— Przecież mnie nigdy nie kochałaś. Wyszłaś za mnie bez miłości. Odejdziesz, gdy zachoruję… — Nie o…

Przecież mnie nie kochałaś. Wyszłaś za mnie bez miłości. Teraz mnie zostawisz, gdy zachorowałem

Nie zostawię! powiedziała Bożena, obejmując Jerzego. Jesteś najlepszym mężczyzną na świecie! Nigdy cię nie zostawię…

Jerzy nie wierzył, że to możliwe. Chmury zebrały się nad jego głową, ciasno splatając się jak supeł.

Bożena przeżyła jako żona dwadzieścia pięć lat, a choć czas płynął, nie przestała podobać się mężczyznom. Już za młodu była najbardziej pożądaną dziewczyną w swoim osiedlu na Pradze.

I nawet w podstawówce chłopcy pisali jej liściki na lekcjach, a chociaż nie była klasyczną pięknością raczej zwyczajna, ani wysoka, ani niska, z ciemnymi oczami, które błyszczały jak aksamitne guziki to wokół niej zawsze coś się działo.

Nie rozstała się z mężem, nawet jeśli nie należał do najłatwiejszych osób. No nie, Bożena była z Markiem aż do końca jego drogi. Córka, Wioletta, już dorosła wyszła za mąż za Włocha, wyjechała do Mediolanu i stamtąd przysyła kolorowe zdjęcia i zachęty do odwiedzin. Tak jakoś nie pojechali z Markiem. Może w końcu Bożena poleci Ale Marek już nie zdąży.

Zginął głupio, w wypadku samochodowym. Potem mówili, że pewnie zasłabł za kierownicą serce albo lęk, trudno stwierdzić.

Może zemdlał? zastanawiała się Bożena.

Teraz już nie dojdziemy. westchnęła lekarka, przyjaciółka Jolanta. Przyczyna: rozległe urazy, nie do pogodzenia z życiem.

Bożena trwała w szoku. Jolanta pomogła wszystko załatwić, obiecując, że przejmie formalności.

Marek został pochowany, a Bożena została sama w wielkim domu, który przez życie razem budowali.

Dom dla dwojga, a kiedy przyjeżdżali goście, to nawet nie taki duży. Ale dla jednej kobiety, w tej pustce ogromny, ciężki jak słoń z porcelanową skórą.

Dom, wiadomo, domem W nim przyda się silna, męska dłoń…

Wioletta przyjechała pożegnać się z ojcem. Poruszyła temat sprzedaży domu, kupna mieszkania, a może przeprowadzki mamy do niej, do Włoch.

O nie! zawołała Bożena. Nie po to przez całe życie cegła po cegle ten dom stawiałam, by teraz go opuścić. I wasza Italia? Znam te wasze klimaty

Mamo!

Oj, ty naiwna, Wiolu! uśmiechnęła się Bożena przez łzy. Żartuję przecież.

Skoro żartujesz, to chyba jednak nie jest tak źle.

Sytuacja była ambiwalentna jak sam zmarły Marek. Z jednej strony troskliwy, kochający; z drugiej człowiek nastroju. Potrafił Bożenie dać się we znaki w gorsze dni. Potem przepraszał, a Bożena pogodna dusza nie wspominała długo złych chwil. I tak to szło. Dwadzieścia pięć lat! Można zwariować

Wioletta posiedziała trochę, ale zaraz musiała wracać mąż pracował, dom czekał. A Bożena została sama.

Chociaż znała siebie wiedziała, że ta samotność długo nie potrwa.

Tak się stało. Przepłakała pół roku, a otworzywszy znów oczy na świat zobaczyła, że pod domem już zebrał się lekki orszak adoratorów.

Sama mama Bożeny nieraz dziwiła się tej popularności córki.

Czym ty przyciągasz tych facetów? Padaliby pod drzwiami, gdybyś im pozwoliła! A nie jesteś przecież gwiazdą filmową Albo coś przegapiam?

Dobra dusza, mamo. mrugała Bożena, poprawiając szminkę. Uroda nic nie znaczy. Kobieta musi mieć to coś, być czarującą, mieć charakter.

A idź już, babo śmiała się matka. Jeszcze ci kawaler ucieknie.

Przynajmniej nie będą się nudzić zbywała to Bożena, wzruszając ramionami.

Minęło prawie trzydzieści lat od tej rozmowy z matką, a niewiele się zmieniło. Kobiety narzekają, że po czterdziestce nie ma już na kogo wyjść, a Bożena akurat miała dwóch narzeczonych i dwóch dobrych.

Serce ciągnęło ją do Pawła. Był elegancki, czarujący, wysoki brunet z wyraźnym spojrzeniem. Z nim można było pogadać jak z nikim, i na przyjęcie iść bez obaw o kompromitację.

