zapraszam, pewnie ktoś już na ciebie czeka
Wiktor cicho zaszlochał ze szczęścia czy wzruszenia, trudno powiedzieć i ruszył do sypialni, by się spakować. Hanna, by nie upaść, przytrzymała się blatu zlewu, przyglądając się pobladłym kostkom palców. Marzyła tylko o dwóch rzeczach nie upaść i by on jak najszybciej zniknął

No więc To ja idę, dobrze? niemal szeptem rzucił, wycofując się ostrożnie w stronę drzwi. Odwracając się do niego, pokazała twarz niezmąconą, wręcz spokojną. On wydawał się zaskoczony spodziewał się łez albo pretensji, a tu całkowita obojętność. Parsknął i wyszedł z kuchni.
Hanna czekała na dźwięk drzwi wejściowych, a gdy je usłyszała, opadła bez sił na podłogę. Zagryzając rękę, by nie wyć, zawyła jak ranne zwierzę, które nie ma już nadziei Nadziei na życie. Dopiero po trzech godzinach, zapuchnięta, ledwo łapiąc oddech od płaczu, dotarła do sypialni i rzuciła się, ubrana, na łóżko. Świat jej pociemniał.

W środku nocy Hanna otworzyła oczy nostalgia przycisnęła ją, aż zabolało. Wspominała, jak się poznali. Młoda, naiwna dziewczyna z prowincji, przyjechała do małego miasteczka na przydział pracy i w pierwszą sobotę poszła z koleżankami na potańcówkę. To wtedy zobaczyła go pierwszy raz. Stał z grupą facetów, pilnujących porządku w miejskim parku.

Wysoki, barczysty, z szerokim uśmiechem, Wiktor wyróżniał się spośród innych postawą i męskością. Hanna spojrzała tylko raz i oniemiała. Zrozumiała, że przepadła. On patrzył na nią z lekkim dystansem i rozbawieniem. Też zapadła mu w serce ta smukła, ciemnooka dziewczyna i już tej nocy zaoferował się ją odprowadzić. Od tego dnia byli nierozłączni.

Spotykali się niemal codziennie. Po trzech miesiącach złożyli podanie o ślub w Urzędzie Stanu Cywilnego. A latem wyprawili głośne, młodzieżowe wesele. Na początku mieszkali w akademiku. Gdy Hanna urodziła pierwsze dziecko, dostali dwupokojowe mieszkanie. Szczęście ich nie miało granic. A jeszcze byli w sobie prawdziwie zakochani znali się bez słów, po oczach, ustach, plecach. Co ciekawe, nigdy się nie kłócili. Tak czasem bywa gdy ludzie pasują do siebie jak puzzle, jak plus do minusa, jak yin i yang

W zeszłym tygodniu minęło trzydzieści sześć lat ich wspólnego życia. Najgorsze było jednak myśleć, że trzydziestego siódmego już pewnie nie będzie Myśląc o tym, Hanna znowu zapłakała. Tym razem cicho, jakby żegnała wszystko, co miała: szczęście i miłość.

Poranek był szary jak jej nastrój. Jednak trzeba było wstać dom duży, gospodarstwo też. Wszystko wymaga troski i opieki. Wypiła herbatę z cukrem na ząb, nic więcej przez gardło jej nie przeszło. Zabrała się do sprzątania. Nakarmiła kury, wypuściła kozę na wybieg, umyła podłogi, zmyła naczynia porzucone wczoraj. Wszystko robiła z furią, nie dając sobie czasu na myślenie o tragedii, jaka ją spotkała. Ale był jeszcze jeden problem jak powiedzieć dzieciom. Synowi Jankowi i córce Milenie. Zebrała się na odwagę dopiero koło obiadu.

Mamo, czy on zwariował? Jak to znalazł sobie inną? Jaką inną? To chyba żart, mamo Chcesz, żebyśmy przyjechali? Zaraz przyjedziemy! martwiła się córka.
Nie, Milenko, nie przyjeżdżajcie! Co wy, zwariowaliście? Jesteś na końcówce ciąży, stresy są ci niepotrzebne. Dam sobie radę. W końcu, nikt przecież nie umarł
Syn zareagował ostro długo klął i niemal rzucał słuchawką. Hanna nawet go upomniała, żeby ojca nie lżył różne rzeczy się w życiu zdarzają. Ustalili ostatecznie, że Jasiek przyjedzie w weekend.

Po rozmowach z dziećmi Hanna odetchnęła nieco. Idąc korytarzem, zauważyła swoje odbicie w lustrze. Patrzyła na nią kobieta wyraźnie mocno przy kości, w podomce. Bez makijażu, z opuchniętymi powiekami i spękanymi ustami.

