Zorientowałam się, że mój były mąż mnie zdradza, bo nagle zaczął zamiatać ulicę. Brzmi absurdalnie, …

Wiesz co, odkryłam, że mój były mąż mnie zdradza, bo zaczął zamiatać ulicę! Wiem, jak to brzmi totalnie absurdalnie, ale u nas dokładnie tak to się zaczęło. On był elektrykiem. Pracował głównie z domu, miał swój warsztat w garażu, cały czas biegał z kablami, narzędziami, odbierał klientów. Nigdy nie należał do tych, co zaraz się rzucą do sprzątania. Nie to, że był leniwy, po prostu to nie było jego. Gdy miał chwilę wolnego, odpalał sobie telewizor, pił piwo z sąsiadem Kazikiem albo robił karkówkę na grillu. Na swój sposób typowy spokojny facet. Nie imprezował, nie był wybuchowy, do podejrzeń zawsze był ostatni.

Nasza ulica, taka typowa polska szeroka, z topolami i kasztanami po bokach, zawsze pełno liści, a po deszczu błoto i piach. Zamiatanie praktycznie codzienność. Zwykle ja się tym zajmowałam, zwykle rano, gdy tylko nastawiłam wodę na herbatę i szykowałam śniadanie. On w tym czasie był zajęty swoimi sprawami.

Aż do pewnego momentu kiedy naprzeciwko wprowadziła się nowa sąsiadka. Ta chałupa zresztą cały czas się wynajmowała i ciągle przewijali się tam ludzie. Nikogo to nie dziwiło.

Parę miesięcy po tym, jak Basia się wprowadziła, mój mąż, Tomek, nagle zaczął mówić:
Nie martw się, kochanie, dzisiaj ja pozamiatam przed domem.

Na początku pomyślałam, że miło z jego strony. Ja miałam wtedy więcej czasu na ogarnięcie kuchni, łazienki albo żeby zrobić pranie. I w ogóle go wtedy nie sprawdzałam zero powodu.

Ale nagle zaczął to robić codziennie. I zawsze o tej samej porze siódma rano! Ani minuty wcześniej, ani później. Zauważyłam, bo wcześniej nawet na pracę nie miał jednej, konkretnej godziny.

No i któregoś dnia, tak z czystej ciekawości, patrzę przez okno a on stoi z tą miotłą i praktycznie nic nie robi, tylko gada i śmieje się do Basi. Przypadek, myślę. Ale następnego dnia powtórka. I kolejnego dnia to samo: ona wychodzi, kiedy on wychodzi.

Zaczęłam się temu bliżej przyglądać. I widzę, że to nie tylko rano. W sobotę mówi mi, że idzie na piwo z kumplami normalka. Ale coś mnie tknęło i spoglądam przez zasłonę: Basia wychodzi równo z nim, rzuca na cały głos:
O, dzień dobry, sąsiedzie! Udanej zabawy!

On odgrywa rolę, że przypadek, a ona już:
No patrz, ja też idę w tę stronę!

I poszli sobie razem.

Tydzień później oznajmia, że idzie grać w piłkę. Też się rzadko zdarzało. I znowu wychodzi on, chwilę potem ona, w tym samym kierunku, przez telefon coś tam niby ustala.

Nie miałam dowodów, żadnych wiadomości, żadnych zdjęć tylko te powtarzające się schematy i przypadki, które już nie były przypadkami.

Aż w końcu nie wytrzymałam. Nie pytałam, tylko od razu mu walnęłam prosto z mostu:
Wiem, że masz romans z sąsiadką.

Zrobił wielkie oczy. Najpierw próbował się wyłgać, ale już mu powiedziałam:
Widziałam was codziennie. Daj spokój, nie kłam.

Zamilkł, spuścił głowę i w końcu przyznał:
Tak, jestem z Basią. Zakochałem się.

Wyrzuciłam go od razu. Dzieci nie mieliśmy, więc nie było z czym się szarpać. I wyobraź sobie najśmieszniejsze (albo najsmutniejsze) było to, że przeprowadził się dokładnie do niej, do tej chałupy naprzeciwko.

Ale nie zabawili tam długo może z dwa miesiące. Potem nagle się wynieśli. Nikt nie wiedział, o co poszło. Wyjechali z miasta i więcej o nich nie słyszałam. Sąsiedzi plotkowali, rodzina też była zaciekawiona, ale ja już nawet nie chciałam tego słuchać.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

sześć + 17 =

Zorientowałam się, że mój były mąż mnie zdradza, bo nagle zaczął zamiatać ulicę. Brzmi absurdalnie, …