Zdrada rodzonych dzieci Daria po raz kolejny z zachwytem patrzyła na swojego brata i siostrę. Jacy …

Zdrada własnych dzieci

Kiedyś ze wzruszeniem patrzyłem na swoją siostrę i brata jakie oni byli piękni! Wysocy, czarnowłosi, o niebieskich oczach, jak z reklamy. Znowu im wręczano nagrody, znów wygrali jakiś konkurs. Wstałem, żeby być pierwszy i pogratulować. Kulejąc na prawą nogę, ruszyłem w ich stronę. Uplotłem im z włóczki dwa zajączki jeden w spódniczce, drugi w kraciastych spodenkach. Chciałem im podarować. Byłem niezgrabny, bardzo korpulentny, rzadkie włosy ledwo spięte spinką, na ustach błąkał się niewinny uśmiech. Ewelina i Marek udawali, że mnie nie widzą. Starałem się przecisnąć do nich przez tłum ludzi.

Przepraszam, to moje rodzeństwo, proszę przepuścić! mówiłem głośno i z entuzjazmem.

Ewka, jakaś gruba dziewczyna twierdzi, że jest waszą siostrą. To prawda? zagadnęła Ewelinę jej koleżanka, blondwłosa Lena.

Ewelina rzuciła okiem za siebie i zobaczyła mnie.

Co za wstyd! Przyniosła się tu, pewnie mama jej powiedziała. Głupia gruba! pomyślała.

Na głos odparła tylko:

Nie, oczywiście! Mam tylko jednego brata Marka.

Od razu wiedziałam! Chyba chce się przylgnąć do sławy, jakaś ona dziwna, jeszcze te zabaweczki wciska prychała Lena.

Pewnie nasza lokalna fanka. Weź od niej te zajączki, Lena. My z Markiem już lecimy! rzuciła Ewelina, wysyłając całus w powietrze. Chwyciła brata za rękę i przeciskali się przez tłum.

Lena odebrała ode mnie zajączki, obiecując, że przekaże.

Super, poczekam na was w domu i upiekę drożdżówki! obiecałem cicho, ruszając kulejąc do wyjścia.

Masz, przekazałam ci to. Powiedziała, że w domu czeka, drożdżówek napiecze. Sama jak drożdżówka wygląda. Ewka, naprawdę to nie wasza rodzina? Czego ona od was chce? dopytywała Lena.

Nie! Nie znam jej! Mnóstwo ludzi do nas się przypina, do sławy się pchają. Chodźmy już! rzuciła Ewelina, wrzucając zajączki do kosza na śmieci.

Oszukała koleżankę. Bo rzeczywiście byłem ich bratem. Przybranym. Mama Eweliny i Marka, pani Irena, zabrała mnie do siebie, gdy zginęła moja dalsza krewna. Wrócili z wakacji i zostałem sam. Mały, z urazem nogi. Pani Irena była moją bardzo daleką rodziną ledwie siódma woda po kisielu, inne nazwisko. Bliżsi krewni odmówili, to ona mnie przygarnęła. Przedtem przeszła istną burzę w domu. Jej mąż i dzieci szaleli na wieść o przyszłym bracie.

Mamo, nie bierz go! Gruby, kulawy, dziwny. Wstyd się z nim pokazać!

Kochani, żal mi dziecka. Z psami i kotami się nikt nie pieści, a tu człowiek mały, samotny… Mamy duży dom, nikomu nie będzie przeszkadzał tłumaczyła Irena.

Nie mieli wyjścia i się zgodzili. To od mamy pochodziły pieniądze była kierowniczką sklepu. Ojciec był jej zastępcą, niewiele się wysilał. Miał wieczne przygody na boku, o których mama pewnie wiedziała, ale milczała bo jej Leon był jak z okładki i dzieci też takie były.

Dorastałem osobno. Byłem jak bułeczka pulchny, z dołeczkami w policzkach, bardzo dobry. Ale bawiłem się sam. Brat i siostra nigdy mnie do zabawy nie zapraszali. Za wszystko mnie obarczali. Marek rozbił drogą wazę zwalili winę na mnie. Ewka rozwaliła mamie sweter, przypięła do gwoździa znów wszystko na mnie.

Nie tłumaczyłem się. Kiwałem głową i przepraszałem. Wiedziałem, kto zawinił, ale nie chciałem, by na rodzeństwo się mama gniewała, byli przecież tacy piękni!

Mama mnie nie karciła. Ojciec za to emanował jadem.

Po coś ty do domu tego straszydła wziąła! Wstyd przed gośćmi! Chodzi krzywo, waży jak cielak. Dzieci mamy cudne, a to do kontrastu trzymasz? Inni byli mądrzejsi, nie wzięli. A ty Przyczepiło się i tyle. Kto go zechce, jak dorośnie? wybuchał Leon.

Podsłuchiwałem za drzwiami, potem długo patrzyłem w lustro. Nie lubiłem swojego odbicia, chciałbym być równie piękny jak Marek i Ewka.

