Przepis na szczęście…
Cała klatka schodowa obserwowała, jak do mieszkania na drugim piętrze wprowadzała się nowa rodzina. To była rodzina brygadzisty z fabryki, ważnego zakładu w małym, prowincjonalnym miasteczku.
A po co oni się pchają do starej kamienicy? pytała koleżanki emerytka pani Genowefa Nowak. Przecież przy ich znajomościach mogliby pewnie dorwać mieszkanie w nowoczesnym bloku.
Nie każdy marzy o nowym budownictwie. Tutaj mamy zabytkową kamienicę z wysokimi sufitami, przestronnymi pokojami, dużym przedpokojem i loggią jak dodatkowy pokój poprawiała ją czterdziestoletnia niezamężna córka Jadwiga, usta pomalowane na czerwono. Poza tym mają od razu telefon zamontowany. W naszym domu ma telefon tylko trzy rodziny, a jest nas dziewięć mieszkań…
Tobie tylko gadać przez telefon, zganiła ją matka już sąsiadowie mają cię dosyć. Nawet nie próbuj chodzić do tych nowych, to poważni i zapracowani ludzie…
Wcale nie tacy poważni, są młodzi, mają córkę, dziewięć lat, Zosia jej na imię, odparła Jadwiga, patrząc na matkę z żalem są prawie w moim wieku, może pięć lat starsi.
Nowi sąsiedzi okazali się mili i uśmiechnięci. Lidka pracowała w szkolnej bibliotece, a Wojtek miał już dziesięć lat stażu w fabryce.
O wszystkim tym Jadwiga relacjonowała podczas wieczornych posiadówek na ławce pod blokiem.
Skąd ty wszystko już wiesz? pytały ją kobiety Ty to masz gadane!
Bo chodzę do nich dzwonić. W przeciwieństwie do niektórych mi pozwalają, odcinała się Jadwiga, nawiązując do sytuacji, gdy sąsiedzi nie otwierali jej drzwi, wiedząc, że będzie trajkotać przez pół godziny z przyjaciółką.
Tak właśnie Jadwiga zaprzyjaźniła się z nowymi lokatorami i coraz częściej dzwoniła do koleżanek, czasem do pracy, i zupełnie nie krępowała się przesiadywać przy telefonie. Przychodziła do nich w nowych sukienkach, innym razem w wygodnym domowym szlafroku, wyraźnie szukając bliższego kontaktu z rodziną.
Pewnego dnia zauważyła, jak Wojtek demonstracyjnie zamykał drzwi do pokoju, gdzie oglądał telewizję, gdy tylko przychodziła. Potem powtarzało się to regularnie. Jadwiga uśmiechała się do Lidki, dziękowała po rozmowie, zaglądała do kuchni, ale Lidka tylko kiwnęła głową z uprzejmości i prosiła, by zamknęła za sobą drzwi.
Nie mogę, mam ręce całe od mąki, tłumaczyła Lidka, a zamek mamy taki, co się sam zatrzaskuje, francuski mechanizm.
A co pani gotuje? Znowu drożdżówki? Tyle słodkiego u was… ja nie umiem, przyznała Jadwiga.
Tak, na śniadanie będą serniczki z twarogiem, teraz nie mam rano czasu, więc robię je teraz uśmiechnęła się Lidka, po czym zajęła się ciastem.
Jadwiga skrzywiła się i wychodziła niezadowolona, że nie została dłużej zatrzymana na rozmowę.
Lidka, miło, że jej nie odmawiasz, zauważył wieczorem Wojtek, ale przez tę jej gadatliwość nasz telefon wieczorami jest ciągle zajęty, nie mogą się do mnie dodzwonić z pracy. Tak nie można.
Zauważyłam, że czuje się coraz bardziej jak u siebie. Siedzi, rozmawia, coraz śmielej… przyznała żona.
Tego samego wieczora Jadwiga, wystrojona i pomalowana, znów usiadła na pufie w przedpokoju i zadzwoniła do przyjaciółki.
Jadwigo, długo jeszcze będziesz rozmawiać? Czekamy na ważny telefon, powiedziała po dziesięciu minutach Lidka.
Jadwiga zrozumiała, odłożyła słuchawkę, ale w tej samej chwili wyciągnęła z kieszeni tabliczkę czekolady i zawołała:
Przyniosłam coś słodkiego! Może herbatka, na zapoznanie?
Poszła do kuchni, położyła czekoladę na stole.
Ależ nie trzeba. Proszę zabrać. Zosia by zobaczyła, a ona ma alergię na czekoladę. U nas w domu słodycze tabu. Herbaty z czekoladą niestety nie będzie, proszę się nie gniewać.
Co? Tabu? zarumieniła się Jadwiga chciałam podziękować…
Dziękować nie trzeba, ale i nie chciałabym, żeby pani często dzwoniła… No, chyba że po lekarza, straż pożarną, czy pogotowie, to rozumiem, nawet w środku nocy. Bez urazy, po prostu mąż czeka na telefon, a Zosia robi lekcje i rozprasza ją hałas. My staramy się nie hałasować.
Jadwiga schowała czekoladę, nic nie mówiąc wyszła. Nie mogła pojąć, dlaczego tak ją traktują i uznała, że Lidka po prostu jej zazdrości.
