BEZDOMNY
Wiesz co, powiem Ci coś Życie Hani totalnie się posypało. No serio, nie miała absolutnie dokąd pójść. Jeszcze ze dwie noce przemęczę się na dworcu, a co potem? gorączkowo myślała. I nagle olśnienie: Działka! Jak mogłam zapomnieć? No, działka choć to za dużo powiedziane! Raczej rozpadająca się budka. Ale lepsze to niż noc na dworcu kombinowała Hania.
Wsiadła do podmiejskiego pociągu, przytuliła głowę do zimnej szyby i zamknęła oczy. Wspomnienia ostatnich lat ciążyły jej jak kamień. Dwa lata temu zginęli jej rodzice została kompletnie sama, bez oparcia. Nie było za co opłacić studiów, więc pożegnała się z politechniką i poszła harować na bazarze.
Ale wiesz co? Po tym wszystkim los się do niej uśmiechnął spotkała miłość swojego życia. Paweł był porządnym, miłym facetem. Po dwóch miesiącach skromnie się pobrali.
No i myślała, że wreszcie wszystko się poukłada Ale nie, los znów sobie z niej zażartował. Paweł nagle wpadł na pomysł, żeby sprzedać mieszkanie po jej rodzicach w centrum Krakowa i otworzyć własny interes.
Tak pięknie jej to przedstawił, że Hania nawet przez sekundę nie pomyślała, że coś jest nie tak. Jak nam się uda, może wreszcie zostanę mamą… rozmarzyła się trochę naiwna dziewczyna.
Ale interes Pawłowi totalnie nie wypalił. Ciągłe awantury o stracone pieniądze szybko doprowadziły do kryzysu. I wtedy Paweł sprowadził inną kobietę do ich domu i bez słowa wyrzucił Hanię za drzwi.
Na początku chciała iść na policję, ale szybko dotarło do niej, że tak naprawdę to nie ma o co. Przecież sama sprzedała mieszkanie, sama dała mu wszystkie pieniądze…
***
Wysiadła na stacyjce pod Krakowem i powoli powlokła się przez pusty peron. Wczesna wiosna, jeszcze przed sezonem działkowym. Od trzech lat nikt się nie zajmował działką wszystko zarośnięte, wszystko w rozsypce… Ogarnę, będzie jak dawniej próbowała się pocieszyć, choć dobrze wiedziała, że już nigdy nie będzie tak samo.
Bez większego problemu znalazła schowany pod schodami do budki klucz, ale stara, drewniana drzwi nawet nie chciała się ruszyć. Szamotała się z nią całą siłą, ale nic nie pomagało. Siadła więc na ganku i rozpłakała się jak dziecko.
Nagle, po sąsiedzku zauważyła dym i usłyszała jakieś hałasy. Odetchnęła z ulgą może ktoś jednak tam jest! Od razu pobiegła.
Pani Halino? zawołała.
Ale, zamiast znajomej sąsiadki, w ogródku siedział starszy, mocno zaniedbany mężczyzna. Przy małym ognisku grzał wodę w brudnym garnku.
Kto pan? Gdzie jest pani Halina? Hania odsunęła się niepewnie.
Nie bój się mnie. I proszę, nie dzwon po straż miejską. Nic złego nie robię. W dom się nie wpycham, tylko tutaj w ogrodzie śpię…
Co ciekawe, miał bardzo przyjemny, trochę nawet dostojny głos. Słychać było, że to ktoś ogarnięty i wykształcony.
Jesteś bezdomny? Hania, choć trochę bezceremonialnie, zapytała wprost.
Tak, no… niestety tak spojrzał w bok. Ty tu mieszkasz obok? Nie martw się, nie będę przeszkadzał.
A jak pan ma na imię?
Jan.
A pan… Jan? dopytała.
Janusz uśmiechnął się lekko.
Hania poczuła, że choć ubrania miał zniszczone, to starał się być czysty i zadbany.
Sama nie wiem, do kogo się zwrócić… westchnęła ciężko.
Co się stało? zapytał z troską pan Jan.
Drzwi się zacięły, nie mogę wejść…
Chodź, zobaczę co się da zrobić zaoferował.
Byłabym naprawdę wdzięczna! powiedziała rozpaczliwie.
Siedząc na ławce, Hania patrzyła, jak pan Jan próbuje rozbroić drzwi. Myślała: Kim jestem, żeby go oceniać? Przecież ja też nie mam dachu nad głową…
Haniu, gotowe Janusz uśmiechnął się, pchnął drzwi i… wpuścił ją do środka. Ty tu będziesz spać?
No a gdzie, jak nie tu? zdziwiła się.
W środku jest ogrzewanie?
Powinien być piec wydukała. Ale nie miała o tym zielonego pojęcia.
A drewno? zapytał.
Nie mam pojęcia spuściła głowę.