Pawieł był mistrzem słowa, Bożena zakochała się w nim uszami, ale doświadczenie szeptało: nie ten do domu, nie ten na resztę życia.

Drugi, Jerzy, prosty, silny facet z Pruszkowa. Potrafił wypić kubeł piwa, ale wszystko, czego się tknął, było naprawione. Złota rączka, ugodowy charakter, a jednak z kręgosłupem wewnętrznym.

Dla żony łagodny jak baranek, ale w potrzebie góry przeniesie. Bożenie podobał się mniej irracjonalność kobiecego serca.

Raczej milczący, gdy trzeźwy, choć pod wpływem opowiadał kawały i wspierał rozmowę. Pić potrafił sporo, ale rano już pracował, oblewał się zimną wodą i brał się do roboty. Zdecydowała się na niego i dobrze.

Pawła zabolała porażka czaru i odszedł w ciszy.

Bożena poślubiła Jerzego, a ten był po prostu wniebowzięty. Na weselu wypił o kilka kieliszków za dużo, śpiewał i tańczył jak senny bocian z marzeń.

Ty to masz szczęście! mówiła Jolanta. Minął ledwo rok od śmierci Marka, a ty już w nowym związku. A inne kobiety szukają faceta ze świecą.

A powiedz jeszcze: Co oni w tobie widzą, przecież nie jesteś pięknością!

Ale fakt, od zawsze byłaś podejrzanie popularna.

Sama nie wiem, Jolciu, co oni znajdują. Pogadaj z mamą, ona lepiej rozumie te tajemnice.

Bożena puściła oko do przyjaciółki i poszła tańczyć z mężem. W środku rozpędzała resztki wątpliwości jak śnieg na wietrze.

I co z tego, że Jerzy taki zwyczajny? Za to silny, pracowity, przystojny na swój sposób. I ten jego spokój może cisza jest lepsza niż puste słowa.

A jeśli wybrałaby Pawła? Czy z pięknych zdań na oliwie upiekłaby kotleta?

W ciągu kilku miesięcy Jerzy przemienił ogród Bożeny w zaczarowany sad, powyrywał stare drzewa, wyznaczył grządki, zbudował altanę, ławki, a w domu wszędzie czuć było męską rękę.

Wybrałaś dobrze, dziewczyno myślała Bożena, patrząc na misternie położone drewno, na kwiaty i grządki.

Do tego Jerzy zarabiał, a wszystko próbował Bożenie umilić drobnymi prezentami.

Porównując krótkie małżeństwo z ćwierćwieczem u boku Marka, żałowała, że Jerzego nie spotkała nigdy wcześniej.

W cieplejsze wieczory grillowali w altanie, jedli szaszłyki, a Bożena mrużyła oczy jak kot po misce śmietany. Jerzy patrzył na nią z czułym uśmiechem.

Czego się patrzysz, Jerzyku?

Nic. Po prostu cieszę się.

Pierwsza żona Jerzego była nudziarą. Już nie sądził, że spotka taką jak Bożena.

Przez cztery lata cieszyli się szczęściem. Potem Jerzy zaczął czuć się dziwnie. Szybciej się męczył, chudł bez powodu. Po wypiciu kilku piw całą noc męczyły go złe sny.

Jerzyku, musisz iść do lekarza! biła na alarm Bożena. Co ty czekasz? Przecież widać, że coś nie tak!

Daj spokój, Bożenko Przejdzie samo.

Co to za średniowiecze? A jeśli nie przejdzie? Chyba nie boisz się lekarzy jak większość facetów?

Nie.

Jerzy nie chciał mówić, czego się boi a bał się tylko jednego: że Bożena odejdzie, jeśli okaże się naprawdę chory. Że nie zostanie z nim, kaleką.

Nie był głupi. Widział, że Bożena wyszła za niego bardziej z rozsądku niż z wielkiej miłości. Ale on ją kochał! Od pierwszej chwili, kiedy w sklepie szukała portmonetki i nie mogła jej znaleźć. Ta jej bezradność była rozczulająca, chciało się ją objąć i chronić przed całym światem.

Jego mama, Janina, zagadkowo skomentowała ich związek:

Synku, żyj jak chcesz, ale co ty w niej widzisz? Nie jest najładniejsza, wiek już nie młody. A ty jeszcze jesteś na chodzie, każda młoda by za tobą poszła!

Ale Jerzy nie chciał nikogo poza Bożeną. A teraz, gdy był słaby czy już niepotrzebny swojej żonie?

Nie dała się namówić na szpital. Była sobota, w odwiedziny przyszła Jolanta z mężem, Wiesławem. Jerzy i Wiesiek popijali piwo, smażyli kiełbaski, a w kuchni Jolanta rzuciła:

Z Jerzym coś nie tak?

