Dziś znów nie mogę zasnąć, tyle myśli kłębi mi się w głowie Czy naprawdę ślub mojej córki Marty stoi pod znakiem zapytania? Jestem przerażona. W domu atmosfera gęsta jak śmietana, wszyscy chodzimy wściekli albo zapłakani, a przyszły zięć, Michał, zachowuje się jakby świat miał się dla niego zaraz skończyć. Do ceremonii zostały tylko dwa tygodnie, zamiast radości mamy wojnę nerwów. A przecież to miało być dla niej szczęście
Gdyby ktoś mi jeszcze tydzień temu powiedział, że największym problemem okaże się mieszkanie Zrobiliśmy wszystko, by dać im dobry start. Wzięliśmy wszystkie oszczędności, sprzedaliśmy nasz ukochany działkowy domek nad Jeziorem Rożnowskim, a nawet garaż w centrum Krakowa, żeby tylko wystarczyło. Udało się kupiliśmy dwupokojowe mieszkanie na Kurdwanowie jako prezent na nową drogę życia. Oczywiście zapisaliśmy wszystko na Martę, przecież to moje dziecko. Ale tak naprawdę, skoro będą rodziną, to czy to ma jakieś znaczenie?
Teraz, kiedy wspominam rozmowy z mężem, wydaje mi się, że wszystko zrobiliśmy zgodnie z sercem przecież to dla nich. Ale mieszkanie stoi puste, ściany obdrapane, podłogi w fatalnym stanie, okna pamiętające Gierka Nie mamy już złotówki, a przecież trzeba to wszystko wyremontować, umeblować, podłączyć nową instalację elektryczną i wodno-kanalizacyjną. Mąż powiedział Michałowi, żebyśmy połączyli siły, zrobili remont razem żeby młodzi jak najszybciej mogli się wprowadzić. Ale Michał od razu zaprotestował.
Jego zdaniem, nie zamierza inwestować w mieszkanie, które jest własnością Marty. Może kupić lampę, szafkę, ale większych wydatków nie zamierza ponosić. Uważa, że sami powinniśmy sfinansować remont. On woli odkładać na swoje mieszkanie żeby zawsze mieć coś swojego. Czułam się, jakby kubeł zimnej wody wylał mi się na głowę.
Powiedziałam więc: Jeśli to cudze mieszkanie, skoro zamierzasz w nim mieszkać, to powinieneś płacić czynsz, jak za wynajem. A on tylko się uśmiechnął i kiwnął głową. Od tamtej pory tylko jeszcze mocniej czuję ten bezsens.
Martusia jest wykończona nerwowo, cała we łzach, tłumaczy, że jej na mieszkaniu nie zależy, że może nie potrzebować włoskich kafelków, nawet nie musi mieć ciepła w kranie byle tylko był spokój. Ale widzę, że ją boli, jak Michał podchodzi do sprawy. Ona by dla niego nieba przychyliła, a on już dba tylko o własne interesy. Jeszcze ślubu nie było, a już podział majątku i rozważanie o rozwodzie!
Czy to ja jestem staroświecka, że uważam, iż mężczyzna powinien chcieć zainwestować w rodzinę, we wspólne życie, nawet jeśli coś formalnie należy się tylko żonie? Czy Michał ma rację czy tak wygląda odpowiedzialność w dzisiejszych czasach? Sama nie wiem Próbuję sobie wyobrazić, co bym zrobiła na jego miejscu, i nic nie wydaje mi się proste ani oczywiste. Może po prostu boimy się o przyszłość, a może straciliśmy już umiejętność bycia razem mimo wszystko.