Chodziliśmy do różnych szkół. Bliźniaki wymogli na mamie, że kiedy będziemy razem przestaną przynosić dobre stopnie. Most między nami całkiem zadrżał, a mama nie mogła już nic zrobić.

Czas płynął. Marek i Ewelina wyjechali na studia. Ja poprosiłem mamę, żebym mógł zostać w domu.

Synku, możesz iść na dowolną uczelnię, wszystko opłacę! Chcesz być projektantem, tłumaczem kim marzysz? ściskała mnie Irena.

Przytuliłem się do jej policzka jak kot, a ona od razu miękła. Własne dzieci rzadko ją przytulały, i to niechętnie. Między nami był jakiś nierozerwalny rdzeń czułości.

Zawsze czekałem na mamę z pracy. Nawet gdy późno wracała, stałem w ogródku lub siedziałem na kanapie w przedpokoju. Mąż i dzieci zajęci swoimi sprawami, nie zniżali się nawet do przywitania. Gdy mama zwróciła uwagę, Ewka wykrzyczała:

Mamo, my mamy co robić! A ten głupek czeka, bo nie ma co innego do roboty i o niczym nie marzy!

Spuściłem wzrok i szepnąłem do mamy:

Mamo, mogę leczyć zwierzęta? Psy, koty, chomiki, wieprzki Chcę być weterynarzem. U nas w mieście można się kształcić.

Nic dziwnego zawsze do domu znosiłem jakieś zwierzaki, one były moją rodziną. Wyciągałem je z tarapatów, leczyłem, oddawałem w dobre ręce. Tylko jeden pies, wielki kudłacz Burek, został z nami na stałe. Ewelina narzekała, chciała rasowego psa, ale mama stanęła po mojej stronie.

Tak sobie żyliśmy. Gdy zdrowie Ireny pogorszyło się, musiała zostać w domu. Ojciec, widząc, że pieniądze się kończą, przeniósł się do sąsiadki właścicielki salonu fryzjerskiego.

Dzieci przyjeżdżały tylko wtedy, gdy potrzebowały pieniędzy. Mama miała jeszcze oszczędności. Z nią zostałem tylko ja. Kulawy, ale troskliwy gotowałem, masowałem, parzyłem zioła. Wieczorami siedzieliśmy pod jabłonią, piliśmy herbatę. Wtedy byłem najszczęśliwszy na świecie.

Ewelina i Marek założyli rodziny. Mama pomogła im kupić mieszkania. I nagle katastrofa. Marek przyjechał o czwartej nad ranem, zaszlochany, że jest w długach.

Skąd ja, synku, wezmę tyle pieniędzy? Pytałeś ojca? Też nie ma? Nawet gdybym wszystko oddała, to nie wystarczy…

odpowiadała mama załamana.

No to już, po synu uśmiechnął się złośliwie Marek.

Jak możesz, co ty wygadujesz?! mama tuliła go mocno.

Marek podsunął pomysł sprzedać dom. Wtedy starczy na spłatę długów.

Ale synku A my z mamą? Gdzie pójdziemy? zatrwożyła się mama.

Nie obchodzi mnie, gdzie ten głupi kulawy pójdzie. Jest dorosły, czas żeby sam się utrzymywał. Starczy ciągnięcia za sobą. A ty spojrzał na mamę. Chodź do nas! Lera będzie się cieszyć!

Żona Marka, Lera, chyba jednak nie cieszyłaby się. Ale mama nie protestowała. Trzeba było ratować syna. Zastrzegła tylko zabierze mnie ze sobą. Marek niechętnie się zgodził, ale widać było niezadowolenie.

Później podszedłem do mamy i szepnąłem:

Mamo, pojedź sama. Ja przeprowadzę się do jednej osoby. Spotykamy się już jakiś czas, zaprasza mnie do siebie. Nie martw się o mnie.

Jak to, kto to? Muszę go poznać! Czemu mi nie mówiłeś? uśmiechnęła się trochę mama.

Jeszcze będzie okazja, mamo, nie przejmuj się objąłem ją.

Marek widocznie się ucieszył nie musiał kombinować, jak mnie pozbyć, do siebie nie chciał mnie brać.

Oszukałem jednak mamę. Nikogo nie miałem. Ale czułem, że tam nie jestem mile widziany, a nie chciałem, by mama się martwiła, jej zdrowie już i tak było bardzo słabe. Wynająłem pokój u pana Stasia, samotnego staruszka w starej, dużej willi na obrzeżach miasta. Sam nie dawał sobie rady miał kury, kozy, prosięta szukał lokatora. Byłem dla niego skarbem, a dla mnie to była idealna przystań. Z radości, że jestem weterynarzem, odmówił nawet opłat, ale ja i tak mu płaciłem, on zaś czasem zwracał mi pieniądze do kieszeni.