Sama nie wiem! wybuchła Bożena. Błagam, idź z nim pogadać, przecież jesteś lekarzem. Może ciebie posłucha?

Jolanta spojrzała uważnie.

Bożeno kochasz go naprawdę? Pamiętam twoje rozterki…

Bożena zagryzła wargę i milczała.

Nie zdążyła, bo Jerzy zemdlał przy stole. Pogotowie, szpital. Bożena całą noc trzymała go za rękę w tej białej, pachnącej lizolem sali i modliła się, żeby wszystko było marzeniem, z którego można się wybudzić.

Operacja niemal natychmiast.

Guz wątroby.

Nowotwór?! przestraszyła się Bożena.

Czekamy na wyniki.

Okazało się, że guz był łagodny, ale znacznych rozmiarów. Jerzy przeszło bardzo trudną operację, lekarze ostrzegli powrót do pełni sił będzie długi, a może i niezupełny.

Jerzy popadł w fatalny nastrój. Zjawiała się mama z domowym rosołem i parowanymi pulpetami.

Synku, co z tobą! pokręciła głową Janina. Żyjesz, choroby śmiertelnej nie ma, powinieneś się cieszyć, a ty tu leżysz i wzdychasz. No, jedz!

Nie chcę.

Musisz! Bożena przychodzi?

Przychodzi jeszcze.

Jeszcze? Boi się, że cię zostawi? Jeśli tak, to głupota!

Nic mi już nie wolno. Nawet do pracy nie mogę. Komu potrzebny inwalida?

Co ty tu bredzisz? powiedziała Bożena, stając nad łóżkiem. Witaj, pani Janino.

Idę już. Cześć, Bożeno. I trzymajcie się.

Bożena umyła ręce, podeszła bliżej, dotknęła jego pleców.

No, inwalidko, czemu się złościsz? Ręce nogi masz, reszta dojdzie. Wiesz, że wątroba się regeneruje? Jeśli zostaje ci z niej ponad połowa, to wszystko wraca do normy. U ciebie zostało sześćdziesiąt procent będzie dobrze!

A jeśli nie?

Co?

Czy mam jeszcze czas

Co ty powiadasz? Przecież lekarze by mi powiedzieli, gdyby było źle!

Nie o to mi chodzi

Wypisali Jerzego. Nastał najtrudniejszy czas: po każdym wysiłku był zmęczony jak po biegu maratońskim. To go najbardziej bolało.

A wkrótce miał być jego jubileusz, który teraz kojarzył się z melancholią nic nie zjeść, nie wypić, cóż za radość!

Bożena ignorowała wszystko: jadła dietetyczne rzeczy z nim, jakby jej to nic nie robiło.

Bożenko… zdobył się w końcu na pytanie. I co z nami będzie?

Ale o co chodzi?

No, tak wolno wracam do zdrowia Zostawisz mnie? Powiedz szczerze.

Dlaczego miałabym? Przecież z tobą jest mi po prostu dobrze.

Bo gdy mogłem pracować, było łatwiej Teraz? Nawet ze sobą mi ciężko.

I głupio! Weź się w garść.

Staram się! Ale co to za życie! Dwa machnięcia młotkiem i jestem padnięty!

Objęła go od tyłu i przytuliła policzek do karku.

Kocham cię i nie zostawię nigdy. A z powrotem do zdrowia się nie śpiesz. Wszystko w swoim tempie.

Naprawdę?

Najprawdziwiej.

Bożena nie zostawia Jerzego. Wraca do zdrowia wolno, cegiełka po cegiełce.

Jubileusz był inny: bez alkoholu, ale przyjaciele przyszli, zjedli grilla w altanie, zagrali w planszówki.

Z żoną ci się trafiło, Jerzyku śmiali się kumple.

Po waszym wyjściu pewnie napijecie się za moje zdrowie? mrugnął złośliwie.

Pośmiali się, rozeszli do domów. Wieczorem Bożena z Jerzym usiedli na schodkach ganku, patrzyli na gwiazdy, szczęśliwi. Tego wieczoru Jerzy po raz pierwszy od miesięcy poczuł, że wraca do życia.

Poczuł, że życie będzie trwać. I że żona na pewno go nie zostawi. Przytulił ją mocniej.

O co chodzi, Jerzyku?

Wszystko dobrze! odparł.

No nareszcie uśmiechnęła się Bożena i musnęła go w policzek.

Byli szczęśliwi.

Kochani, jeśli chcielibyście czytać więcej takich historii zostawcie komentarz i nie zapomnijcie o kciukach w górę. To dla nas wielka radość do dalszego pisania!

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

16 − jedenaście =

— Przecież mnie nigdy nie kochałaś. Wyszłaś za mnie bez miłości. Odejdziesz, gdy zachoruję… — Nie o…