Spokojnie. Idź do środka, zaraz coś wymyślę powiedział stanowczo i zniknął za bramką.
Godzinę później Hania ledwo zebrała w domu trochę porządku, ale i tak było zimno, wilgotno i ponuro. Była załamana i nie miała pojęcia, jak da sobie tutaj radę. Wtedy wszedł Janusz z ramionami pełnymi drewna. I o dziwo, Hania poczuła ulgę na widok tej jednej, życzliwej duszy obok.
Janusz trochę przeczyścił stary piec, rozpalił ogień i po godzinie zrobiło się znośnie.
I już. Będzie ci ciepło do rana, tylko dokładawaj drewno i rano wygasz wszystko tłumaczył spokojnie.
A pan dokąd? Do sąsiadów? spytała Hania.
Tak. Trochę tu jeszcze pomieszkam, do miasta nie chcę wracać, za dużo bolesnych wspomnień.
Panie Januszu, mogę zaprosić na kolację? Zrobimy herbata, coś zjemy razem?
Nie protestował. Usiadł na taborecie przy piecu.
Wie pani… bez obrazy, ale w ogóle pan nie wygląda na typowego bezdomnego. Czemu pan mieszka na działce? Rodziny pan nie ma?
Janusz opowiedział jej, że przez lata wykładał na uniwersytecie. Żył nauką nie zauważył nawet jak minęła młodość i został sam. A rok temu odnalazła go bratanica, która przekonała go, by sprzedał stare mieszkanie i zamieszkał w domku pod Krakowem. Tak pięknie jej to opisała, że zgodził się w ciemno.
Po sprzedaży mieszkania to ona nalegała żeby przechować pieniądze w banku. Poszli tam razem. Dał jej całą torbę z gotówką całe swoje oszczędności.
Wujku, usiądź na ławce, zaraz wrócę, wszystko sprawdzę! zapewniła.
Czekał godzinę, dwie, trzy Bratanica zniknęła. Zresztą potem okazało się, że już dawno sprzedała mieszkanie i nie mieszka tam, gdzie myślał.
Takie smutne życie westchnął Janusz cicho. Teraz śpię na cudzych działkach i do dziś nie mogę pojąć, że nie mam już domu…
Nie wierzę Ja chyba mam podobnie powiedziała z przejęciem Hania i opowiedziała mu swoją historię.
Ty jeszcze młoda jesteś, wszystko możesz zacząć od nowa. Ja przeżyłem swoje, Ty masz przed sobą całe życie próbował ją pocieszyć.
No dobra, koniec smęcenia. Kolacja czeka! uśmiechnęła się.
Przyglądała się, jak Janusz z apetytem pochłania makaron z parówkami. Tak jej się go żal zrobiło Był taki samotny, taki zagubiony.
Jak strasznie jest zostać samemu, nie mieć gdzie się podziać, i zrozumieć, że już nikomu na Tobie nie zależy… pomyślała Hania.
Haniu, mogę ci pomóc wrócić na uczelnię. Mam tam jeszcze kilku przyjaciół powiedział Janusz zupełnie niespodziewanie. Oczywiście nie mogę iść tam takim jak jestem, ale mogę napisać list do rektora. Mój dobry kolega Konstanty na pewno ci pomoże.
Serio? To byłoby cudowne! prawie krzyknęła z radości Hania.
Dziękuję za kolację, za dobre słowo. Idę już, późno wstał ciężko.
Niech pan nie idzie na dwór. Mam trzy duże pokoje, wybierz sobie jaki chcesz. Poza tym… szczerze? Będę się bała spać tu sama. Z tą starą kozą sobie nie poradzę. Proszę, nie zostawiaj mnie pan samej?
Nie zostawię odpowiedział poważnie.
***
Minęły dwa lata Hania zaliczyła sesję, kończyła drugi rok, cieszyła się na wakacje. Nadal wpadała na działkę tylko w weekendy i wolne dni.
Cześć dziadku! rzuciła wesoło, rzucając się Januszowi na szyję.
Haniu, kochana! Czemu nie zadzwoniłaś, przyjechałbym na stację po ciebie! Zdane wszystko?
Pewnie! Prawie całe na piątkę! uśmiechnęła się. Kupiłam szarlotkę, parz czajnik, będziemy świętować!
Przysiedli razem do herbaty i chwilę pogadali.
Posadziłem winogrona. Tam zrobię altankę, będzie gdzie usiąść chwalił się Janusz.
Super! Właściwie ty tu rządzisz, rób wszystko jak chcesz! Ja tylko z doskoku… śmiała się Hania.
Janusz odmienił się całkowicie. Miał dom, miał wnuczkę Hanię. Ona żyła dalej, wróciła na studia i odnalazła spokój. Życie znów nabrało sensu. Dziękowała losowi, że zesłał jej prawdziwego dziadka, który przywrócił nadzieję, gdy tego najbardziej potrzebowała.