No tak Nic dziwnego, że znalazł sobie młódkę. Patrz, co ze mnie zostało. Gruba, bez fryzury, bez manicure, bez makijażu. Tamta pewnie diwa, a ja o sobie zapomniałam. Dzieci, mąż, wnuki na pierwszym miejscu. Potem kury i ogród Eh smutno przejechała dłonią po twarzy i westchnęła, wyobrażając sobie tę młódkę z mężem.
Przypomniała sobie ostatni rok. Teraz zaczęła rozumieć. To był bardzo trudny czas: ciężka ciąża córki, narodziny wnuka u syna, wieczna krzątanina i gospodarcze kłopoty. Cały jej czas pochłaniała rodzina, a dla Wiktora brakowało już miejsca. Przyjeżdżając zmęczony, jadł obiad samotnie, spędzał weekendy sam, gdy ona była z wnukami. W tym czasie musiał znaleźć chwilę, by zaangażować się w coś nowego. Hanna pamiętała, jak powoli się od siebie oddalali, ale zaganiana nawet tego nie zauważyła. A może nie chciała widzieć…

Zaczęły się dni Hanny samotne. Początki były ciężkie. Z czasem było lżej. Prosiła dzieci, by nie unikali ojca. Ich przecież nie zostawił. Dla nich jest dobrym tatą i dziadkiem. To nie ich wina. Dzieci trochę się boczyły, ale dały się przekonać. Hanna po pół roku zaczęła czuć się spokojniej. Zajęć nie brakowało gospodarstwo, pomoc wnukom. Mimo emerytury, jeszcze poszła do pracy. Schudła, zmieniła fryzurę, zaczęła lepiej wyglądać. A z czasem powrócił jej uśmiech jej najlepsza ozdoba. Bo życie toczy się dalej.

Po pół roku telefon z nieznanego numeru. A po drugiej stronie głos. Nieco zapomniany, ale nadal bliski.

Haneczko, moja ukochana Wybacz, przyjmij mnie z powrotem. Nie potrafię bez ciebie żyć. Dwa pierwsze miesiące chodziłem jak we mgle, a potem Jak tylko zamykam oczy, widzę ciebie przed sobą. Przyjmiesz mnie?
Nie. Nie przyjmę. Idź do swojej młódki. Tak się przecież rozumiecie. A mi bez ciebie całkiem dobrze odparła Hanna i się rozłączyła.
Od tego dnia zaczął się codzienny rytuał co wieczór telefon od Wiktora, prośby, piękne słowa.

Haniu, my już nie pierwszej młodości jesteśmy. Co nam dzielić na stare lata? Zły duch popchnął, każdemu się może przydarzyć. Kocham cię i kocham naszą rodzinę. Janka, Milenkę i wnuki. Chcę z wami być.
Kto ci broni, Wiktor? Kochaj dzieci i wnuki. One cię nie odtrącają. A mnie już nie potrzebujesz. Rozbitej filiżanki nie skleisz, choćbyś chciał. odpowiadała pewnie.
Dzieci, które początkowo broniły matki, teraz przekonywały, by jej wybaczyła.

Mamo, tata bardzo żałuje, to się każdemu może zdarzyć. Może byś mu wybaczyła? prosiła Milena.
No właśnie, mamo. Przebaczyłabyś. Przecież się kochacie wtórował Janek.
Nie i już. Nie namawiajcie mnie. Nie będę potrafiła z nim żyć po tym wszystkim. Zawsze będę pamiętać zdradę.
Tak więc Hanna żyła swoje pracowała, prowadziła dom, rozmawiała z dziećmi, niańczyła wnuki. Wszystko bez niego.

A Wiktor, z tą, z którą miał tyle wspólnego, już się rozstał. I wrócił mieszkać do swojej starej matki. Bardzo tęsknił za Hanną, wspominał dawne życie i żałował bardzo, że tak wszystko się potoczyło. Chyba już nic nie da się naprawić. Z tym trzeba żyć.

Aż w końcu pewnego dnia zdecydował się na gest. Pojechał do domu Hanny, gotów paść jej do nóg i prosić o przebaczenie. Może okaże serce, przyjmie go z powrotem. A jeśli nie, to chociaż ją zobaczy.

Ubrał się porządnie i ruszył w drogę. Dojechał, zapukał nikt nie otwiera. Hanna wyszła na noc do pracy, na dyżur. Zapukał jeszcze i w końcu przysiadł na werandzie, by poczekać. Zmęczony, zasnął twardym, mocnym snem. Tak dobrze nie spał od dawna może to ściany rodzinnego domu tak podziałały.

Hanna wróciła do domu o świcie, i niespodzianka. Podchodzi, a Wiktor jakby nie żył, blady w zimnym świetle poranka. Szturchnęła go zero reakcji. Uderzyła w ramię nic. Szarpnęła za ręce kompletnie nie reaguje.

O, Jezu Co za nieszczęście! Wiktorku, Kochanie, na kogoż mnie zostawiłeś, jak ja teraz bez ciebie żyć będę zawyła, padając mu na piersi
A on nagle złapał ją za ramiona i zaczął całować.

Ach, czyli kochasz, skoro mówisz kochanie. I ja cię kocham, Haneczko moja jedyna. Przebacz mi! Żyć bez ciebie nie dam rady, przysięgam padł przed nią na kolana i zasłonił twarz rękami
Ty draniu jeden! Ty łajdaku! Bezczelny! tupała go po plecach Hanna. Naprawdę myślałam, że umarłeś, że przyszedłeś tu umrzeć. Wybawiłeś się za wszystkie czasy? Już ci wystarczy?
Od tego czasu Hanna z Wiktorem pogodzili się i żyją jeszcze szczęśliwiej niż wcześniej. Kochają się mocniej, bo zrozumieli, co znaczy stracić swojego człowieka najbliższą osobę na świecie. I zrozumieli, że czasem trzeba umieć wybaczać. Duma nie zawsze jest dobra. Nawet jeśli ktoś zawinił, można w sercu znaleźć dla niego kawałek miejsca. A przede wszystkim trzeba doceniać to, co się ma, a nie płakać za utraconym szczęściem.

Taka to historia z dobrym zakończeniem.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

pięć − 3 =

Zgubić człowieka