Bo wie, że jestem młodsza i ładniejsza, tłumaczyła matce, zwykla ludzka zazdrość. Chciałam z nią po ludzku, a ona nawet herbaty nie zaproponowała…
Dziecko, nie wpychaj się komuś do rodziny. Nikomu twoje rozmowy niepotrzebne, odpowiadała Genowefa to nie miejsce, gdzie można bez końca chodzić i plotkować. Wskażą ci drzwi i tyle. Lepiej sama załóż sobie telefon i zapraszaj sąsiadów na rozmowy będziesz miała towarzystwo.
Ostatniej próby zbliżenia się do Lidki Jadwiga dokonała, prosząc o przepis na drożdżowe serniczki.
Mogłaby mi pani podyktować przepis? Muszę nauczyć się czegoś nowego… Zapiszę sobie w zeszycie i za chwilę wypróbuję.
Lepiej zapytać mamy. Babcie i mamy znają najlepsze receptury. Ja nigdy nie mierzę, robię na oko uśmiechała się Lidka ręce wiedzą, ile czego trzeba. Teraz muszę lecieć, spieszę się. Więc pytaj mamę!
Jadwiga speszona wróciła do siebie. Oczywiście wiedziała, że mama wciśniętą na tył kuchennej szafki starą szkolną książkę z przepisami pożółkła, z wyblakłym atramentem i tłustymi śladami po margarynie. Tam przepisy na sałatki, kotlety, zupy, a wypieki zajmowały całe rozdziały.
Ale sama nie miała chęci piec, a matka już dawno przestała, walcząc z nadwagą i ciśnieniem.
Jednak wyciągnęła zeszyt, kartkowała bezmyślnie aż wpadła na przepis, którego szukała.
Chyba chcesz coś upiec? zdziwiła się Genowefa.
A co, nie mogę? zamknęła zeszyt, zaznaczając zakładkę.
Czyżby ze Sławkiem się znowu układało? Myślałam, że się rozstaliście jak z poprzednimi adoratorami.
Może się jeszcze nawróci fuknęła Jadwiga. Jak będę chciała, zacznie za mną latać znowu.
No to życzę ci, żebyś chciała. Już dawno pora ci założyć rodzinę. Coś jeszcze przeglądałaś w zeszycie? Może podpowiem?
Nie trzeba. Przygotowuję się psychicznie.
Ale po dwóch dniach, gdy mama wróciła z wieczornego spaceru, dom pachniał świeżą drożdżówką.
Gdzie to widziano, żeby u nas pachniało ciastem?! wykrzyknęła matka. Chyba się zakochałaś, inaczej byś nie piekła…
Nie krzycz na cały dom, uśmiechnęła się Jadwiga lepiej spróbuj i sama oceń. To nie ciasto, tylko placuszki z twarogiem. Takie nasze, tradycyjne.
Czajnik już gwizdał, stół nakryty, filiżanki, zaparzacz, a na półmisku złociły się jeszcze gorące drożdżowe serniczki, rumiane, jak małe słoneczka.
Masz smykałkę, pochwaliła ją matka myślałam, że wszystko zapomniałaś, a tu taki sukces. Brawo!
Nie chwalisz z litości? spytała Jadwiga.
Sama spróbuj, to pyszne! odparła Genowefa.
Jadwiga przypomniała sobie ojca. Mówił, że coś jest godne jedzenia, to największa pochwała.
To dobrze. Może zaproszę Sławka na herbatę i własne serniczki? Co myślisz, spodoba mu się?
I jeszcze jak! Twój ojciec był ich ogromnym fanem, dzięki nim i mnie pokochał! zaśmiała się matka. Piecz, częstuj, a ja pójdę do sąsiadki na film. Wreszcie wzięłaś się za coś pożytecznego. Samymi sukienkami i fryzurą mężczyzny nie uwiedziesz.
Sławek zaczął częściej wpadać do Jadwigi. Kłócili się coraz rzadziej, coraz milej było matce, że córka spędza więcej czasu w kuchni, a Sławek jej pomaga, śmiechem rozbrzmiewał dom.
Gdy córka oświadczyła, że złożyła ze Sławkiem wniosek w urzędzie stanu cywilnego, Genowefa uroniła łzę wreszcie…
Jadwiga się zmieniła. Wyszczuplała przed ślubem, Sławek dopytywał:
Już nie pieczesz serniczków? A na wesele napieczesz chociaż ciasta?
Na domowe wesele gotowały trzy kobiety: Jadwiga, mama i ciotka Maria, siostra Genowefy. Przez dwa dni przygotowań, choć miało przyjść tylko dwadzieścia osób wyłącznie rodzina.
Młodzi zamieszkali we własnym, dużym pokoju w trzypokojowym mieszkaniu. Po roku cała klatka miała już zamontowane telefony. Jadwiga była zadowolona; pierwsza dzwoniła do wszystkich, ale już nie tak jak dawniej sprawnie kończyła rozmowy.
Reniu, muszę kończyć, bo ciasto mi wyrosło, a Sławek zaraz wróci z pracy, pa.
Biegła do kuchni, gdzie pod grubą ściereczką rosło ciasto jak poduszka z pierza. Teraz była w ciąży, już za miesiąc miała iść na urlop macierzyński, ale nie miała zamiaru zwalniać tempa piekła, gotowała, chcąc dogodzić mężowi (i sobie). Kochała te domowe serniczki! A mąż był zachwycony, za wypieki i czułość oddałby wszystko…



