Dziennik osobisty, 13 maja, Warszawa
Kochanka mojego męża była piękna. Sama bym taką wybrała, gdybym była facetem.
Znacie ten typ kobiet znających własną wartość. Chodzą z podniesioną głową, patrzą ludziom prosto w oczy, słuchają uważnie. Nie robią niepotrzebnych, nerwowych ruchów, nie muszą odsłaniać dekoltu czy pleców, żeby przyciągnąć uwagę. Są spokojne, wręcz królewskie, nie tracą opanowania.
Też bym ją wybrała. Bo jest moim zupełnym przeciwieństwem.
A ja? Ciągle w biegu, pokrzykująca na dzieci i męża, wszystko mi z rąk wypada, wiecznie coś zawalam, w pracy nawał i szef niezadowolony. Chodzę cały czas w dżinsach i swetrach, bo uprasowanie sukienki czy bluzki to przecież wielka operacja. Nie pamiętam, kiedy ostatnio prasowałam te wszystkie falbanki i marszczenia. Całe szczęście, że mam nowoczesną suszarkę, która prasuje za mnie, bo żelazko to już prawie relikt.
A ta kochanka rewelacyjna. Figura, postawa, nogi, włosy, oczy, twarz dech zapiera.
Od momentu, gdy się dowiedziałam właściwie, gdy zobaczyłam nie mogłam złapać tchu. Przypadkiem znalazłam się tego dnia służbowo na Ursynowie. Głód mnie dopadł, więc zajrzałam do najbliższej kawiarni. Praca zrobiona, żołądek domaga się swojego. W tłoku znalazł się wolny kącik, siadłam, wzięłam menu i uniosłam wzrok. Nie, nie przewidziało mi się. Poznałam Andrzeja od razu, choć widziałam tylko jego plecy. I ją też.
Trzymał jej dłonie w swoich, całował palce. Aż się we mnie zagotowało co za przesada, „twoje dłonie pachną kadzidłem”… Ale kobieta była zjawiskowa. Obiektywnie śliczna.
Czułam się dziwnie. Jak po oparzeniu kiedy widzisz czerwony ślad i wiesz, że zaraz przyjdzie ból, ale jeszcze kilka sekund żyjesz w oczekiwaniu tej nieuchronnej fali. Więc dmuchasz na tę skórę, żeby złagodzić nadchodzące męki.
Powinnam cierpieć. Ale we mnie była pustka. Bezemocji.
Mąż wrócił punktualnie, jak zawsze uśmiechnięty, spokojny. Taki już był flegmatyczny, śmiejący się, żartujący. Ja wiecznie podenerwowana, on wszystko mu jedno, ma czas.
Dziś przydałoby mi się trochę jego poczucia humoru. Ja jakby nie pasuję do tej wersji rzeczywistości.
Cały wieczór kusiło mnie, żeby go zapytać wprost, takim beznamiętnym tonem: No, i jak tam twoja kochanka? W Kawiarni U Kasi widziałam was razem, niezła sztuka, rozumiem cię, sama bym się nie powstrzymała.
Chciałam patrzeć, jak mu pot cieknie po czole, jak robi się czerwony i udaje, że sytuacja jest pod kontrolą.
Mogłabym jeszcze dodać: No i co, zamierzasz dzieci poznawać z nową mamuśką? A mnie gdzie posadzisz? Ona ma swoje mieszkanie, czy do nas ją przyprowadzisz?
Nie powiedziałam nic. Andrzej przytulił mnie wieczorem, przyciągnął do siebie i od razu zasnął.
Może jeszcze nie spali ze sobą…? pomyślałam, zsuwając się cicho na swoją stronę łóżka. I zaśmiałam się w duchu. No proszę, teraz myślę jak kobieta, zza której pleców właśnie zdradzono, a ona usiłuje wszystkich przekonać, że to tylko wyobraźnia.
Może nie mają jeszcze seksu. Przedsmak, flirt i to samo spojrzenie, to samo bicie serca. A Andrzej sprytny nic po nim nie widać, nie zdradza najmniejszym ruchem.
Przewracałam się całą noc, śniły mi się dziwne kolorowe kwiaty i obce kobiety w czerwonych sukienkach.
Obudziłam się z ciężką głową, wszystko robiłam wolniej niż zwykle, spokojnie wydałam dzieciom kanapki i zaprowadziłam do szkoły.
Cały czas myślałam: co właściwie powinnam zrobić? Co robią kobiety, które złapią męża na zdradzie? Wyguglować?
Google nie pomogło. Sama nie miałam żadnych odpowiedzi. Może spróbować żyć dalej?
Tylko czy to coś zmieni? Przecież żyję dalej cały czas. Bez zmian. Mąż w domu, bez zapachu cudzych perfum, bez szminki na koszuli, dzieci za głośne, kino w niedzielę, rutyna. Nawet seks dwa razy w tygodniu (czasem trzy, jakby ktoś szczegóły sprawdzał).
Może pomyliłam się tam w tej kawiarni?
Nie, nie pomyliłam. Zadzwoniłam do niego w porze obiadu nie odebrał. Wzięłam taksówkę, pojechałam pod tę samą kawiarnię. Wymyśliłam dla taksówkarza bajeczkę, że czekam na jakiś pakiet z pracy. Samochód Andrzeja stał naprzeciwko. Widziałam, jak razem z nią wyszli, wsiedli do auta i odjechali.
Pobladłam, poprosiłam taksówkarza o wodę, odegrałam na pokaz rozmowę przez telefon, że mam dość czekania na ten pakiet, wracam do pracy!
Dalej mi zależało, co on, obcy facet, o mnie pomyśli.
Wiedza o istnieniu kochanki przewraca życie do góry nogami. Rozwód? Pewnie tak. Przecież jak inaczej? Wytrzymać? I po co? Dlaczego?
Przypomniało mi się, jak parę lat temu u naszych przyjaciół też ktoś miał romans. On się ukrywał, kombinował, ale żona i tak odkryła prawdę. Był skandal, mąż się wypierał nawet, gdy żona miała już dowody nierozmytą korespondencję na Messengerze. Twierdził, że to wszystko sprawka zazdrosnych znajomych.
Wtedy Andrzej powiedział stanowczo: Ja bym nigdy nie kłamał. Trzeba mieć odwagę się przyznać, a potem zapewnić rodzinę albo odejść, ale zachować honor.
Wtedy byłam z niego dumna. Taki odpowiedzialny…
Łatwo jest radzić innym, gdy nie nosisz za nic odpowiedzialności. Z dystansu wszystko wygląda prosto.
Ale jak stoisz pośrodku dramatu i patrzysz na męża i jego kochankę w realu, to cała odwaga gdzieś wyparowuje.
Podeszłam do ich stolika w kawiarni i usiadłam na wolnym krześle. Kochanka podniosła na mnie zdumione, szare oczy. Andrzej zamarł, zaczął się wiercić. Cisza. Śmieszyła mnie ta scena. Ona od razu wiedziała, kim jestem. Może już o mnie słyszała.
Andrzej próbował coś powiedzieć. Powstrzymałam go gestem dłoni: To nie to, co myślę, prawda? Ale wiecie co, nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Tak się czasem dzieje. Teraz pomyślcie, jak to rozplątać mamy dzieci, wspólne mieszkanie, starzejących się rodziców. Poradzicie sobie, jesteście dorośli.
Wyszłam spokojnie. Wyprasowana sukienka leżała na mnie idealnie. Szkoda, że tak długo jej nie nosiłam.



