KIEŁBASIASTY ZŁODZIEJ
Nie sposób było nie zauważyć tego kota. Bo jak tu nie zwrócić uwagi, gdy własny futrzak podkrada kiełbasy w niewielkim, osiedlowym sklepie spożywczym w centrum Krakowa? I robił to w taki sposób, że zamiast się złościć, właściciel czekał z niecierpliwością na każdy występ, a wszystko nagrywał na komórkę. Wieczorem pokazywał filmy żonie i oboje śmiali się do łez. Ale zacznijmy od początku.
Kot, któremu sklepikarz nadał dumne imię Maciej, zawsze przysiadał przed szklanymi drzwiami sklepu na Grodzkiej, udając, że jedynie odpoczywa dopołudniowym słońcem, a nie kombinuje niczego złego. Czujnie rozglądał się wokół, żeby upewnić się, że nikt go nie obserwuje. Tymczasem właściciel sklepu, pan Stanisław, ukrywał się za ogromną lodówką z serami, trzymając telefon w ręku, gotów chwycić każdą sekundę tego osobliwego spektaklu.
Maciej, bardzo ostrożnie, przekraczał próg i szedł pewnym krokiem prosto do półki z kiełbaskami śląskimi. Tam nagle przyspieszał, łapał parówkę lub krakowską suchą i czmychał ile sił, ale… …czując głód, zatrzymywał się już kilka metrów dalej na parkingu przed sklepem aby natychmiast zabrać się do jedzenia.
Wtedy pan Stanisław wychodził z zaplecza, ale nie podchodził bliżej, tylko wołał:
I jak, smakuje?
A kot, oblizując pyszczek, spoglądał w górę i przeciągle miauczał.
No to chwała Bogu odpowiadał sklepikarz. Wpadaj częściej, Maćku.
Pewnie dziwi was, że w tym sklepie kiełbasy leżą tak sobie, poza lodówką, układane po kawałkach, tuż przy wejściu. Ale tu nie było żadnej tajemnicy: pan Stanisław słynął z dobrego serca. Postanowił dokarmiać kota, który kiedyś zjawił się pod sklepem chudy i zmarnowany, lecz stanowczo odmawiał brania jedzenia z rąk człowieka. Tak sklepikarz wpadł na sprytny pomysł.
Początkowo kładł parówki tuż przy wejściu, by Maciek taki właśnie dostał przydomek złodziejaszka mógł samodzielnie „upolować” swój posiłek, uczciwie zdobywając zdobycz. Z biegiem dni, pan Stanisław przesuwał kiełbaski coraz dalej, głębiej w sklep, aż utworzył mały „punkt karmienia” nisko, tuż przy półce z innymi wędlinami.
Z czasem Maciek stał się sklepowym bywalcem. Mógł wchodzić do środka, wyszukiwać, co mu się podoba i wychodzić, ale wiecie jak to bywa w snach: kradzione zawsze bardziej smakuje. Wkrótce pojawiły się obok sklepu miska z wodą, najlepsza karma i plastikowy pojemnik z piaskiem, a obok nich niewielka budka z kocem. Mimo tych udogodnień, Maciek pozostawał nieufny i nie dawał się głaskać, choć rozmowy podejmował chętnie.
Właściciel często towarzyszył Maćkowi podczas jego „zdobyczy”, rozmawiając z nim, a kot przerywając jedzenie odpowiadał pełnym powagi miauczeniem. Jednak od jakiegoś czasu dręczyło Stanisława jedno pytanie: Maciek wyraźnie przytył i wypiękniał, nie potrzebował już kradzieży, lecz codziennie po dwa-trzy razy kradł parówkę i czmychał za róg.
Nie mogąc dociec, co dalej się dzieje, pan Stanisław kupił niewielką kamerę z dobrym zasięgiem i połączył ją z komputerem w biurze. Pewnego dnia zagadka została rozwiązana: spod niskiego okienka piwnicznego wyskoczył rudy, drobny kociak, który rzucił się na parówkę przyniesioną przez Maćka.
I jutro, słyszysz? Jutro masz sprowadzić ich do domu! krzyczała wieczorem wzruszona żona Stanisława, rozcierając łzy, ale… … łatwiej złapać dorosłego Maćka, który spał już w sklepie, niż wyłowić nieufnego kociaka z ukrycia.
Długo w kamerze właściciel oglądał, jak mały rudy podbiegał do miski z wodą, kładł się w psiej budce, ale na każdy krok człowieka reagował paniczną ucieczką w krzaki. Aż któregoś popołudnia sklepikarza zbudził dziwny dźwięk dobiegający zza drzwi wejściowych. Było cicho, żadnych klientów. Ze zdziwieniem zobaczył na progu rudego kociaka, który rozpaczliwie miauczał.
Maluszku, co się stało? zapytał zaskoczony Stanisław.
Kociak spojrzał w oczy, obrócił się i popędził za róg. Tam, na zimnym betonie, leżał Maćko i cicho jęczał psisko ugryzło go w prawą tylną łapę. Udało mu się wyrwać, lecz rana była głęboka. Rudziel wygłosił swoje miauknięcie przy boku przyjaciela, domagając się pomocy.
A niech to Kraków pochłonie… westchnął sklepikarz, zdejmując kurtkę, w którą delikatnie zawinął Maćka. Rudego kociaka wsunął do obszernej kieszeni marynarki. Zatrzasnął drzwi sklepu na klucz i ruszył samochodem w stronę weterynarza.
Pięć godzin spędzili na lecznicy na ulicy Dietla, gdzie lekarz zszywał łapę Maćkowi. W tym czasie Stanisław zaprzyjaźnił się z rudym kociakiem, którego nazwał Iskrą bo był żywy, skoczny i pełen radości jak płomień z kominka.
Wieczorem sklepikarz przywiózł do domu nieco jeszcze śpiącego po narkozie Maćka oraz rozbrykaną Iskrę. Żona była w siódmym niebie, a jak wiadomo, szczęśliwa Polka natychmiast dzwoni do wszystkich koleżanek rozmowy w kuchni trwały do późna, pełne rad, śmiechu i wzruszenia. Gdy w końcu odłożyła telefon, cała trójka Stanisław, Maćko i Iskra spali w poprzek łóżka.
Ładne rzeczy szepnęła pół żartem żona. I gdzie ja mam się położyć?
Ale Iskra ochoczo podsunął się bliżej, przytulając się do niej i miękko udeptując łapkami pierzynę.
Tak oto odnaleźli swój dom. Dwa duże, leniwe koty dziś wcale nie przypominają dawnych, dzikich bezdomniaków. Czasem Maćko, z przyzwyczajenia, liże Iskrę za uszkiem, a młodszy odwdzięcza się przeciągłym mruczeniem.
A po drugiej stronie ulicy, tuż przy sklepie z butami, zadomowiła się szara kotka. Sprzedawczyni z obuwniczego regularnie wpada do sklepu Stanisława po resztki wędlin dla swojej podopiecznej. Może kiedyś zabierze ją do siebie? Może pewnego razu wszyscy znajdą dom?
A wtedy koty będą już taką rzadkością w Krakowie, że trzeba będzie się po nie ustawiać w kolejce i zdawać specjalny kurs odpowiedzialnego opiekuna?
A co wy na to? Być może właśnie tak się stanie…


