Czy on teraz będzie z nami mieszkał? zapytał Andrzej swoją żonę, patrząc na syna…
Danuta Kwiatkowska wróciła do domu i niemal zgubiła kapcie ze zdziwienia, widząc Bartka. Od dwóch lat Bartek z żoną mieszkali osobno i wpadał do rodziców najwyżej parę razy w miesiącu, zwykle w niedzielę, bo wtedy można się było pożywić obiadem za darmo. A tu środek tygodnia!
Coś się stało? zamiast dzień dobry rzuciła Danuta.
A ty mnie nie poznajesz? próbował żartować Bartek, ale spojrzenie mamy jakby zamroziło w nim wszelką ochotę na dowcipy. Odszedłem od Jagody…
Jak to, odszedłeś? zapytała srogo, bo w pracy nauczyła się, że żarty się skończyły, pracując w Młodzieżowym Ośrodku Wychowawczym w Toruniu.
No… pokłóciliśmy się wymamrotał Bartek, robiąc minę, jakby go komar pogryzł i nie miał już siły się drapać.
I co? spojrzała mu prosto w oczy. Będziesz do mnie wracał po każdej kłótni z żoną?
Rozwodzimy się! rzucił nagle.
Danuta zmrużyła oczy, jakby chciała wzrokiem wycisnąć z niego całą prawdę. Westchnął, wydukał:
Ona chce żebym po pracy jeszcze w domu pomagał. A ja z roboty wracam i padam na twarz!
Co, ręce ci odpadną, żeby żonie pomóc? nie dała mu taryfy ulgowej.
To samo mi powiedziała! A ja jej mówię, że kobieta powinna ognisko domowe pilnować, a dom to jej rewir!
Skąd ty takie brednie bierzesz? parsknęła mama już mocno zirytowana.
Miała serdecznie dość po robocie, marzyła o szybkim prysznicu, kolacji z mężem, a tu syn z problemami rodem z XIX wieku. Z Andrzejem przez czterdzieści lat robili wszystko wspólnie praca, sprzątanie, dzieci… Nigdy w życiu nie słyszała o podziale, ani kto jest prawdziwym mężczyzną.
Ja się pytam, skąd to wytrzasnąłeś?! Podzielił sobie obowiązki! Od parzenia kawy też cię boli? Mamuta już nie polujesz, oboje zarabiacie. To i w domu równo! Chyba że kazałeś jej rzucić pracę i zająć się wyłącznie praniem twoich skarpetek? Nie? To przestań się wygłupiać! Widziałeś kiedyś, żeby twój ojciec ze mną kłócił się o zmywanie? Bo my mamy rozum i razem jedziemy przez życie!
W tym momencie z pracy wrócił Andrzej. Spojrzał na Bartka, uniósł brwi:
Coś się stało?
Klony, normalnie klony pomyślał Bartek, a na głos powiedział:
Rozwodzimy się z Jagodą.
Głupiś, po prostu głupiś rzucił krótko ojciec i zabrał siatki z zakupami do kuchni.
Danuta zwróciła się do męża:
Andrzej, wiesz co? Nasz syn głuptas. I zaczęła opowiadać, co się wydarzyło.
Czyli on teraz będzie z nami mieszkał? mruknął Andrzej do żony, a potem do Bartka:
Wiesz, że słowo małżonek pochodzi od współciągnącego w zaprzęgu? Współciągnący czyli ktoś, kto z partnerem życiowym wspólnie ciągnie wózek, zwany po polsku problemami codzienności. Jak jeden się miga od roboty, drugi zasuwa za dwoje. I co będzie? Albo jeden padnie, albo wózek się rozpadnie. Prosto matematyka rodzinna.
Bartek był zmieszany, trochę zły na Jagodę, ale liczył, że rodzice go poprą. Tymczasem okazało się, że zebrał łomot i to taki, że nawet kawa na pocieszenie nie pomoże. Rodzice przerzucali się uwagami, ignorując syna; Andrzej układał kiełbasę, Danuta jajka i mleko. Pokazali mu jasno, że dzisiaj ani głaskania po głowie, ani rosołu na pocieszenie nie dostanie.
Bartek patrzył na domowe szczęście, a nie rozumiał jak oni, tacy konkretni na co dzień, potrafią być dla siebie tacy… słodcy jak pierniki z Torunia.
No i czego tu stoisz? Leć do żony, przeproś! rzekł stanowczo ojciec. A te teorie, kto komu powinien, to wyrzuć do śmieci. Macie się szanować i pomagać sobie nawzajem. A my z mamą mamy własne sprawy.
Bartek wyszedł z mieszkania Kwiatkowskich skonfundowany, innego przyjęcia się spodziewał. O dziwo, złość na Jagodę zaczęła mijać, a sam się już nieco wstydził bo w sumie sam rozpętał burzę z niczego. Jedno zrozumiał: on też chce mieć taką szczęśliwą rodzinę, jak jego rodzice.