Miałem pracę, ludzi, którzy mnie szanowali, i zwierzęta, które mnie kochały. Z każdym znalazłem wspólny język, po zabiegach częstowałem smakołykami kupionymi z własnej pensji.

Masz, Azorek, kochany, to specjalnie dla ciebie. Nie bój się, malutki. Krople w uszku już gotowe. I zawsze możesz zadzwonić mówiłem właścicielom.

Panie Dawidzie, mnie w szpitalu tak nie traktują jak pan mojego Bazylego! kiwała głową pani Anna od kota.

Rosłem w siłę. Tylko serce mnie bolało co z mamą? Dzwoniłem, ale coraz częściej nie odbierała, albo odbierał Marek i opryskliwie informował, że mama śpi.

Nie wiem. Tęsknię. Pół roku jej nie widziałem westchnąłem, pijąc herbatę z panem Stasiem.

A czemu nie pojedziesz, Dawid? Pojedziemy razem! Mam stary Polonez, jeszcze jeździ! rzucił pan Staś.

Ucieszyłem się. Miałem adres Marka. Pojechaliśmy. Pukaliśmy długo. W końcu otworzyła wysoka blondynka w krótkim szlafroczku.

Czego chcecie? Sprzedajecie coś? Nic nie potrzebujemy! próbowała zamknąć drzwi.

Czy pani jest Lera, żona Marka? spytałem.

Tak A kto to?

Jestem Dawid, jego brat.

Ach tak? A po co tu przyszedłeś? Właśnie muszę iść do kosmetyczki, nie mam czasu zirytowała się.

Chciałem tylko na chwilę, to pan Stanisław. Gdzie mama? Pragnę ją tylko uścisnąć, od razu odjadę, nie przeszkodzę wam błagałem.

Nie ma jej tu. Marek odwiózł ją do domu opieki. Zaniemogła. Kto miał się nią zajmować na co dzień? On w pracy, ja mam swoje sprawy. Dokąd? Nie wiem nawet adresu, nie byłam tam. Zaraz zadzwonię… Halo, Marek? Przyszedł ten twój brat, z jakimś starym dziadem. Potrzebują adres. Dobrze, dam im na kartce. I nie wracajcie więcej! rzuciła niby od niechcenia, a w nozdrza uderzył mnie zapach perfum.

Nie słuchając już niczego, zgarnąłem kartkę i pobiegłem z panem Stasiem po schodach.

Jak mogli?! Czemu mi nie powiedzieli? Przecież bym Przecież mama nie jest bezdomna, znalazłbym wyjście mamrotałem pod nosem.

Powinni byli się odezwać! Ja mam duży dom, pokój wolny narzekał Stanisław.

Dojechaliśmy. Czy ta drobna, wychudzona staruszka z zapadniętymi oczyma to moja mama? Była zawsze wysoka, rumiana, energiczna Leżała teraz bezradnie na poduszce, patrząc w sufit.

Mamo! To ja, Dawid! Przepraszam, że nie przyjeżdżałem. Myślałem, że Mamo, nie mam słów, by przeprosić! Słyszysz mnie? Zabiorę cię stąd! Zamieszkasz z nami, z panem Stasiem! Mamy kury, będziesz jeść jajecznicę, pić mleko kozie zaraz wyzdrowiejesz! Mamusiu, proszę, odezwij się! Bardzo cię kocham!

Zabraliśmy ją do nas. Dzięki dokumentom byłem jej synem, a pan Staś zapewnił, że zawoła znajomego z urzędu, jeśli nie pozwolą. Marek umówił się z przytułkiem, że mama zostanie na zawsze, ale wygrało serce.

Mama stanęła na nogi po dziesięciu dniach. Podeszła do okna na podwórku chodziła prosiaczka Rózia, kogut pieł, pachniało trawą, mlekiem i drożdżówkami, które piekłem. Wpadłem do pokoju, kulejąc, zobaczyłem mamę płaczącą. Objąłem ją i przepraszałem, że tak późno wróciłem po nią, że będzie musiała ze mną żyć, nie z pięknym Markiem i Eweliną.

Mama tuliła mnie mocno. Tak jakby znów widziała tego małego, nieporadnego chłopca, którego przygarnęła z litości. A to ja zostałem przy niej u schyłku życia, gdy przestali jej potrzebować własne dzieci.

Nic się nie martw, Dawidzie. Będzie już dobrze. Najważniejsze, że jesteś przy mnie szeptała mama.

Dziewczyny! Chodźcie na herbatę! zawołał pan Staś radośnie.

I wszyscy razem, śmiejąc się, poszliśmy do kuchni. I tak zaczęło się nowe życie

Dziś wiem jedno: w życiu liczy się tylko serce i troska dla drugiego człowieka. Nieważne, kto jest czyim dzieckiem, krew wiele nie znaczy. To miłość i opieka zostają, gdy wszystko inne przeminie.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

20 + 6 =

Zdrada rodzonych dzieci Daria po raz kolejny z zachwytem patrzyła na swojego brata i siostrę. Jacy …